Na „Stronę Prokapitalistyczną” zawitał list jednego z Czytelników, któremu nie za bardzo podobają się moje kapitalistyczne poglądy. Oprócz tego warto się odnieść do listów na temat pieniądza.
Cieszy mnie to, że problematyką interesują się nie tylko gorący zwolennicy, ale także przeciwnicy i to nie tylko z „prorynkowego” obozu, i także z grona socjalistów, o czym świadczą głosy pana Szlomo i Globala. W końcu polemika to podstawa do poszukiwania prawdy. Pan Paweł niedawno zaatakował otwarcie austrianizm.
Ekonomia mówi nam jak grupa ludzka wykorzysta zasoby, gdy będzie zorganizowana w taki lub inny sposób (zasady gry). To jest zwyczajna biologia. Biologia jest rozbudowaną częścią chemii ta natomiast fizyki. Narzędziem do opisu jest matematyka (bez przesady oczywiście 🙂 ) Natomiast sposobem weryfikacji każdej teorii jest eksperyment lub weryfikacja w naturze (na jedno wychodzi). Czy pan Machaj sugeruje mi, że nie da się przeprowadzać eksperymentów na zwierzętach? A może człowiek nie jest zbudowany z obiektów fizycznych?
Możemy nazwać ekonomię nauką ścisłą, jeśli już tak bardzo bulwersuje autora nie włączanie jej do krainy tych nauk. Jednakże popełnia on fundamentalny błąd sugerując, iż ekonomia jest „zwyczajną biologią”, rozbudowaną częścią fizyki, chemii itd. Jak zwracaliśmy uwagę wcześniej, każdy człowiek działa tzn. w określonym przedziale czasowym gospodaruje rzadkimi środkami w celu realizacji pewnych celów. Ekonomia zajmuje się logicznymi implikacjami wynikającymi z prostego ontologicznego faktu: tego, że człowiek działa. Autor nie podjął się polemiki z moim artykułem, tylko zaatakował mnie i przedstawił swoje tezy. Tezy, które zostały przeze mnie zakwestionowane w poprzednim artykule. Niestety moje argumenty nie stały się przedmiotem jego polemiki.
Podstawą analizy gospodarowania jest prakseologia, a tej metodologiczny indywidualizm. Nonsensem jest twierdzenie, że w oparciu o te założenie „można wymyślić każdą teorię i zabronić jej weryfikacji”. Prawa ekonomii należy rozumieć jako tautologie i przytaczałem wcześniej tego przykłady. Jeśli zwiększymy podaż pieniądza, to przy pozostawionym popycie na niego, zostanie wydrenowana jego siła nabywcza. Niepotrzebna jest do tego żadna empiryczna weryfikacja – mało tego. Empiria nie może zweryfikować tego prawa, skoro jest absolutnie prawdziwe zawsze i wszędzie.
To, że człowiek jest zbudowany z pierwiastków chemicznych ani trochę niczego nie zmienia. Bez rozumienia ludzkiego nie ma ludzkiego działania. Są tylko ruchy atomów, ruchy ciał itd. Akcja i pojęcia z nią związane (cel, środki) są pojęciami wpisanymi w rozumienie, a nie obserwowanie. Opieranie się na eksperymentach może mieć zastosowanie w przypadku reakcji w pełni automatycznych, fizyce, chemii. W przypadku postępowania ludzi nigdy tak nie ma. To, że w jakichś określonych warunkach ceny kształtowały się w taki, a nie inny sposób, nie ma znaczenia dla ich przyszłego kształtu. Jeśli zmieszamy przy odpowiednich warunkach wodór z tlenem, to otrzymamy wodę. Eksperyment może być w jakimś stopniu kontrolowany, a hipoteza potwierdzana bądź falsyfikowana zgodnie z metodą Poppera (chociaż właściwie jak słusznie zauważa, nie ma potwierdzeń, są tylko falsyfikacje). Wtedy prawa nie mają charakteru absolutnego i w każdej chwili mogą zostać podważone.
Jeśli chodzi o ekonomię, takie metody nie mają miejsca. Możemy wskazać na przykład na Stany Zjednoczone. W czasach, gdy się dynamiczne rozwijały, stosowały politykę merkantylizmu. Czy wyciągamy z tego wniosek, że sprzyja ona rozwojowi kraju? To byłby błąd. W naukach dotyczących postępowania ludzkiego, musimy szukać zależności, bo liczby same za siebie nie mówią. Jeśli będziemy bezmyślnie obserwować ruchy cen, to powiemy, że koszty produkcji decydują o cenach produktów konsumpcyjnych. Sama obserwacja nie powie nam, co jest determinowane przez co. Dopiero rozebranie na elementarne czynniki, i odnalezienie związków przyczynowo-skutkowych, pozwoli nam na postawienie diagnozy. Diagnozy, że to ostateczne wartościowanie przez konsumenta jest źródłem kształtowana się cen, a ceny czynników produkcji są ustawiane przez przedsiębiorców zgodnie z oczekiwanym wkładem, jaki wniosą w produkcję.
