Dwieście lat od narodzin Karola Marksa i sto siedemdziesiąt po ukazaniu się „Manifestu komunistycznego”, widmo socjalizmu wciąż krąży nad Europą (i nie tylko). Jednak jest to widmo po przejściach.

Przewidywania Marksa nie ziściły się. Kapitalizmu nie zastąpiło społeczeństwo bezklasowe, w bezpaństwowej formie urzeczywistniające marzenia ludzkości o całkowitej wolności od ekonomicznego przymusu, w której każdy będzie mógł realizować się wedle własnych potrzeb. Próby realizacji tych ideałów dziwnie często kończyły się państwowym totalitaryzmem, zadając kłam tezie Fryderyka Engelsa, jakoby miały oznaczać skok z królestwa konieczności do królestwa wolności.

Praktyka słabsza od teorii

Ruch robotniczy także przeszedł sporą ewolucję. W odpowiedzi na I wojnę światową i później rewolucję październikową podzielił się na, w uproszczeniu, nurt socjaldemokratyczny i komunistyczny. Dziś oba przeżywają poważne problemy: ten pierwszy po latach dryfowania w kierunku centrum stał się cieniem samego siebie, tracąc w wielu państwach pozycję jednej z dwóch głównych sił politycznych. Ten drugi wcale na tym nie korzysta; w wielu miejscach (także tych, w których był zawsze bardzo silny, jak np. we Włoszech) już praktycznie nie istnieje. Politycznie puste miejsce zajmują coraz częściej lewicowo-populistyczne odpowiedzi na kryzys finansowy i trudności w strefie euro, jednak oprócz Grecji trudno wskazać kraj, w którym dziś jeszcze nowsza lewica odgrywałaby realnie istotną rolę.

W Polsce wygląda to (z punktu widzenia lewicy) jeszcze gorzej – Partia Razem wciąż nie potrafi się w swoim poparciu wybić poza wielkomiejskie środowiska. Zwyżkujące sondaże wskazują, że z pozaparlamentarnego czyśćca wróci do wielkiej polityki Sojusz Lewicy Demokratycznej. Jednak myliłby się ktoś, kto by myślał, że to efekt wzmożonego popytu na lewicowość – czasowa koincydencja wzrostów sondażowych tego ugrupowania z kolejnymi antykomunistycznymi wykwitami twórczości polityczno-symbolicznej obozu władzy może wskazywać na to, że SLD zyskuje jako jedyna siła odwołująca się do byłych członków PZPR i ich dzieci, peerelowskich nostalgików, dla których priorytetem w polityce jest obrona życiorysów własnych i swoich rodziców. Ludzi, którzy prędzej znaleźliby wspólny temat z przedstawicielami Klubów „Gazety Polskiej”, niż z Adrianem Zandbergiem.

A jednak, gdy spojrzymy na stronę intelektualną, widzimy, że lewica cały czas stara się wiele powiedzieć. Wystarczy spojrzeć na tematy omawiane w światku intelektualnym: nierówności, udział państwa w regulowaniu gospodarki, krytyka finansyzacji – to tematy, które poruszają debatę. Że to nieistotne, bo nie ma bezpośredniego wpływu na rzeczywistość? Nic z tych rzeczy. Debaty intelektualne tworzą podglebie dla współczesnego postrzegania świata i agendy przyszłości. Nawet jeśli nie stanowią bezpośredniego zaplecza dla ugrupowań stricte lewicowych, podpowiadają tematy także konkurencji – często realizacja poszczególnych postulatów może przyjść ze strony całkowicie niespodziewanej.

Pisząc o socjalistycznych intelektualistach, mam na myśli tych, którzy traktują socjalizm poważnie; socjalizm rozumiany jako system, w którym rządzi paradygmat gospodarki opartej o społeczną własność środków produkcji – tak jak w kapitalizmie własność ta jest prywatna. To część starej już tradycji intelektualnej. Jej bilans nie jest jednoznaczny. Bez socjalistów nie byłoby państwa opiekuńczego czy regulacji stosunków pracowniczych. Nawet jeśli ich podwaliny lub kolejne reformy realizowane były nie bezpośrednio przez socjalistów, tylko przez liberalnych spadkobierców wigów (np. w Wielkiej Brytanii) czy konserwatystów (w Niemczech), to działo się to w dużej mierze pod naciskiem lewicy. Debata o kwestiach gospodarczych i społecznych – czy to o transformacji po 1989 roku, czy o nierównościach, wadach sektora prywatnego, sytuacji na rynku pracy itd. – byłaby także dziś znacznie uboższa.

