Po cofnięciu ekskomuniki wobec Bractwa Świętego Pius X papież Benedykt XVI stał się obiektem rozlicznych ataków. Czytając opinie przedstawicieli różnych stron konfliktu, narosłego wokół wspomnianej kwestii nie mogłem pozostać obojętny, toteż postanowiłem popełnić kilka uwag.
Kim są lefebryści? To odłam wierzących, członków Bractwa Świętego Piusa X, ekskomunikowanych decyzją Jana Pawła II w 1988 roku. W wywiadzie udzielonym niedawno „Dużemu Formatowi”, dodatkowi do „Gazety Wyborczej”, jeden z polskich lefebrystów, występujący pod płaszczykiem anonimowości, metaforycznie zdefiniował kontestacyjne przesłanie, które stoi u podstaw ich działań i niejako je tłumaczy (cytuję z pamięci): Współczesny Kościół katolicki jest jak spadający samolot, w którym pilot dolewa pasażerom alkoholu zamiast ich ratować.
Warto nadmienić, iż przywódca grupy, która później została ekskomunikowana z Kościoła, mimo krytycznych uwag, zaakceptował wszystkie dokumenty II Soboru Watykańskiego. Krytyka jego i członków Bractwa ustosunkowywała się raczej do określonych czynów, dla których usprawiedliwienie stanowiły soborowe dokumenty, niż do samego Soboru. Faktem jest, iż „duchem Soboru” tłumaczono dosłownie wszystkie doktrynalnie unowocześniające działania Kościoła. Reasumując, lefebryści starają się zapobiec ekspansji modernizmu w Kościele, stojąc na straży tradycji i odwiecznych prawd, którymi się on kieruje. Ich działalność jest zaś swoistą odpowiedzią na postępowanie wynikające z ustaleń II Soboru Watykańskiego.
Czytając ostatnio o karlistach, ultrakonserwatywnym, hiszpańskim (acz kładącym nacisk na regionalizm i decentralizację) ruchu ludowym trafiłem na ciekawe rozróżnienie między XIX-wiecznym hiszpańskim konserwatyzmem, a karlizmem (tradycjonalizmem) właśnie. O ile konserwatyści opowiadali się za ewolucyjnymi przemianami istniejącego systemu, sprzeciwiając się wszelkim gwałtownym metamorfozom, to karliści nie uznawali panującego ładu i optowali za oparciem rzeczywistości na „starym porządku”, tj. zasadach, wywiedzionych z historii, odwiecznych, a przez to konstytutywnych dla narodu.
Lefebrystów porównać można do konserwatystów, uznają oni bowiem pewne elementy świata posoborowego, nie mogąc jednak przystać choćby na odprawianie mszy przodem do wiernych. Za „karlistów” uznać można zaś sedewakantystów, spośród których część posunięta w swym tradycjonalizmie tak daleko, że nie uznaje żadnego „posoborowego” papieża. Napisać można, iż „na prawo od nich jest tylko ściana”.
Medialny atak na Kościół i Benedykta XVI rozpoczął się po wypowiedzi jednego z członków Bractwa – biskupa Williamsona, który – wg. powszechnych opinii medialnych – zanegował Holocaust. Pomijam fakt, iż ów biskup nigdy nie stwierdził, że Zagłada nie miała miejsca, lecz jedynie podważył istnienie komór gazowych. Nie wspomnę, że miłośnicy „wolności słowa” i orędownicy „pluralizmu”, kierowani w swej absolutyzacji zła Holocaustu badaniami, jak jeden mąż zażądali ograniczenia możliwości wyciągania określonych wniosków z tychże badań.
Nie omieszkam natomiast podkreślić, iż kwestia podejścia do tematu Holocaustu nie jest w żadnym razie czynnikiem determinującym wartość biskupa, czy jego stronnictwa. taki czy inny stosunek do Zagłady nie wchodzi w zakres nauki Kościoła. Nie ma on nic wspólnego z aspektami teologicznymi. Decyzja Benedykta XVI dotyczyła zaś przywrócenia członków Bractwa Świętego Piusa X na łono Kościoła, toteż zdeterminowana była właśnie czynnikami teologicznymi. Lefebryści akceptują bowiem wszystkie dogmaty wiary i to wydaje się istotą sprawy.