Żałuję tylko, że pan Paweł nie zademonstrował nam, jak można zweryfikować prawa ekonomiczne, które zdarzało mi się parokrotnie przytoczyć. Statystyka i „laboratorium” w niczym nam nie pomagają. To, że większość kandydatów zdających egzaminy na wyższe uczelnie, była na drzwiach otwartych, nie przesądza tego, że pójście na nie o tym decyduje.
A może pana Machaja boli to że mechanizm powstawania „speculative bubble” w laboratorium jest inny niż ten powtarzany w jego niekończącej się mantrze: inflacja inflacja inflacja …. von MIses von Mises…. Może go boli to że pieniądz jest neutralny. Zresztą skoro praw ekonomii nie da się zweryfikować pozostaje nam tylko wiara.
To nie jest kwestia wiary, a uznawania prymatu logiki nad dokonywanymi obserwacjami. Załóżmy, że powiem: „piłka nie może być jednocześnie czerwona i czerwona nie być”. Co na to pan Paweł? Czy rzeczywiście jest to wiara i czy rzeczywiście taką tezę powinniśmy poddać empirycznej weryfikacji? Oczywiście nie. Taki sam charakter mają prawa, o których mówiliśmy.
Co do samego pieniądza, Czytelnicy Strony Prokapitalistycznej dobrze wiedzą, że pieniądz nie jest neutralny. Jeśli pan Paweł twierdzi inaczej, to być może sprawdzi się jako adwokat fałszerzy pieniędzy. Powiedzmy, że moi sąsiedzi wyprodukowali sobie na komputerze 10 miliardów złotych i zaczęli zakupywać dobra za te podrobione banknoty. W ten sposób wzbogacili się kosztem reszty społeczeństwa, odciągając bogactwo od czystych producentów w swoją stronę. Wszystko dzięki procederowi fałszerstwa. Ludzie ci lądują przed sądem. Tymczasem pan Paweł mógłby z powodzeniem ich bronić. W końcu pieniądz ponoć jest neutralny, czyż nie?
Pieniądz nie spada z nieba, nie rozsypuje go Friedman swoim helikopterem, nie przynosi go po równo każdemu do portfela dobra wróżka. Pieniądz wchodzi do mikroekonomii. Trafia do poszczególnych osób, przedsiębiorstw i konsumentów. Ceny nie wszystkie od razu skaczą i zmienia się ich naturalny układ. Teoria o „neutralności pieniądza” jest absurdem. Nawet po tym jak już nowy pieniądz obiegnie całą gospodarkę i podniesie wszystkie ceny, to w wyniku tego procesu doszło do wielu zmian realnych. Bogactwo zostało zredystrybuowane, część kapitału bezpowrotnie skonsumowana, kalkulacja ekonomiczna zakłócona. Ludzie to nie maszyny i wartość pieniądza zależy także w dużej mierze od tego, czy ktoś chce i jak długo chce trzymać banknot w kieszeni.
Znakomicie widać różnicę między ekonomistami eksperymentalnymi a Austriakami w kwestii definicji podaży pieniądza. Ci pierwsi próbują korelować rozmaite wielkości agregatowe i porównywać do ogólnego poziomu cen. Austriacy zaś, analizują sytuację z punktu widzenia jednostki. Tego, jak poszczególne lokaty są postrzegane przez aktorów rynkowych. Tym sposobem Rothbard pokazywał na gruncie apriorycznym, jak w latach 20-tych ub. wieku specyficzne ubezpieczenia powinny zostać wliczone do podaży pieniądza. Zaraz po wydaniu „America’s great depression” na jednym z wykładów profesor Friedman miał mówić o licencjach medycznych, ale świeża książka czołowego Austriaka młodego pokolenia sprawiła, że temat popłynął w innym kierunku. Miltonowi Friedmanowi nie podobało się, że cała analiza jest na gruncie teoretycznym, a nie pozytywistycznym. Mainstream oskarżał nawet Rothbarda o to, że oszukał wręcz w swojej książce po to, aby dojść do określonych konkluzji. Jak zauważa profesor Salerno – zabawne jest to, że zarzuty te wysuwają osoby, które uwzględniłyby masło orzechowe w swoich monetarnych agregatach tylko po to, aby wyjaśnić działanie ich teorii.
