Złoto, inflacja, donosiciele – o czym warto wiedzieć w czasach kryzysów…

Doszło w końcu do tego absurdu, że jedno pudełko zapałek kosztowało 1,5 miljona. U nas było z tem wprost rozpaczliwie. W Niemczech było o wiele gorzej, tam bitro wielomiljardowe, a nawet biljonowe banknoty

3
Złote 5 rubli z wizerunkiem cara Mikołaja II

Wpadła mi niedawno w ręce fascynująca książka. Może niektórzy się zdziwią… Są to wspomnienia ks. Walerego Pogorzelskiego pt.: „43 lata w kapłaństwie”, wydana w 1935 roku nakładem własnym autora w Sieradzu. Ksiądz Pogorzelski rozpoczął swoją posługę kapłańską w końcu XIX wieku, a jego droga życiowa wiodła go przez różne parafie w trzech zaborach, aż do niepodległej Polski, do Sieradza, gdzie w latach 20. tych został proboszczem.

Dużo jest w książce opisanych spraw dotyczących problemów życia religijnego pod zaborami, koegzystencji Kościoła i władzy, relacji między zaborcami i osobami duchownymi, ale także codziennych spraw dotyczących zwykłych ludzi, życia parafialnego, zła i dobra siedzącego w człowieku. Jest też – mimo wielu dziejowych zawieruch – dużo humoru, sporo opisów codziennego życia księdza np. na wiejskiej parafii, relacji z hierarchią i z wiernymi… Tak naprawdę – kopalnia wiedzy i polskiej historii. I to napisana żywo, z polotem, tak, że trudno się od książki oderwać, nawet w tych wątkach, w których temat może się wydawać na pozór mało interesujący (no bo niby cóż może być interesującego w problemach z jakimi zmagać się musiał ksiądz na przełomie XIX i XX wieku? A jednak!)…

Ale są też w tej książce (trudnej dziś pewnie do dostania) wątki dotyczące zjawisk gospodarczych i społecznych, z których można się czegoś nauczyć. Niektóre z nich mogą być przydatne w czasach kryzysu – czy będzie to koronawirus, wojna, czy krach systemu finansowego, a może wszystko to naraz.

Żeby nie przynudzać, oddaję głos ks. Pogorzelskiemu, przytaczając kilka fragmentów z jego wspomnień (pisownia oryginalna).

„(…) W miarę jak front wojny od nas się odsuwał ku wschodowi, wkraczają coraz bardziej władze C.K. austryackie i obejmują administrowanie zajętych terenów: sądownictwo, policya, szkolnictwo etc. pełny zarząd z własna monetą, koronami. (…) Narazie austryacy zwieźli do nas moc cukru, świec, nafty etc. aleśmy się nie zorientowali i za mało się kupiło. W parę tygodni stan rzeczy się zmienił, nastał system kartkowy. (…) I nasi austryacy, ale głównie niemcy, gorliwie wyciągali z ludu złote monety, później srebrne ruble w rozmaity sposób: to drzewo w lasach sprzedawali tylko za złoto, to wybrakowane konie wojskowe zbywali tanio, ale tylko za złoto, to jakieś kary nakładali tylko w złocie. Sami zaś pchali papierowe pieniądze. Niemcy głównie ruble rosyjskie, które często sami fabrykowali. Pamiętne było przy tej okazji powiedzenie jednego chłopa. Płaci tem wymuszonem złotem, ale mówi: >>Mikołajku bić to cię biją; ale cię szanują<< (alluzya do wizerunku Mikołaja II na pięciorublówkach złotych)”.

