Jak by nie dość było globalnego kryzysu finansowego i recesji, opcje wyrosły na nowego „czarnego luda”, którym straszy się już nie dzieci, ale przedsiębiorstwa. A że banki są obecnie są wygodnym kozłem ofiarnym, więc obarcza się je winą za straty firm. Podobno nie informowały ich, że na opcjach można stracić.
Sam fakt, iż menedżerowie firm mogli wyobrażać sobie, że istnieją działania w gospodarce, które mogą tylko przynosić zyski, wiele mówi o poziomie profesjonalizmu tej „menedżerii”. Bo o tym, że istnieje związek między wielkością zysku i wielkością ryzyka uczy się nie tylko na wydziałach ekonomii.
Czytelnikom warto wyjaśnić skąd w ogóle wzięły się opcje. Otóż kontrakty: forward, futures, a także opcje były odpowiedzią na potrzeby firm prowadzących biznes z zagranicą i miały zapobiec stratom wynikającym ze zmian kursów walutowych. Jeśli np. nasz eksporter zawarł kontrakt na dostawę czegoś tam, płatnego przez odbiorcę w euro, po kursie złoty/euro równym 4,00, a w międzyczasie, tzn. między zawarciem umowy a zapłatą za dostawę, złoty wzmocnił się i kurs wyniósł tylko 3,40, to eksporter dostał – po wymienieniu waluty – mniej złotówek za swój towar. Transakcja, która była opłacalna po pierwotnym kursie, teraz przyniosła stratę.
Zmieniły to właśnie wzmiankowane kontrakty. Firma zawierała z bankiem umowę odwrotną. To znaczy, jeśli należało jej się za 6 miesięcy np. 500 000 euro, zawierała transakcję sprzedaży 500 000 euro za pół roku po kursie aktualnym (w naszym przykładzie: 4 zł za 1 euro). I niezależnie od tego, że po pół roku złoty wzmocnił się do 3,40 zł za 1 euro, firma, dostawszy owe 500 000 euro, sprzedawała je po kursie uzgodnionym pół roku wcześniej, czyli 4 zł za 1 euro. Zysk firmy, dzięki takiej transakcji ubezpieczeniowej, został uratowany. Koszty takich „odwrotnych” transakcji są generalnie niewielkie.
Ale pomysłowość i chęć zysku nie znają granic. Bo transakcje forward i futures, które w wielkim skrócie opisałem powyżej, zobowiązują do sprzedaży (czy kupna) po cenie uzgodnionej wcześniej. Zaczęto więc kombinować, iż dobrze jest zabezpieczyć się w ten sposób przed stratą, ale jeszcze lepiej byłoby zabezpieczyć się przed stratą, ale jednocześnie zarobić, gdyby kurs zmienił się w korzystnym dla eksportującej firmy kierunku (np. złoty osłabł i kurs wyniósł po pół roku 4,40 za euro).
I tak powstały opcje, które nie zobowiązywały do sprzedaży po uzgodnionym wcześniej kursie, ale pozwalały dokonać wyboru, czy chce się sprzedać (a w innej transakcji, kupić) po kursie uzgodnionym w kontrakcie, czy też rezygnuje się z możliwości sprzedaży, bo kurs poszedł w odwrotnym od oczekiwanego kierunku (i złoty wzmocnił się, np., do 3,60 za euro).
Za taką wygodę trzeba płacić więcej i opcje są kosztowniejsze niż wcześniej wymienione transakcje. Ale opcje to normalne transakcje i ich koszty nie byłyby w stanie zrujnować firm. Do tego trzeba było połączenia chęci zysku i głupoty. Bo można było pomyśleć tak. Skoro złoty wzmacnia się, to prawie „na pewniaka” jeśli zawrę, np., transakcję na zakup euro po dzisiejszym kursie, a złoty – jak tego należy oczekiwać – umocni się, to zarobię na tym krocie. Ale nawet jeśli trend jest wyraźny, to fluktuacje wokół trendu już nie. Złoty osłabł i teraz, np., trzeba kupować euro płacąc znacznie więcej złotówek. Tyle, że takie operacje – bez związku z handlem zagranicznym – to już nie transakcje ubezpieczeniowe, lecz h a z a r d. A za grę w ruletkę, czy inny hazard trzeba płacić – czasem nawet bankructwem firmy…
prof. Jan Winiecki
www.winiecki.pl