Wracając do monetaryzmu. Pieniądz neutralny nie jest, a jego ekspansja prowadzi do zakłóceń relatywnych cen na rynku. Jeśli doprowadzamy do nadmuchania z powietrza kredytów konsumpcyjnych (niepodpartych oszczędnościami), to spłaszczamy strukturę kapitałową i prowadzimy do kurczenia się wzrostu gospodarczego (stymulujemy konsumpcję kosztem inwestycji). Jeśli natomiast inflacja przyjmuje taki charakter (tak jest najczęściej), że kredyty niepodparte oszczędnościami idą na giełdę, biznesy wyższych stadiów, nieruchomości itd., wtedy dochodzi do cyklu koniunkturalnego, który opisywał Mises. Co więcej, bańki, o których mówi pan Paweł są efektem interwencjonizmu państwowego. USA 1920, 1929, 1957, recesja z lat 70, 1981, 1990, obecna recesja – wszystkie są efektem zakłóceń w stopie procentowej poprzez ekspansję pieniądza, który nie jest neutralny. Nieraz może to mieć trochę inny charakter. Na przykład boom w latach 80-tych zakończony recesją 1990 roku był spowodowany głównie przez zabezpieczanie przez państwo inwestycji, co zachęcało do podejmowania większego ryzyka. To również jest obniżenie stopy procentowej – pamiętajmy o tym, że na stopę składają się dwa elementy: element „czystej” stopy, wynikający z czasowej preferencji i tego, ile ludzie są skłonni oszczędzać, i element ryzyka – zależny od oczekiwań przedsiębiorców i wahań krótkookresowych. W większości przypadków państwo zazwyczaj zakłóca ten pierwszy element przez system rezerw cząstkowych i bankowość centralną.
W trakcie recesji i krachów ludzie także działają. I tak na przykład w Japonii mamy nazwaną magicznie przez Keynesa „pułapkę płynności” (swoją drogą niedawno pisał tak o Japonii Michał Zieliński z „Wprost” – wielki mi „liberał”…). Ludzie trzymają pieniądze w szufladach i nie chcą zaciągać kredytów, ponieważ oczekują spadku cen i wzrostu stopy procentowej. Kapitał też potrafi sobie wędrować i uciekać z krajów, na które czyha kryzys – tak również było podczas kryzysu azjatyckiego, który jest dobrą demonstracją działania teorii Misesa. Ważna jest pewna prawda: wszystkie te spekulacje prowadzą do poprawy sytuacji i przyspieszenia ożywienia. One nie są przyczyną (nawet u Keynesa nie są przyczyną).
Na przykład spójrzmy na Japonię i jej pułapkę płynności. „Specjalista” od Azji, Paul Krugman twierdzi, że lekarstwem jest szybki druk pieniądza i wyjście z pułapki. Oczywiście nie trudzi się on, aby wyjaśnić, skąd się pułapka bierze, podobnie jak Stiglitz, Samuelson czy też inni Keynesiści. Pułapka po prostu jest. Jest „speculative bubble” i koniec kropka, bo tak zaobserwowaliśmy w laboratorium z panem Pawłem. Takie spekulacje są wewnętrzną cechą kapitalizmu (ukłon w stronę Marksa i Malthusa).
Zupełnie inne podejście dominuje w Szkole Austriackiej. Tutaj trzeba spojrzeć szerzej na obrazek. Zrozumieć, co to jest stopa procentowa, co to jest struktura kapitałowa, jak działa rynek kredytowy, co to jest ekspansja pieniężna i system rezerw cząstkowych. Keynes, a za nim jego kontynuatorzy, nie głowi się, czym jest stopa procentowa (a raczej wypisuje się o niej, jakby nie zrozumiał podstaw ekonomii), czym jest kapitał i jak pieniądz zakłóca rynek przez swoją nieneutralność. I Keynes nie miał racji, panie Pawle. Ani trochę.
Oczekiwania przedsiębiorców grają swoją rolę, ale zawsze odnoszą się do czynników rzeczywistych. Keynes twierdzi, że „widzi mi się” może zatrząść całym rynkiem. Mises twierdzi inaczej. Na rynku pojawiają się nieregularne fluktuacje wynikające ze zmian preferencji i wypadków, jakie zaoferuje człowiekowi natura. Długookresowo zaś nie ma cyklu, a gospodarka jest na stabilnej ścieżce wzrostu zależnego od akumulowanego kapitału (oszczędności). Dopiero drukowanie pieniądza uruchamia sztuczny boom, jaki wkrótce będzie musiał zostać skorygowany.
Skoro jesteśmy przy Japonii … Japonia uruchomiła klasyczny cykl Misesa i wije się przez wiele lat w recesji, ponieważ państwo robiło wszystko, aby tę recesję przedłużać. Drukowano pieniądz i jednocześnie zwiększano wydatki budżetowe tak, że podwoił się dług publiczny, przebijając wielkość PKB. Moglibyśmy powiedzieć, że jest to znakomity przykład empiryczny potwierdzający teorię Misesa, ale co to da, skoro Keynesiści i monetaryści już mają gotową odpowiedź: za mało regulowano, za mało drukowano, za mało pompowano itd.