Kapitalizm nie umarł

A jednak jako heroldzi nowego porządku socjaliści całościowo ponieśli klęskę. To wszystko bowiem dzieje się w ramach naprawiania tego, co rzekomo nienaprawialne – mianowicie kapitalizmu. System ten bowiem powinien załamać się pod własnym ciężarem już dawno temu – a jakoś nie chce. Wbrew temu, co twierdził Marks, płace robotników nie spadały wraz z rozwojem kapitalizmu, co zauważyli zresztą już pierwsi rewizjoniści. Śledząc kolejne proroctwa śmierci tego systemu można uśmiechnąć się pod nosem. Nie upadł on w swoim „monopolistycznym” okresie. Nie upadł także po przejściu w stadium menedżerskie, choć przewidywali to także jego zwolennicy. I nie upadł po tym, jak przeszedł w – zdaniem niektórych – kapitalizm inwestorski. Jednocześnie nie przyniósł pogorszenia się poziomu życia, a wręcz przeciwnie: jego polepszenie. Oczywiście przechodzi swoje kryzysy, jednak wyróżnia się także nadzwyczajną zdolnością dostosowawczą. W swoją istotę potrafi włączyć kolejne elementy, być może na pierwszy rzut oka nieprzystające, i odpowiadać na wyzwania szeroką paletą modeli – od amerykańskiego, przez niemiecki, po skandynawski. Do wyboru, do koloru, wybieraj kliencie na wolnym rynku kapitalizmów.

Antykapitalista będzie chwytał się różnych argumentów. Wiele z nich będzie pełnych nieznośnej emfazy, jak choćby stwierdzenia Kacpra Pobłockiego, wskazującego na „nieprawe” pochodzenie kapitalizmu, który jest, jego zdaniem, tylko kolejną inkarnacją systemu niewolniczego. Znamy ten argument z marksowskiego materializmu historycznego – i trudno zaprzeczyć, że na przestrzeni wieków ludzie byli także towarem. Są zresztą do tej pory, choć – w naszym kręgu cywilizacyjnym – nielegalnie. Jednak sprowadzenie wolnego handlu do handlu ludźmi byłoby równie grubym uproszczeniem, co sprowadzenie socjalizmu do Gułagu.

Inni będą zwracać uwagę na wady kapitalizmu i udowadniać, że upadnie, właściwie przebierając stare argumenty w we współczesne szatki. Jeszcze inni będą przeciwstawiać „kapitalistycznym” Stanom Zjednoczonym np. „socjalistyczną” Szwecję. Nic bardziej błędnego, gdyż ta ostatnia (jak i wszystkie państwa skandynawskie) to kraj kapitalistyczny, tyle że z szeroką redystrybucją, wysoką progresją podatkową i systemem, w którym związki zawodowe mają bardzo wiele do powiedzenia. Szwecja to państwo zajmujące 15 miejsce w Indeksie Wolności Gospodarczej Heritage Foundation, trzy pozycje nad USA (i trzydzieści nad Polską): piękna laurka ze strony czołowego wolnorynkowego think tanku. Jeśli „socjalizm” to wysoki poziom ochrony praw własności i łatwość prowadzenia działalności gospodarczej, to ja chcę w Polsce takiego „socjalizmu” jak w Szwecji, czy Danii (pozycja 12) lub Norwegii (23).

W ostatecznym rozrachunku krytyka kapitalizmu ze strony współczesnych socjalistów jest jałowa. Nie dlatego, by nie mieli racji w tym czy innym aspekcie, ale przede wszystkim dlatego, że nie proponują nic w zamian. Jeśli ktoś nie jest w stanie powiedzieć o kapitalizmie dobrego słowa, to powinien umieć też przedstawić jakąś kontrpropozycję. Dzisiejsi socjaliści nie mają odwagi Lenina, by przedstawić własną wizję, która byłaby rzeczywiście konkurencyjna wobec kapitalizmu. I nie chodzi mi o propozycje, które pomogłyby mu „przestać gryźć własny ogon”, tylko takie, które wskazywałyby, co robić, gdy już go sobie odgryzie. Bo nawet po wzmocnieniu związków zawodowych i wprowadzeniu dochodu gwarantowanego, na który pieniądze będą pochodziły z ostrej progresji i podatków majątkowych – to jeśli będą one płacone przez akcjonariuszy wielkich firm i indywidualnych przedsiębiorców, będzie to można nazwać „społeczną gospodarką rynkową”, kapitalizmem socjalnym, czy jakkolwiek inaczej – ale nadal będzie to kapitalizm. Chyba, że planem jest powolne przejmowanie zakładów przez rzeczone związki i uduszenie przedsiębiorstw wysokimi podatkami. Jednak dopóki ktoś nie powie tego wprost, będzie to co najwyżej podszczypywanie kapitalistycznego kolosa – z tygodnia na tydzień coraz bardziej irytujące, bo przypominające pomstowanie np. na chmurę za to, że pada deszcz.