W „Europie”, dodatku do „Dziennika” z 14 marca ukazał się tekst Gianniego Vattimo, w swojej wymowie niezwykle krytyczny wobec działań Bendeykta XVI. Zawierał on wiele uproszczonych, lecz popularnych sądów na temat działań papieża, czyli stanowił pomieszanie manipulacji z nietrafionymi – w moim przekonaniu – diagnozami. Jako manipulację należy potraktować fakt odniesienia się do zarzutów głoszących, iż przywrócenie biskupów Bractwa jest dowodem antysemityzmu papieża. Oczywiście, filozof, a dokładnie „jeden z najważniejszych przedstawicieli filozoficznego postmodernizmu” tego typu ataki skrytykował, lecz w świadomości albo też podświadomości czytelnika pozostanie wrażenie, że papież oskarżany jest o postawę kontr-żydowską. W rzeczywistości, w której „antysemityzm” stanowi doskonałą i skuteczną ideologiczną pałkę do biczowania politycznych przeciwników zarzut wydaje się poważny.
W poglądach Vattimo, kiedy pisze on, że „poglądy zrehabilitowanych duchownych uważa za godne potępienia” ujawnia się też charakterystyczna dla współczesnej lewicy tendencja, polegająca na odejściu od stojącego u jej ideowych podstaw relatywizmu, wyrażającego się w równouprawnieniu różnorodnych opinii i przejściu do wartościowania na modłę lewicową. Modyfikacja światopoglądowa współczesnej lewicy skłania do poczynienia analogii do przemian Fryderyka Nietzschego. Ów niemiecki filozof najpierw odrzucał istnienie wszelkiej moralności, później zaś uznawał tylko moralność, którą sam głosił. Ideologia poprawności politycznej wydaje się być zbliżona w swych założeniach – od kontestacji wszelkiej prawdy przechodzi do głoszenia prawdy lewicowej.
W tekście Vattimo widać jednak rzecz znacznie ciekawszą, a zarazem tematycznie istotniejszą, gdyż dotyczącą podejścia wpływowych, lewicowych środowisk do Kościoła. Stosunek ten streścić można w zdaniu: „jesteśmy zwolennikami Kościoła katolickiego, pod warunkiem, że będzie on coraz mniej katolicki”. Czytając teksty takie, jak ten, o którym piszę przekonuję się o wartości powiedzenia: „Boże, chroń mnie przed moimi przyjaciółmi, przed wrogami obronię się sam”. Lewicowi „przyjaciele” Kościoła są o tyle „pro-kościelni”, o ile Kościół odchodzi od tradycji chrześcijańskiej
Vattimo zarzuca Benedyktowi XVI, że ten „traktuje wiernych w sposób wyjątkowo bezwzględny”. Pośrednio krytykuję więc samą istotę religii katolickiej. Jak inaczej może bowiem traktować wiernych człowiek stojący na czele instytucji, która z założenia jest nosicielem Prawdy? Jak Vattimo wyobraża sobie traktowanie wiernych w sposób „względny”? Zapewne jako pójście na jakiś kompromis w kwestiach wiary. Jednak o ile ustępstwa można usprawiedliwić w pragmatycznych gierkach politycznych, o tyle w kwestiach wiary oznaczałyby one po prostu porzucenie części jej nieodłącznych założeń.
Kierując się podobną logiką Vattimo pisze, iż „trudno dziś znaleźć filozofa, który twierdziłby, że istnieje coś takiego jak absolutna moralność, obiektywna prawda czy prawa naturalne”. Pośrednio wymaga więc od Kościoła, instytucji, która starsza jest od owych filozofów o wieki, by zmodyfikował swe nauczanie, czyniąc je zgodnym z tym co w określonym, nieistotnym z punktu widzenia długiej historii momencie głosi grupa myślicieli. Postmodernistyczna inżynieria wkracza więc na grunt sakralny.
Podana jest przy tym w neomarksistowskim sosie, widocznym w dychotomii między „zachodnią władzą”, a „słabymi i potrzebującymi” i odrzucającym żyjące w homeostazie, wewnętrznie zrównoważone i solidarne społeczeństwo (Vattimo pisze o współczesnym Kościele: „Chcąc jednak być jeszcze jednym graczem na międzypaństwowej arenie, staje tym samym po stronie zachodniej władzy, a nie słabych i potrzebujących”).