Trzymanie przez ludzi pieniędzy i nie zaciąganie kredytów jest procesem przyspieszającym spadek cen i wzrost stopy procentowej. Wiadomo, że ceny mają spaść; w trakcie recesji ma wystąpić deflacja, szczególnie w przypadku dóbr kapitałowych, które cierpią najbardziej. Spekulacje ludzi tylko przyspieszają proces dostosowawczy i pchają ceny w ruch. Ruch, jaki ma prowadzić do restauracji ich odpowiedniego układu.
Każdy z nas może wydawać pieniądze na 3 rzeczy: (1) konsumpcję, (2) oszczędności-inwestycje i (3) zatrzymanie w saldzie gotówkowym. To, czy mamy do czynienia z wzrostem siły nabywczej pieniądza, czy ze spadkiem, jest zależne od popytu na pieniądz. Popyt to chęć trzymania tego pieniądza w saldzie gotówkowym (3). Załóżmy, że wydajemy kolejno pieniądze:
(1) 60 złotych
(2) 20 złotych
(3) 20 złotych
Zwiększenie popytu na pieniądz wyrazi się tym, że wsadzimy więcej do salda gotówkowego i będziemy wydawać na rynku mniej:
(1) 30 złotych
(2) 10 złotych
(3) 60 złotych
Widzimy, że popyt wzrósł. W tym momencie dochodzi do spadku cen i na rynku występuje deflacja (wyższy popyt na pieniądz, prowadzi do wyższej ceny pieniądza, czyli wyższej siły nabywczej). Wyższy popyt oznacza żądanie wyższej siły nabywczej pieniądza, więc rynek zaczyna podążać w tę stronę i ceny spadają (chyba, że państwo próbuje powstrzymać ten bieg wydarzeń jak w roku 1929 czy też jak w Japonii). Ceny muszą mieć swobodę do tego, aby mówić prawdę, mawiał Benjamin Anderson. W tym przykładzie zależność między konsumpcją i inwestycją (1) i (2) nie uległa zmianie. Stosunek dalej wychodzi 3:1, czyli czasowa preferencja jest taka sama, więc i stopa procentowa jest taka sama. Tego Keynes nie mógł zrozumieć. Tego, że może jednocześnie rosnąć popyt na pieniądz, a stopa procentowa nie drgnąć.
Widzimy na tym prostym przykładzie, że stopa procentowa nie jest zależna bezpośrednio od popytu na pieniądz. W tym przykładzie popyt na pieniądz mocno wzrósł (więc cena czyli siła nabywcza też powinna), a stopa pozostała na tym samym poziomie. Można wyobrazić sobie sytuację, gdy popyt na pieniądz rośnie i stopa procentowa rośnie:
(1) 60 złotych
(2) 10 złotych
(3) 30 złotych
W porównaniu do sytuacji wyjściowej, rośnie posiadanie w saldzie gotówkowym w wyniku skurczenia się oszczędności-inwestycji. Tym sposobem przez malejący poziom oszczędności, rośnie stopa procentowa (mniej środków na rozwój) i rośnie popyt na pieniądz (odkładamy do salda), więc także ceny spadają. Jednakże spadają ceny dóbr kapitałowych, bo jak widzimy wydatki na konsumpcję nie zmalały. (analogicznie możemy sobie wyobrazić sytuację, gdy rośnie popyt na pieniądz – przez wstrzymanie konsumpcji – i oprócz tego spada stopa procentowa; możemy także pokazywać przypadki zmieniającej się stopy procentowej przy nie zmieniającym się popycie na pieniądz – konfiguracji jest wiele).
Teraz możemy zrozumieć sytuację Japonii. Popyt na pieniądz rośnie kosztem wydatków na cele inwestycyjne, a co to oznacza? Po prostu oznacza to tyle, że ludzie oczekują spadku cen dóbr kapitałowych w stosunku do dóbr konsumpcyjnych (czyli wzrostu stopy procentowej, bo jak mówiliśmy stopa procentowa to różnica między tym za ile przedsiębiorca kupuje, a za ile sprzedaje). No i co? No i przecież właśnie tak ma się stać w trakcie recesji! Ceny dóbr kapitałowych mają spaść w stosunku do cen dóbr konsumpcyjnych, żeby odwrócić sztucznie nakręcony boom i sztuczne podbicie cen, głównie dóbr kapitałowych („wyższe stadia produkcji”). No i ceny muszą być wolne, aby pokazać prawdę. Drukowanie nic nie pomoże, a przyczyni się do większych zakłóceń. Znieść regulacje, znieść ograniczenia na kapitał, nie wspomagać słabych biznesów, znieść płace minimalne. Let the market work. Spekulacje w trakcie kryzysu (spowodowanego przez politykę państwa) przyspieszają drogę do ożywienia. One nie są przyczyną kryzysu – one są elementem pojawiającym się oprócz niego. Jedyne rozsądne wyjście z takiej sytuacji to leseferyzm.
