Dług publiczny coraz bardziej wdaje się we znaki administracji państwowej, przede wszystkim samorządom i gminom. Coraz więcej miast zaczyna szukać kolejnych oszczędności i środków na wsparcie swojej działalności. Niestety pieniądze nie leżą na ulicy, przez co trzeba po raz kolejny sięgnąć do portfeli mieszkańców. Jak donosi Newsweek coraz więcej miast zaczyna wprowadzać opłaty za odprowadzanie wody po opadach (sic!) Oczywiście nie spowoduje to jakiejś rewolucji w kanalizacji czy ściekach, nie zaobserwujemy żadnych zmian jakościowych w odprowadzaniu wody.


Podatek deszczowy bo tak zwykło się nazywać ten rodzaj kolejnego haraczu wprowadzono już w Poznaniu, Koszalinie i Bielsku-Białej. Z początkiem lutego podatek od deszczu pojawić się ma na Górnym Śląsku, kolejnym miastem, które chce ten przepis wprowadzić jest Bytom, dotychczas stosują go już Żory i Tarnowskie Góry. Jak nie trudno się domyślić, to tylko kwestia czasu kiedy do tej inicjatywy dołączą inne miasta aglomeracji śląskiej. Jeśli tylko genialne władze gmin dostrzegą efektywność swoich działań, to możemy spodziewać się rozszerzenia tej dżumy na całe województwo. Deszczową opłatę ma też w marcu wprowadzić Wrocław.

Jak donoszą rzecznicy prasowi urzędów tych miast, które już dawno objęte są podatkiem deszczowym dochód z tego typu jest ogromny. Poznań dzięki podatkowi deszczowemu uzyskał w 2011 r. 3 miliony zł a w 2010 r. ok. 5 milionów złotych. Największych zysków oczekuje Wrocław – szacuje się, że w tym roku dochody z podatku od deszczu przyniosą wrocławskiemu urzędowi ok. 12 milionów złotych. Opłatą za tego typu „usługi” objęte są chodniki, ulice i nieruchomości. W praktyce wygląda to tak, że urzędy nakładają na spółdzielnie ciężar kosztów a ci z kolei przerzucają cały koszt na lokatorów. Efektem takiej polityki jest wzrost opłat i czynszu lokalów spółdzielczych.

Podatek deszczowy jest kolejnym przykładem łupienia uczciwych obywateli przez pogrążone w długach instytucje administracji państwowej. Urzędnicy prześcigają się w wymyślaniu dodatkowych, jak widać absurdalnych podatków, byle tylko naprawić swoje błędy. Nie należy jednak liczyć na to, że za płacenie kolejnego podatku, mieszkańcy otrzymają coś w zamian, to zbieranie środków działa tylko w jedną stronę. Dla przeciętnej rodziny, oprócz płacenia czynszu i funduszu remontowego dojdzie opłata za to co nieuniknione w naturze – deszcz. Gdyby ktoś kilka ładnych lat temu puścił informację, że deszcz będzie opodatkowany podejrzewać należy, że trafiłby na portal z dobrym humorem. Dziś jednak widać, że władza lubi się kompromitować, wymyślając coraz to nowsze metody legalnej w świetle prawa grabieży.

W mieście autora niniejszego tekstu póki co deszcz pada za darmo, trzeba być jednak czujnym. I nie chodzi bynajmniej o przesadne oburzenie, rzecz w tym, że tak absurdalny podatek otwiera drogę do kolejnych szalonych z punktu widzenia logiki restrykcji, co następne w kolejce? Podatek od powietrza? A może od promieni słonecznych?

Karol Mazur