W ramach cyklu „Książki PROKAPA na lato” przedstawiamy czytelnikom fragment bestsellerowej na Wyspach Brytyjskich książki „Jak nie dać się wykończyć lekarzowi?” pióra angielskiego lekarza i pisarza Vernona Colemana. Książka, która właśnie ukazała się w Polsce, stanowi niezwykle cenne uwagi i spostrzeżenia na temat kondycji obecnej medycyny, moralności lekarzy oraz zdradza kulisy funkcjonowania współczesnej służby zdrowia.
Książka stanowi cenny dokument mogący być nieocenioną pomocą dla tych, którzy muszą korzystać z państwowej służby zdrowia.



*  *  *
Nie pozwól, by lekarz tobą poniewierał
Niegdyś lekarze byli obdarzani przez pacjentów szacunkiem i zaufaniem. Dziś nie jest to regułą.
Sympatia wobec lekarzy stale się zmniejsza. Sądzę, że ma to niewiele wspólnego ze stosowanymi przez nich metodami leczenia i ich skutecznością. W mojej ocenie, przyczyny wspomnianej tendencji należy szukać gdzie indziej – sedno sprawy leży w tym, że lekarze zachowują się obcesowo, wyniośle i są, najzwyczajniej rzecz biorąc, niemili. Nie mają szacunku do pacjentów, terroryzując ich na każdym kroku.
Codziennie otrzymuję listy od pacjentów, którzy spotkali się z niechęcią lekarza, gdy ośmielili się zadać pytanie lub odezwali się w niewłaściwym momencie.
„Wyszłam ze szpitala ze łzami w oczach”, zwierza się jedna z moich czytelniczek. „Czekałam na konsultację trzy godziny, a gdy w końcu udało mi się wejść do gabinetu, usłyszałam zaledwie kilka zdań. Potem lekarz po prostu wyszedł bez słowa wyjaśnienia. Pielęgniarka powiedziała mi, że mogę iść do domu. Mąż, który czekał na zewnątrz, był gotów pobić lekarza za to, co mnie spotkało. Wciąż nie wiem, co mi dolega”.
Czasem wstydzę się tego, że jestem lekarzem.
„Skierowano mnie do wyziębionego gabinetu, kazano się rozebrać i położyć na leżance”, pisze inny czytelnik. „Czekałem na badanie 25 minut. Chcąc się rozgrzać, usiadłem ze skulonymi kolanami. Do gabinetu wparował lekarz w towarzystwie pielęgniarki i grupki studentów. Lekarz przeprowadzał badanie, a cała reszta gapiła się na mnie. Nikt nie poświęcił nawet chwili, by ze mną porozmawiać. Po zakończeniu oględzin lekarz po prostu sobie poszedł”.
W takiej sytuacji trudno się dziwić, że miliony chorych szukają pomocy u przedstawicieli „medycyny alternatywnej”. Tak duże uznanie zyskują oni nie ze względu na metody terapii, które zalecają, ale w związku z ich szacunkiem do pacjenta.
Choć lekarze pierwszego kontaktu (lekarze rodzinni) są rzeczywiście niemili, znacznie gorsi są pod tym względem lekarze specjaliści pracujący w szpitalach. Wielu z nich zachowuje się tak, jakby uważali się za bogów. Traktują pielęgniarki i asystentów niczym niewolników, a do pacjentów odnoszą się z pogardą. Wielu lekarzy specjalistów przypomina swoim zachowaniem strażników obozowych, widząc w pacjentach nieomal przestępców. Osoby wykonujące zawód lekarza powinny odznaczać się troską o innych, tymczasem zewsząd słychać skargi na ich arogancję, bezczelność i nieczułość.
Oto kolejny fragment listu od czytelnika:
„Po wizycie u lekarza czułem się niesamowicie poniżony. Potraktował mnie niczym krowę, przepędzaną z jednego pastwiska na drugie. Niczym bezrozumną istotę pozbawioną uczuć. Nie dał mi szansy na zadanie pytań. Byłem tak roztrzęsiony, że nie miałem siły na jazdę autobusem, do domu podrzucił mnie znajomy. Istny koszmar!”
Lekarze specjaliści często zapominają, że choć oni sami mają codziennie do czynienia ze śmiercią i chorobami, dla ich pacjentów konsultacja medyczna jest doświadczeniem wyjątkowym i poruszającym.
Wielu pacjentów narzeka, iż lekarze specjaliści popisują się przed pielęgniarkami i asystentami (ci sami lekarze w czasie konsultacji prywatnych są zazwyczaj uprzejmi, wręcz ujmujący). Niewłaściwe maniery przez nich prezentowane są naśladowane przez młodszy personel. W tysiącach listów, które otrzymałem, znajdują się skargi na nieuprzejme zachowanie pielęgniarek, sanitariuszy, techników i fizjoterapeutów. Część personelu szpitalnego czerpie najwyraźniej przyjemność z upokarzania pacjentów. Szczególnie narażone na takie zachowanie są osoby starsze i kobiety w ciąży.
Poniżej zamieszczam kolejne fragmenty listów od czytelników:
Pan A: „Gdy powiedziałem lekarzowi, że oszaleję, jeśli objawy się utrzymają, ten odpowiedział, iż to zapewne już się stało. Popisywał się przed swoimi asystentami, którzy uśmiechali się, chcąc sprawić mu przyjemność”.
Pani B: „Lekarz specjalista starał się za wszelką cenę zrobić wrażenie na młodszym personelu. Gdy ośmieliłam się wyrazić krytyczną uwagę, usłyszałam: ‘Nikt pani tu nie zaciągał na siłę’”.
Pani C: „Lekarz nakrzyczał na mnie, nie mogąc wkłuć się w żyłę”.
Pani D: „W szpitalu dowiedziałam się, że mam raka piersi. Lekarz powiedział, że przejdę operację, gdy znajdzie się wolny termin. To tyle, jeśli chodzi o konsultację. Cała wizyta nie trwała dłużej niż trzy minuty. Mój świat zawalił się w jednym momencie. Wsiadłam do samochodu, wróciłam do domu i rozpłakałam się przy dzieciach”.
Pan E: „Na moje pytanie o to, czy operacja jest rzeczywiście konieczna, chirurg odpowiedział tymi słowy: ‘Mam na głowie masę zabiegów. Jeden więcej lub mniej nie robi mi różnicy’.