Kapitał z Azji uciekł, bo zanosiło się w końcu na krach polityki ekspansji pieniężnej. I to nie „zwierzęce instynkty” do tego się przyczyniły, tylko polityka banków centralnych. Najmniejszą ekspansję zanotowano w Hong-Kongu, gdzie również depresja miała najmniejszą moc. Gdyby rejon Azji opierał się na standardzie złota, nie mielibyśmy żadnych sztucznych boomów i ekspansji pieniądza. Tym sposobem nie istniałby problem recesji i wychodzenia z niej przy zmieniających się oczekiwaniach aktorów rynkowych, prowadzących do spekulacji.
Wyobraźmy sobie grupę ludzi. W grupie dokonuje się transakcji przy pełnej anonimowości. Transakcji podlegają dwa przedmioty. Jeden z nich jest wyceniany przez grupę ludzi wysoko (W) drugi nisko (N). Obydwa przedmioty są sprzedawane i kupowane na tym samym rynku. Ale przedmioty te mają jedną charakterystyczną cechę. Ich prawdziwą wartość kupujący może poznać dopiero po jakimś czasie od dokonania transakcji. Powiedzmy, że w grupie ludzi przedmioty nie są specjalnie oznaczane tzn. nie istnieje INSTYTUCJA, która weryfikowałaby prawdziwość wiadomości podawanej przez sprzedającego. Nie istnieje taki bodziec, który kazałby sprzedającemu mówić „patrzcie oto sprzedaję przedmiot (W)” lub „patrzcie oto sprzedaję przedmiot (N)” Pełna anonimowość i swawola. I tutaj dochodzimy do kluczowej sprawy. To co przedstawiłem to opis prostego eksperymentu na ludziach. Jak te zmienne, polifagiczne drapieżniki się zachowają? Zachowują się zawsze i wszędzie tak samo. Kierowane rządzą zysku sprzedają przedmioty (N) jako (W). Ale zaznaczam. Pełna anonimowość. Osobniki „wyprane” z wszelkich zachowań instytucjonalnych. Oczywiście po sprzedaży (N) jako (W) początkowo wszystko jest w porządku. Do czasu ujawnienia rodzaju kupionych przedmiotów nikt nie zauważy, że relacje dwóch cen są zmienione i nie odzwierciedlają preferencji uczestników transakcji. Po ujawnieniu się stanu faktycznego liczba zawieranych transakcji się zmniejszy. Oczywiste. Kupienie (N) zamiast (W) powoduje wzrost niepewności (odsyłam do Kahnemana www.nobel.se) wśród uczestników gry. Na rynku pojawiła się asymetryczna informacja jak powiedziałby Akerlof lub jak ktoś woli wzrosły koszty transakcji (jak powiedziałby ktoś z New Institutionalist School). Rynek zaczyna działać na nowym poziomie równowagi (I czy Keynes nie miał trochę racji?) Rynek ma takich poziomów nieskończoność. Inny będzie poziom równowagi dla rynku na którym podczas transakcji istnieje 50% prawdopodobieństwo kupienia (N) zamiast (W) a inny dla rynku gdzie takie prawdopodobieństwo wynosi 10%. No właśnie. I doszliśmy do mechanizmów, które zapobiegają sprzedaży (N) jako (W). W laboratorium możemy zastosować bodziec w postaci „gratyfikacji” (a może lepiej nakazu?) za podanie informacji prawdziwej. „Speculative bubble” (ani to nie jest „speculative” ani „bubble”, to jest po prostu stan tuż przed przejściem na niższy poziom efektywności wykorzystania zasobów) nie wystąpi. Oczywiście zastosowanie naszego bodźca też pochłania jakieś środki. Generalnie trzeba przyjąć kryterium, które mówi, że koszt zastosowania tego bodźca nie może być większy niż strata wynikająca z jego niezastosowania. Przykładowo, każdy idiota rozumie, że koszt utrzymania policji jest mniejszy niż strata jaka wynikłaby z jej nieutrzymywania.