„(…) Mąka na opłatki do kościoła miała procedurę następującą. Dziekan wyliczał ilość potrzebną na hostye i komunikanty dla każdego kościoła. Na mocy przedstawienia Kreiskomando w Radomsku, wydawano dziekanowi prawo na zakup pszenicy i na przemiał. Wszystką mąkę zwożono do mnie i stąd zabierali księża proboszczowie na cały rok. Ja zakupywałem na swoje 16 parafji 26-28 korcy, porcye księżom wyznaczałem b. duże, tak, że i na babki starczało wszystkim. >>Święcone wielkanocne<< w czasie wojny siłą rzeczy zostało skasowane o tyle, żeśmy Xsięża po wspólnem porozumieniu nie objeżdżali wiosek, lecz ludność po trosze święconego w koszykach przynosiła do kościołów i tu się święciło. – Zabór dzwonów kościelnych odbył się w obu okupacyach. Austryacy stare zabytkowe dzwony oszczędzali. Ogólny zaś nakaz pozostawiał po jednym dzwonie średniej wielkości przy kościele. W Pajęcznie były 3 dzwony nowe. Udało mi się żandarma przekonać, że słowo >>mittel<< oznacza nie średni ale środkowy. Jakaś uczciwa dusza roześmiał się i zostawił mi >>środkowy<<, a ten właśnie był największy, około 800 funtów wagi miał, podczas gdy dwa zabrane razem około 600 f. Dosięgały. – Tylko złote pieniądze zachowały na stałe swoją wartość i te jedynie należało (i należy w przyszłości) chować w czasie wojny. Inflacya koron spowodowała obniżenie ich wartości, każdy papierowy pieniądz: korony, marki, ruble, papierowe stałe wartości traciły. Ale lud nasz, a także i inni, tak się zrośli z rublami, a zwłaszcza ze sturublówkami, zwanemi >>Kaśki<< od portretu Katarzyny II carycy, (był to pieniądz o dużem znaczeniu), że więcej w nie wierzono, niż w inne. Nikt wreszcie ani przypuszczał, że Rossya w tej wojnie się obali. Miljardowe straty poniosła ludność na inflacyi i na papierowych pieniądzach Rossyi, Austryi i Niemiec. – Wszystkie też oszczędności i fundusze, jakie pojedyńczy ludzie i instytucye zbiorowe składały do rosyjskich kas oszczędności i banków, wszelkie fundusze i kapitały kościołów i inne, wszelkie papiery, i akcye, i pożyczki – wszystko przepadło! Wojna to wielki krzywdziciel”.

„(…) Dewealuacya pieniądza w owym czasie wprost uniemożliwiła obrachunek. Wyłożę to na przykładzie. Duży piec kaflany z pięknych dużych kafli w lipcu 1923 roku kosztował mię 1,5 miljona marek, a już w listopadzie za jeden kafel płaciłem 2 miljony. Odbudowa całej plebanji kosztowała mię 30 miljonów, a już w marcu następnego roku za dorobienie jednej okiennicy zapłaciłem 36 miljonów. Doszło w końcu do tego absurdu, że jedno pudełko zapałek kosztowało 1,5 miljona. U nas było z tem wprost rozpaczliwie. W Niemczech było o wiele gorzej, tam bitro wielomiljardowe, a nawet biljonowe banknoty. Łatwo zrozumieć, ile ten wciąż upadający pieniądz wytwarzał trudności, przy godzeniu i wypłacaniu rzemieślników, materyałów, a wszelkie kombinacye kosztorysowe, rozkłady na parafyę po tygodniu już były wprost nieaktualne. Moc ludzi potraciła całe majątki wówczas. Wczoraj wzięte za sprzedaż domu, placu, gospodarstwa etc. miljony jutro już były bez wartości. To była istna katastrofa dla bardzo wielu”.

Na koniec jeszcze jeden fragment z książki ks. Pogorzelskiego, ukazujący jak trudne i złożone były czasy wojennej zawieruchy…

„Z osobistych spraw notuję następujące. Szwagier mój Dr. Zygmunt Witkowski był lekarzem w Krzepicach (pow. Częstochowski). Człowiek prawy, ogromny patryota, jako student Warszawskiego uniwersytetu parokrotnie za Hurki więziony w cytadeli, wreszcie wydalony z uczelni. Gdy wojna wybuchła został przez miasto powołany na zarządcę miasta, by czuwać nad bezpieczeństwem i spokojem ogółu. Na tem stanowisku naraził się żydom, którzy szwarcowali wódkę, by rozpijać ludność. Skoro w kilka dni potem wkroczyli niemcy, ciż żydzi oskarżyli szwagra, że on jest rosyjskim szpiegiem. Pod tym zarzutem Dr. Witkowski został zaaresztowany i wywieziony do obozu dla jeńców w głąb Niemiec. Dopiero usilne starania u osób mających znaczenie u niemców po paru miesiącach stamtąd go wydobyły. – Ciż żydzi oskarżyli także i mnie, że zostaję w stałej łączności ze szwagrem i że wzajemnie sobie udzielamy wywiadów na szkodę niemców (a właśnie u mnie wtedy stali moskale). Tak więc fatalnie się złożyło, że ja wprost bałem się tam do siostry jechać, by niemcom w ręce nie włazić. Dopiero pojechałem, gdy szwagier został wypuszczony i gdy władze niemieckie się zmieniły. – Miała ta sprawa swoje nieprzewidziane zakończenie. Mianowicie, kiedy później do Krzepic wkroczyli legjoniści (polacy) ludność nasza oskarżyła przed nimi żyda-donosiciela, który szwagra tak fałszywie oskarżył. Legioniści żyda uwięzili i rozstrzelali w sąsiednim lesie. I tak go zostawili, ale żydzisko mimo ciężkich ran żył jeszcze i podobno się wylizał. Wogóle zaś w czasie wojny żydzi wielokrotnie byli szpiegami i dennuncyatorami polaków”.

PSz

3 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here