Gierek 2.0

Nie żeby mnie to szczególnie martwiło: wolę, żeby socjaliści nie mieli całościowego planu zniesienia kapitalizmu i zaprojektowania socjalizmu, który mogliby zrealizować, niż go mieli – i zrealizowali. Ale jest jeden wzór, który być może chcieliby realizować. Parafrazując, pewnym ideałem mogłoby być stwierdzenie: socjalizm to PRL plus demokratyzacja. Takie wnioski można wyciągnąć ze swego rodzaju nostalgii za poprzednim systemem, jaką prezentuje choćby Rafał Woś w książce „To nie jest kraj dla pracowników”.

Nie ma nic złego w rozważaniu na temat plusów i minusów realnego socjalizmu. Wręcz przeciwnie – teraz właśnie można to robić w sposób w miarę obiektywny, bo i coraz mniej osób pamięta tamte czasy. Jako że piszemy o gospodarce, zostawmy na boku „przesłuchania, rewizje, tłumy w ogniu i gazach” – i zastanówmy się, czy rzeczywiście wystarczyłoby zdemokratyzować podejmowanie decyzji.

Gdy spojrzymy na wyniki makroekonomiczne, PRL prosperował nie najgorzej do końcówki lat 60. Wtedy nastąpiło pierwsze poważne tąpnięcie. Dekada Gierka dzieli się z kolei na dwie połowy. Pierwsza z nich to okres prosperity, dużych inwestycji, także otwarcia na świat (produkcja towarów na zagranicznych licencjach – to wtedy pojawiła się u nas Coca-Cola; 45 lat temu z taśmy zjechał pierwszy „Maluch”). Działo się to jednak w dużej mierze dzięki „zielunym pożyczkom”. Kolejne pół dekady to było już znaczące spowolnienie, a lata 80. to już kompletny zjazd, zakończony spektakularną hiperinflacją.

Aby wskazać, jakie było źródło klęski PRL, posłużę się niezbyt konsekwentną logicznie argumentacją Marcina Piątkowskiego, który w książce „Europe’s Growth Champion: Insights from the Economic Rise of Poland”, skądinąd świetnej, próbuje uzasadnić, dlaczego jednym ze źródeł sukcesu polskiej gospodarki po 1989 roku był… realny socjalizm. Otóż – pisze Piątkowski – tzw. komunizm przeorał przedwojenną, postfeudalną strukturę społeczną i w jej miejsce wprowadził w wielu aspektach instytucje włączające, które – w myśl prac Darona Acemoğlu i Jamesa A. Robinsona – są odpowiedzialne za dobrobyt. To wtedy awansu społecznego dostąpiły miliony mieszkańców wsi, miliony osób, które przed wojną nie mogły nawet na to liczyć, dostąpiły możliwości zdobycia nie tylko umiejętności czytania, ale nawet średniego lub wyższego wykształcenia. Autorytarny system polityczny skutecznie utrudniał wcześniejszym elitom obrony status quo ante bellum. Dlaczego więc było tak źle, skoro było tak dobrze? Odpowiedź tkwi w tym, że „polska droga do socjalizmu” nie była… wystarczająco socjalistyczna i represyjna politycznie. Przez to nie wykorzystała możliwości zdobycia – poprzez kolektywizację – kapitału, który mógłby zostać wykorzystany do jeszcze większego skoku naprzód.

Tą argumentację można by uznać za konsekwentną (choć dyskusyjną), gdyby nie to, że w dalszej części swej książki za jedną z przyczyn sukcesu po 1989 roku Piątkowski wskazuje… relatywnie silne zaczątki społeczeństwa obywatelskiego i względnie duży udział sektora prywatnego w gospodarce PRL. Jak to możliwe, że „prywaciarze” byli wcześniej „be”, a teraz są „cacy” – tego autor nie wyjaśnia. Dużą rolę w tej argumentacji odgrywa także odniesienie do II RP, której instytucje autor określa jako „wyzyskujące”. Pojawia się jednak pytanie: na czym zasadniczo polega różnica między ówczesnym etatystycznym postfeudalizmem a powojennym socjalizmem państwowym? W obrazie PRL brakuje (podobnie zresztą jak u Wosia) też milczących ofiar początku Polski Ludowej: klasy średniej, tysięcy piekarzy, młynarzy, aptekarzy, cukierników, szewców, drobnych i średnich producentów mebli czy ołówków, tych wszystkich „kapitalistów”, barbarzyńsko wywłaszczonych przez realizatorów „bitwy o handel”. A przecież gdyby ich nie ruszać, nawet przeprowadzając nacjonalizację wielkiego przemysłu – co do czego istniał wśród polskich ugrupowań, także demokratycznych, daleko idący konsensus – baza do odbudowy klasy średniej po 1989 roku byłaby jeszcze szersza.