Tutaj autor porusza problem bardzo szeroki. Problem informacji na rynku. Niestety zabawia się z ponad stutrzydziestoletnią tradycją subiektywizmu, jak mu się żywnie podoba. Wcale tak nie jest, że „koszt utrzymania policji jest mniejszy niż strata jaka wynikła by z jej nieutrzymywania”. Zupełnie nie. Nie wolno nam dokonywać tego rodzaju arbitralnego porównania. Wszystkie koszty, zyski i straty są subiektywne i zależą od preferencji aktorów rynkowych. Jedna osoba potrzebuje policji, inna jej nie potrzebuje. Jeden rejon jest bardzo narażony na inwazję, a inny nie. Co potrzebuje policji? Dzielnica? Osiedle? Mieszkanie czy blok? Ilu tych policjantów? W jakich godzinach? Jak pan Paweł chce o tym decydować? Jak obliczy koszty, którymi obciąży ludzi przez konfiskowanie ich własności? Tymczasem to wszystko powinno zależeć od subiektywizmu jednostek. I znowu dochodzimy do druzgocącej prawdy. Let the market work.
Wyobraźmy sobie, że ulice byłyby posiadane przez właścicieli sklepów. To od nich zależy, jaka będzie na nich ochrona. Sami przekonają się jak wysoka jest przestępczość i jakie środki podjąć w celu jej wytępienia. Analogicznie jest z parkami i innymi miejscami – to naprawdę nie przypadek, że najwięcej rozbojów jest popełnianych w tzw. „miejscach publicznych”.
Powiedzmy, że jestem w chińskim mieście, którego za bardzo nie znam. Mam zeszyt, który muszę szybko skserować. Dlatego zaczynam się rozglądać za jakimś miejscem, gdzie mogę tego dokonać. Odnajduję sklep, gdzie kseruję za 2 dolary całość zeszytu. Po tym jak wychodzę, mijam inne miejsce, którego wcześniej nie widziałem – choroba! Tutaj skserowałbym za dolara. To pokazuje, że informacja na rynku kosztuje i nie jest ogólnie dostępna. Dlatego człowiek działa. Człowiek działa, odnosi sukcesy i ponosi porażki, dzięki czemu się uczy. Gdyby informacja była idealnie dostępna, nie byłoby ludzkiego działania, a jedynie mechaniczne odruchy niczym wodór z tlenem. Tak więc edukacja i informacja są dobrami, które człowiek nabywa za życia.
Własność prywatna to medal, który ma dwie strony. Jedna z nich to etyka – uzasadnienie, że tylko system oparty na własności prywatnej może być uznawany za w pełni spójny. Druga strona to ekonomia – opisywanie, jak funkcjonuje gospodarowanie rzadkimi zasobami w oparciu o posiadanie ich przez jednostki. Chociaż są to inne dziedziny, to spotykają się właśnie w tym miejscu. Takie pojęcia jak zysk, strata, koszt, renta etc. muszą być związane z systemem własności prywatnej. Z tym, że ktoś posiada określone dobro. Tak jak już kiedyś zwracaliśmy uwagę. Główna cecha odróżniająca wolny rynek od wszystkich innych zagmatwanych, niemoralnych i niekonsekwentnych systemów to zasada: własność może należeć do konkretnej osoby. Nie ma takiej możliwości, aby więcej niż jedna osoba posiadała jakąś rzecz, tak samo jak nie ma takiej możliwości, aby więcej niż jedna osoba stała w konkretnym miejscu. Dopiero wtedy możemy rozmawiać o ekonomicznej kalkulacji, znaczeniu przedsiębiorczości, informacji itd.
Wróćmy do przykładu Chin. Nawet jeśli ktoś stwierdzi, że doskonale zna miejsce, w którym kopiowanie całego zeszytu możliwe jest za dolara, a nie za dwa, to i tak nie mamy podstaw do ingerencji siłowej. To mój problem, jak zagospodaruję swoje środki, co w moim oczekiwaniu przyniesie mi zysk i co zechcę poświęcić. Słabo znałem język i nie chciałem tracić czasu na dogadywanie się. Nie chciałem opłacać tłumacza, kupować od kogoś rady, albo dzwonić z telefonu do przyjaciela. Być może zrobiłem dobrze, a być może źle. Nie ma żadnego uzasadnienia dla interwencji państwa w sytuacji „braku informacji”.
Oczywiście oprócz tego jest inny problem: państwo nie jest w stanie dobrze gromadzić informacji. Joseph Stiglitz, kolega laureatowy Akerlofa, otrzymał Nobla za swoje wyimaginowane modele, w których porównuje niedoskonały rynek (niedoskonała informacja) z absolutnie idealnym i doskonałym rządem. Nie ma co się dziwić, dlaczego stroną wygrywającą jest instytucja Lewiatana. Oczywiście, gdy profesor Stiglitz popracował trochę w Waszyngtonie, to przekonał się, jak to bywa ze „skutecznością” rządu. Zamiast zmienić poglądy za lekarstwo uznał „demokratyzację procesów”, „większą przejrzystość” itd. Ciekawe, czemu nie opowiada się za demokratyzacją systemu społecznego w postaci przyznania ludziom takich samych praw (wolność, własność, życie), gdzie kalkulacja kosztów i zysków przebiega w sposób odpowiedni. Modele Stiglitza są dobre dla kogoś, kto chce poćwiczyć gimnastykę matematyczną.