Pani F: „Technik przeprowadzający badanie radiologiczne był opryskliwy i niegrzeczny. Przez następne pięć dni bolała mnie klatka piersiowa”.
Pani G: „Musiałam poddać się dość intymnemu badaniu. Wokół zebrała się grupka lekarzy, którzy zaczęli chichotać i wymieniać między sobą niestosowne żarty. Już nigdy nie zgłoszę się na badanie o takim charakterze. Wolałabym chyba umrzeć!”
Pani H: „Lekarz spytał się, czy czuję się lepiej. Odparłam przecząco, jako że wciąż odczuwałam ból. Nakrzyczał na mnie, a ja się rozpłakałam. Wrzeszczał do mnie: ‘Proszę na mnie patrzeć, gdy do pani mówię’. Płacz zupełnie mnie sparaliżował”.
Pan I: „Żona była w tym roku już trzy razy w szpitalu, ale jak na razie nikt nie udzielił nam żadnych informacji”.
Pani J: „Byłam tak zdenerwowana, że trzęsły mi się ręce i nie mogłam rozpiąć biustonosza. Doktor popędzał mnie krzykiem”.
Pani K: „Lekarz pierwszego kontaktu zapisał mnie na prywatną wizytę u specjalisty. Była bardzo kosztowna. Specjalista ograniczył się do stwierdzenia, że powinnam udać się do innego lekarza, i że sama mogłam na to wpaść. Gdy nie zapłaciłam rachunku, zadzwonił do mnie kierownik przychodni, oznajmiając, iż naruszyłam umowę. Wytoczył mi sprawę sądową”.
Pani L: „Lekarz prowadzący terapię szpitalną mojego męża zachowywał się w skandaliczny sposób. Dwa tygodnie temu dowiedziałam się, że został przyjęty na ten sam oddział jako chory. Muszę wyznać, iż mam w związku z tym grzeszne myśli”.
Pani M: „Siedziałam na leżance w fartuchu, w który odziewa się pacjentów. Nagle wszedł lekarz, który zerwał ze mnie fartuch, tak, że zostałam całkowicie naga. Po pobieżnym badaniu oddalił się równie nagle, jak się pojawił. Nie odezwał się do mnie ani słowem. Dziesięć minut później pielęgniarka oznajmiła mi, iż konsultacja została zakończona”.
Pani N: „W trakcie wizyty prywatnej lekarz był bardzo uprzejmy. Gdy zgłosiłam się na konsultację w przychodni publicznej, był zupełnie innym, opryskliwym człowiekiem”.
Pani O: „Na konsultację w szpitalu czekałam dziewięć miesięcy. Nie zobaczyłam jednak na oczy prawdziwego lekarza. Przyjął mnie arogancki student medycyny. Wstydziłabym się takiego wnuka”. (…)
Od lekarzy oczekuje się działań służących poprawie samopoczucia pacjenta. Powtarzające się na masową skalę incydenty, w rodzaju tych opisanych powyżej, dowodzą, iż lekarze nie wywiązują się ze wspomnianej roli.
Lekarze często próbują tłumaczyć brak manier przepracowaniem. Ten argument nie jest jednak trafiony. Przeciętny czas pracy lekarzy drastycznie spadł w ostatniej dekadzie. Jedna z analiz wskazuje, że statystyczny lekarz pierwszego kontaktu przepracowuje w tygodniu 23 godziny. Wypada wspomnieć o przypadku lekarza, który przechwalał się, iż zdołał skomasować swoją pracę do siedmiu godzin w tygodniu.
Jeszcze mniej pracują lekarze specjaliści ze szpitali. Wielu z nich celowo wydłuża liczbę pacjentów oczekujących na wizytę, tak, by zachęcić chorych do zgłaszania się na odpłatną konsultację w gabinecie prywatnym. Znaczna część specjalistów nawet nie pojawia się w przychodniach przyszpitalnych, przenosząc swoje obowiązki na niedostatecznie przeszkolonych młodych lekarzy. W tym czasie przyjmują pacjentów prywatnie. Wielu zapomina, iż pacjenci znajdują się pod znacznym obciążeniem psychicznym. Powszechne wśród tej grupy jest lekceważenie potrzeb chorych w zakresie należytej informacji, połączone z niechętnym stosunkiem do wszelkich pytań. Przeważająca część lekarzy specjalistów uznaje swój czas za na tyle cenny, iż instruuje personel administracyjny, by przyjmował pacjentów z wielogodzinnym wyprzedzeniem. Mało obchodzi ich, że pacjenci mogą czuć się zażenowani koniecznością długotrwałego czekania na wizytę bez ubrania.
(…)
Pacjenci traktowani byliby lepiej, gdyby lekarze odnosili się do nich jak do własnych bliskich.
Uważam, że każdy lekarz powinien podchodzić do pacjenta właśnie w ten sposób.
Wielu lekarzy uważa się za nadludzkie istoty, których sądy nigdy nie powinny być kwestionowane, których czas jest niezwykle cenny i które jako jedyne zasługują na szacunek.
Myślę, że przyczyn takiego nastawienia należy szukać między innymi w charakterze edukacji medycznej. Przyszli lekarze uczą się dużo o poszczególnych schorzeniach, lecz osobie pacjenta poświęca się w tym kształceniu niewiele uwagi. W programie akademii medycznych nie uwzględnia się w wystarczającym stopniu kwestii takich jak prawa pacjenta czy odpowiedzialność lekarzy. Podejrzewam, iż studenci medycyny dowiadują się zbyt mało o wpływie psychicznych doznań chorych na stan ich zdrowia.
Omawiany problem ma również po części związek z tym, że lekarze zbyt łatwo zapominają, kto ich utrzymuje. Transfery pieniężne mają miejsce poza przychodniami i gabinetami przyjęć, tak więc lekarzom trudno jest zauważyć, iż pacjenci są tak naprawdę konsumentami, którzy mają określone, niepodważalne prawa (dobrze byłoby, gdyby lekarze troszczyli się o pacjentów z uwagi na poczucie obowiązku, ale nie można wymagać od nich zbyt wiele).
Lekarze są znacznie milsi wobec pacjentów, gdy ci płacą za wizytę we własnym zakresie. Taka dwulicowość cechuje szczególnie lekarzy specjalistów ze szpitali.
Vernon Coleman
Vernon Coleman – „Jak nie dać się wykończyć lekarzowi?”, Argani, Warszawa 2011, str. 268.
Książkę można kupić w księgarni Multibook.pl…