Względny sukces wczesnego PRL nie wynikał z tego, że po wojnie „przyszedł walec i wyrównał”, tylko z tego, że gdy buduje się na zgliszczach, to zawsze możliwy jest łatwiejszy start. Ostatecznie realny socjalizm pokonały jego „wewnętrzne sprzeczności”, obejmujące cały system – od bankowego, w ramach którego pieniądze były de facto kuponami, za które wymieniało się wydawane przez państwo (lub za jego pośrednictwem) produkty (nawet jeśli system kartkowy nie obejmował całego okresu 1945-1989), ceny zaś były arbitralnie ustalane przez centralnego planistę i nie stanowiły dla producentów i konsumentów żadnego sygnału. Najlepiej wyedukowani i demokratycznie upodmiotowieni robotnicy czy też obywatele nie mieliby jak kalkulować, nie otrzymując sygnałów z rynku co do zapotrzebowania na dane produkty czy usługi. Słusznie Piątkowski oraz lewicowcy wskazują na sukces rozwiązań włączających, takich jak alfabetyzacja, jednak nic nie przemawia za tym, że wymagała ona wprowadzenia centralnego planowania i dyskryminacji osób pochodzących z warstw wyższych – a także likwidacji mechanizmów rynkowych.

Pochwała nieudacznictwa

Jest w sympatyzowaniu z pewnymi rozwiązaniami obecnymi w PRL coś z reakcji na nadmierną krytykę tego okresu, podlaną martyrologicznym sosem. Nie bez znaczenia jest tu też zmęczenie propagandą sukcesu III RP. Niestety, zamiast przejścia do stanu zdroworozsądkowej równowagi, mamy do czynienia z popadaniem w drugą skrajność, podobnie zresztą jak w przypadku dość groźnej mody na odbieranie jednostce poczucia odpowiedzialności za własny los. O ile w pierwszych dwóch dekadach po transformacji w kulturze mieliśmy zakodowane liberalne hasło, że każdy jest kowalem swojego losu (a komu nie udaje się go ładnie wykuć, ten sam sobie winien), o tyle dziś mamy do czynienia z istną pochwałą nieudacznictwa. Zwłaszcza w formie publicystyczno-anegdotycznej: czy to w momentami dość zabawnych memach „Magazynu Porażka”, w felietonach Szczepana Twardocha, czy w wydaniu nieco bardziej pogłębionym – u Piotra Wójcika, który na stronach „Nowego Obywatela” pisze o tym, że wcale uczciwą pracą ludzie się nie bogacą, a za sukces odpowiada głównie szczęście. W pewnej mierze mają oni oczywiście rację, podkreślając znaczenie kapitału kulturowego, społecznego i finansowego w rozwoju młodego człowieka i budowie podstaw jego aktywności zawodowej – jednak i z tego kapitału trzeba umieć korzystać. Narzekactwo do niczego konstruktywnego nie prowadzi, choć mogłoby: przekute w bardziej pozytywny przekaz, mogłoby służyć zdobyciu większej pokory przez tych, którzy nie są do końca świadomi tego, że nie wypracowali wszystkiego sami – i wypracowania pewnego etosu solidarnego wyrównywania niedoborów tegoż kapitału.

Do tego jednak potrzebna jest pewna podstawowa zgoda ze światem – a tej u lewicy nigdy nie było. Nie chodzi tu o koniunkturalizm i pogodzenie się z zastanymi instytucjami: te jako ludzki wytwór mogą być lepsze i gorsze, można je zmieniać. Chodzi o uznanie, że światem rządzą pewne prawidła: mogą być one niewykryte i warunkowe, ale jednak nie ma ucieczki od nierówności, ponieważ ludzie są ze swej natury różni i trzeba by nieustająco i arbitralnie przeprowadzać Wielkie Wyrównywanie (przy jękach wyrównywanych i marnotrawstwie ich potencjału), by utrzymywać społeczeństwo w równości. Nie ma też ucieczki od „przymusu ekonomicznego”, gdyż zasoby na świecie są ograniczone, a inwencja, jeśli chodzi o wynajdywanie ewentualnych potrzeb – nie. Nawet w najbardziej „demokratycznych” wspólnotach wytwarza się hierarchia, a kult jednostki był we współczesnym świecie najbardziej jaskrawy w tych państwach, w których w teorii panowała kolektywistyczna i egalitarna ideologia. To są wszystko zasady, które oczywiście często irytują – ale, choć nie są one żelaznymi prawami niczym prawa fizyki, to jednak ograniczają nas w podobnym stopniu.