Podobnie jest z teorią gier. Nie należy jej deprecjonować, ponieważ bywa ona dobrym ćwiczeniem umysłowym. Jednak dla teorii ekonomii nie jest w stanie zaoferować zbyt wiele. Strategie są wąskie i znane wymyślającemu. Nie ma możliwości ich poszerzania i modyfikowania (nawet w grach autentycznych, piłce nożnej, koszykówce, boksie itd. jest nieskończenie wiele strategii). Nie ma miejsca na przedsiębiorczość i odkrywczość – coś, o czym rozpisywał się przez całe swoje życie Isreal Kirzner. Proces rynkowy jest procesem. Na rynku nie ma „stanów”, „równowag”. Mamy ciągłą niekończącą się walkę z ograniczonymi zasobami w celu zaspokajania nieograniczonych, zmieniających się potrzeb. Mamy ciągle zmieniające się ceny, dostosowujące się do coraz to nowych warunków: popytu konsumenta, technologii, rozmaitych środków. Tak więc obydwie skrajne koncepcje: „równowaga zawsze” albo „równowaga nigdy” są fikcją. Dlatego wszelkie stateczne wyjaśnienia w stylu „konkurencja doskonała”, „konkurencja monopolistyczna” itd. są błędne. Rynek jest procesem dynamicznym, procesem uczenia się. Popełniania błędów, szukania nowych rozwiązań i możliwości. Dlatego właśnie ceny muszą być wolne, by móc mówić prawdę.
Jedyną drogą prowadzącą do maksymalizacji użyteczność społecznej jest zaadoptowanie zasad wolnego rynku.
Na koniec tego wątku dodam tylko, czego nie mówię. Nie mówię, że za interwencją opowiada się pan Paweł, gdyż nie zrobił tego wprost w liście.
Powiedzmy, że w Dolarolandii 1$=2g złota a w Złotolandii 1zł=1g złota. Wobec tego, skoro oba państwa mają obowiązek wymiany papierków na złoto po określonym kursie to za 1$ powinniśmy zawsze otrzymać 2zł. Zawsze? W przyrodzie występuje słowo „zawsze”?
I doszliśmy ponownie do jednego z moich ulubionych tematów, standardu złota. Pomijając problemy transportu i załamań (wynikających z systemu rezerw cząstkowych) kursy przy standardzie złota są sztywne. A precyzyjniej: nie ma kursów walutowych, bo pieniądzem jest złoto. Papierki są tylko substytutem – zobowiązaniem do przechowania złota. Te banknoty to tylko tytuł własności, ale nie własność. Tak samo jak dokument własności ziemi. Nie on ma znaczenie, tylko ma je ziemia, jaka za nim stoi. Powiedzmy, że bank A pobiera 2 gramy złota i zobowiązuje się je przechowywać w zamian za swój banknot. Na banknocie pisze: „ten dokument jest prawem własności do 2 gramów złota”. Analogicznie bank B pobiera do skarbca 1 gram złota i wypuszcza banknot: „ten dokument jest prawem własności do grama złota”. Oczywiste zatem jest, że „kurs” wynosi 2:1. Tak samo jak dzisiaj 10 złotówek w banku WBK jest równe 10 złotym w banku PKO. Na wolnym rynku złoto jest pieniądzem i każdy może emitować do niego tytuły własności. Nie ma powodu, żeby te tytuły własności między sobą fluktuowały (poza przypadkami skrajnymi, gdy ktoś zbankrutuje przez system rezerw cząstkowych, kiedy się nie upłynnia tylko dyskontuje wartość).
A gdzie tu do diabła miejsce dla preferencji uczestników gry rynkowej. Powiedzmy, że sytuacja w Dolarolandii się pogorszyła na skutek stosowania przez rząd redystrybucji. Czy to nie powinno znaleźć odzwierciedlenia w kursie walutowym?
Nie. Nie powinno. Bo „kursów walutowych” nie ma. Jest jeden pieniądz.
A przecież nie znajdzie.
Zgadza się. Nie znajdzie.
Mieszkańcy Dolarolandii dalej będą mogli sobie wymieniać walutę po stałym kursie.
Nie. Mieszkańcy Dolarolandii dalej mając w rękach banknoty z „prawem do 2 gramów złota” dalej będą mieli prawo do dwóch gramów złota od papierka. Tak samo, jeśli pogorszy się sytuacja gospodarcza w Mazowieckim, to nie ma powodów, żeby złotówka złożona w banku warszawskim w jakiś sposób „straciła” i była warta na przykład 0,9 złotówki z Gdańska. Papierek z napisem „10 złotych” jest dalej papierkiem z napisem „10 złotych”, tak samo jak jedna uncja złota jest dalej jedną uncją złota.