3 KOMENTARZE

  1. Kolejny przykład dobrego określenia problemu i absolutnego brak zrozumienia przyczyny. W tym wypadku pomimo ewidentnej wiedzy i przytoczonego rozwiązania!
    Gdybyśmy mieli ubezpieczenia odzieżowe też nikt w sklepach nie byłby uprzejmy. Mnóstwo lekarzy (dotyczy to każdego zawodu) musi widzieć ten papierek z czyjąś podobizną za konsultację najdalej w 15 minut po niej. Inaczej nie odnajdują związku przyczynowo-skutkowego.
    Ubezpieczenia zdrowotne mogą mieć sens tylko przy rzadkich i drogich chorobach.
    Teraz tylko wytłumaczyć to ludziom, których mózgi dało się wyprać w raptem kilkadziesiąt lat.

  2. Problem lezy gdzie indziej i ani autor materialu ani komentator nie maja racji. Problem w tym, ze …kazdy (prawie) moze zostac lekarzem. Stad takie zachowanie. Tymczasem lekarzem powinien zostac wylacznie ktos, kto przeszedl geste sito testow psychologicznych (skierowanie na pacjenta, poczucie misji) i egzaminow fachowych dopuszczajacych go do wykonywania prestizowego zawodu. Niewlasciwa „obsluga” pacjenta lub bledy zawodowe potraktowane bylyby utrata prawa wykonywania zawodu, do ktorego lekarz dlugo i mozolnie docieral. Wtedy inaczej wygladaloby dzialanie panow/pan w bialych kitlach i nie wazne czy pacjent dyndalby mu dolarowka czy rublem przed nosem czy kasa ubzepieczalni wyplacalaby pensje raz na miesiac. To samo tyczy prawnikow, budowlancow, nauczycieli itd itd.

  3. Jest to opis naszej publicznej czyli państwowej służby zdrowia. Tylko prywatne i konkurujące między sobą gabinety i szpitale poprawią sytuacje chorych. Brak moralności wynika z braku materialnego i bezpośredniego wynagradzania medycznych ludziów. Deprawacja ludzi medycyny skutkuje również tym, że bez zmrużenia oka wykonają aborcję lub eutanazję. Znieczulica jest skutkiem braku prywatnej i bezpośredniej medycyny.

Comments are closed.