Zrozumieć świat

A jednak potrzebna jest sensowna lewica, wskazująca na ograniczenia systemu kapitalistycznego – jednak jednocześnie akceptująca jego istnienie. Sama tolerancja dla kapitalizmu ze strony lewicy nie wystarczy. Tę pracę domową odrobiła już lata temu zachodnia socjaldemokracja. „Wolność konsumencka i wyboru miejsca pracy to decydujące podstawy, a wolna konkurencja i wolna przedsiębiorcza inicjatywa to ważne elementy socjaldemokratycznej polityki gospodarczej. Autonomia związków zawodowych i pracodawców przy zawieraniu umów zbiorowych są istotną częścią wolnościowego porządku. Totalitarna gospodarka nakazowa niszczy wolność. Dlatego Partia Socjaldemokratyczna popiera wolny rynek zawsze tam, gdzie rzeczywiście istnieje konkurencja. Jednak gdzie rynki są opanowane przez jednostki czy grupy, konieczne są różnorakie środki, by zachować wolność gospodarki. Tyle konkurencji, ile możliwe, tyle planowania, ile konieczne!” – można przeczytać w „Programie Godesberdzkim” Socjaldemokratycznej Partii Niemiec z 1959 roku. Tym fundamentalnym dokumentem programowym (obowiązującym aż do 1989 roku) SPD pożegnała się ostatecznie z ortodoksyjnym marksizmem i – mimo że jeszcze w Republice Weimarskiej bywała częścią rządów – dopiero wraz z tym krokiem stała się równoprawnym konkurentem do rządzenia. Przez kolejne dziesięciolecia współtworzyła oryginalnie chadecki projekt społecznej gospodarki rynkowej.

Obecne nędzne wyniki wyborcze zachodniej socjaldemokracji (rekordowo niskie poparcie SPD, niemal zanik partii z tej rodziny politycznej we Francji, Włoszech czy Grecji, gdzie miejsce PASOK-u zajęła radykalnie lewicowa Syriza) tylko pozornie przyznaje rację tym, którzy twierdziliby, że to efekt pogodzenia się lewicy z kapitalizmem. Także polska nowa lewica, coraz bardziej antykapitalistyczna w swoim rdzeniu, powinna się z nim pogodzić. Nie robi tego albo nie sprawia takiego wrażenia w swoich deklaracjach ideowych czy tekstach publicystycznych, skupiając się na wyliczaniu, czego znowu „ma dość”. To być może skuteczne politycznie, ale na pewno nie świadczy o tym, że nowa lewica umie dobrze zinterpretować świat. A jeśli chce się go zmienić, trzeba go najpierw zrozumieć.

Stefan Sękowski

Foto.: pixabay.com

Artykuł ukazał się w magazynie „Nowa Konfederacja”. Przedruk za zgodą redakcji. Tytuł pochodzi od redakcji PROKAPA.

4 KOMENTARZE

  1. Sekowski ile placa za takie bzdury?
    „Na cenę wpływ mają także – jak zauważa prezes OSM Łask – spekulanci, czyli duzi gracze, którzy wykupują masło, a następnie czekają na wzrost cen”.
    To cytat z dzisiaj. Nie ma to jak wolny rynek…spekulant finansowy, spekulant towarowy…a kapitalizm to taki swietny ustroj z niewidzalna reka SPEKULANTA!!!

  2. W uczciwym kapitaliźmie nie ma miejsca na spekulację, miejsce dla nich jest w kasynie. Nie obchodzi mnie „giełdowa” cena masła tylko końcowa w sklepie. Ostatecznie to głównie producent i dystrybutor wpływają na ceny, które oczywiście zawierają ukryte koszty takie jak podatki. Resztę robi „niewidzialna ręka” (z braku lepszego pojęcia dawniej) konkurencji.

  3. Na wolnym rynku klient decyduje i może reagować, w zamordyźmie z dyktatem cen może co najwyżej podetrzeć się nic nie wartym „kuponem”.

Comments are closed.