Vattimo popada również w ciekawą, charakterystyczną dla aktywnych ostatnio krytyków decyzji Benedykta XVI sprzeczność. Otóż, optując za „dialogiem” i”ekumenizmem”, czyli otwarciem na religie, których założenia są inne niż te głoszone przez Kościół katolicki, jednocześnie sprzeciwia się przywróceniu do Kościoła grupy, akceptującej jego wszystkie dogmaty. Czyli „dialog” i „otwarcie” są dobre, o ile skutkują modyfikacją założeń, stojących u podstaw nauczania Kościoła. Przywrócenie członków Bractwa Świętego Piusa X powoduje raczej umocnienie Kościoła w swych odwiecznych założeniach doktrynalnych, jest więc krytykowane.
Postmodernistyczny filozof krytykuje też papieża za zajmowanie się kwestiami politycznymi. Zarzut ten przyjmuje postać antynomii między Benedyktem XVI, a jego poprzednikiem: „Choć papież Polak również angażował się w politykę, starał się zawsze łączyć, a nie dzielić. Jego olbrzymią zasługą było zapoczątkowanie dialogu między wielkimi religiami. Benedykt XVI porzucił dzieło swojego poprzednika. Zamiast promować ekumenizm, wygłasza mowy, które obrażają muzułmanów – podobne do tej w Ratyzbonie”.
Pomijam pytanie, czy do swoistego zwieńczenia owego dialogu tudzież podsumowania „otwartości” nie doszło 11 września 2001 roku albo też w momencie, w którym pewien rabin raczył nazwać Jana Pawła II „panem papieżem”. Chodzi o trzy nieścisłości zawarte w trzech zdaniach, zapisanych przez Vattimo (nawet jak na postmodernistycznego filozofa – niezły wynik).
Po pierwsze, w Ratyzbonie papież nikogo NIE obraził i radziłbym zapoznać się z tym, co powiedział, zamiast przyjmować za prawdę przefiltrowane przez media przekazy. Po drugie, okazuje się, że prowadzenie dialogu z innymi religiami nie jest angażowaniem się w politykę, zaś nie prowadzenie dialogu – już jest. Zaiste interesująca logika. Po trzecie i najistotniejsze – to nie papież angażuje się w politykę, to raczej ta ostatnia wkracza na pola, które tradycyjnie były zagospodarowane przez Kościół. Od kiedy wypowiedź przywódcy jednej religii o innej religii jest wypowiedzią „polityczną”?
Vattimo ponadto implikuje Benedyktowi XVI, że „choć jego zdaniem największym darem Bożym jest wolna wola, odmawia człowiekowi prawa decydowania o własnym losie”. Tym samym selektywnie wybiera jedno założenie nauki Kościoła i w oparciu o nie buduje całą teorię. Zapomina przykładowo, że człowiek skażony jest grzechem pierworodnym, wskutek czego jego działania i popędy muszą być ograniczane przez restrykcyjne prawo i przepisy moralne. Ponadto, papież nie może niczego „odmówić”. On jedynie głosi pewną naukę, rolą wiernego jest zaś, właśnie w oparciu o ową „wolną wolę”, zadecydowanie, czy się do niej stosować, czy też nie.
Vattimo i jemu podobni forsują opinie, iż Kościół „otwarty” przyciąga wiernych. Potwierdzone badaniami fakty są zaś takie, iż wierni odchodzą od religii, porzucających swoje najważniejsze dogmaty. Vattimo twierdzi, że „Kościół traci wiernych, nie mogąc zrozumieć, że współcześnie prawdy etyczne nie mogą być narzucane odgórnie”. Tak więc, według niego Kościół katolicki nie traciłby wiernych, gdyby przestał być Kościołem katolickim. Gdyby odrzucił hierarchiczność, zasadę, że władza pochodzi od Boga, nie zaś od ludu itd.
Niejako na otarcie łez „Europa” zamieszcza obok tekstu Vattimo artykuł Rene Girarda, francuskiego antropologa i filozofa. Broniąc papieża, twierdzi on, iż zarzut „konserwatyzmu”, wysuwany wobec Benedykta XVI jest niesłuszny. Nie zgodzę się z tym. Ten „zarzut” jest jak najbardziej słuszny (swoją drogą, „pluralizm” w „Europie” zaczyna przypominać ten z „Gazety Wyborczej”, skoro do napisania tekstu w obronie papieża zaangażowany został człowiek, który traktuje konserwatyzm jako minus). Bo Kościół z definicji jest jedną z niewielu w porewolucyjnej, wyjałowionej z wyższych wartości konsumpcyjno-demoliberalnej rzeczywistości oaz kontrrewolucji i konserwatyzmu.
Jacek Tomczak
www.prawica.net