Z przykrością muszę wrzucić go do jednego worka z innymi obrońcami stałych kursów walutowych (i nie tylko).
Niestety z przykrością muszę wrzucić pana Pawła do worka z osobami, które nie rozumieją natury pieniądza. Czym innym jest sztucznie usztywnianie papierowych płynnych walut, a czym innym wolny rynek. Bardzo możliwe, że moje artykuły mówią zbyt mało precyzyjnie o standardzie złota, dlatego lepiej sięgnąć do dzieł Misesa, które pan Paweł nazywa bezwartościowymi.
Tak samo dziwny jest zarzut innego Czytelnika:
No właśnie – pan Machaj taki wolnorynkowy a tu chyba jakiś cień… Pewnie, ze powinien być pluralizm pieniądza
Gdyby jednak powiedział: w porządku, niech każdy zacznie sobie emitować od jutra swoje własne złotówki, są w tej sytuacji trzy wyjścia. Albo będą one odróżnianie od aktualnego środka płatniczego, więc wtedy nikt ich nie zaakceptuje. Druga możliwość to wypuszczanie takich złotówek za dzisiejsze enbepowskie, co w takim układzie oznacza substytucję, więc nie jest to pieniądz tylko substytut. Trzecia możliwość to rzeczywiście uznawanie wszystkich złotówek za takie same. Wtedy czekałaby na nas astronomiczna hiperinflacja, ponieważ bardzo łatwo można byłoby wyprodukować pieniądz.
Nie jestem za „standardem złota” tylko za wolnym rynkiem. A to, że rynek wybiera złoto (ewentualnie asystujące srebro), to już „jego” sprawa. A precyzyjniej mówiąc aktorów rynkowych. Pluralizm pieniądza niech sobie będzie, ale rynki integrujące się dążą do ujednolicenia środków wymiany. Owszem, jeśli jakiś rejon pozostanie na pieniądzu z muszelek, to nie mamy nic przeciwko. To sprawa indywidualnych preferencji. Tak samo jak generalnie obniżka podatków sprzyja akumulacji kapitału i temu, że gospodarka szybciej się zacznie rozwijać, ale nie zawsze tak musi być. Być może nagle wszyscy zdecydujemy, że zabawimy się w hippisów i skonsumujemy cały majątek – kto broni? Nikt. Jeśli takie są nasze preferencje, to nie mamy nic przeciwko. W końcu decydują suwerenni właściciele.
Generalnie jednak chodzi o to, że rynek wybiera jeden środek wymiany, aby umożliwiać możliwie najszerszą wymianę. Trzeci pieniądz, o którym pisał Krzysztof Mazur nie był pieniądzem, tylko jakimś substytutem złota lub srebra. Czy jeśli zaoferuje dzisiaj panu Krzysztofowi papierek z napisem „10 Machajosów”, to sprzeda mi coś za niego? Dokładnie tak samo nie mogły sobie zaistnieć z nieba „dolary”. A co to przepraszam jest niby dolar, że mam go akceptować? No właśnie. Dolar był kiedyś jedną uncją srebra. Dopiero po procesach oszustwa (system rezerw cząstkowych, łamiący prawo własności) i wieloletniej nacjonalizacji, dolar stał się niezależną jednostką.
Zasada jest bardzo prosta. Gold is money. W wyniku spontanicznej wymiany złoto staje się pieniądzem. I w wolnym społeczeństwie każdy ma prawo emitować tytuł własności do złota, jakie zaczyna przechowywać. W wolnym społeczeństwie nie ma zamulania nazwami w stylu „dolar”, „złotówka”, „funt”. Tak naprawdę nie ma żadnych „dolarów”, „złotówek”, „funtów” tylko są jednostki wagowe pieniądza. Jeśli bank A trzyma w swoim skarbcu 100 uncji złota, a bank B trzyma ich 50, to bank A posiada dwa razy więcej złota niż bank B. Zaś homogeniczność złota sprawia, że każda uncja jest równa każdej innej uncji.
Jeśli zacznę emitować swoją walutę o nazwie „talary”, „bawary”, „Machajosy”, to nie będą one nic warte na rynku. Będą pustą nazwą – chyba, że będzie coś za nimi stało np. złoto albo srebro.
Zdarzało mi się przedstawiać moje etyczne poglądy, które kryją się pod dwoma słowami: laissez faire. Nic dodać, nic ująć. Jeśli ludzie nagle odwróciliby się od złota i zaczęli stosować inny środek wymiany, to nie miałbym nic przeciwko (choć to mało prawdopodobne). No bo jak mógłbym mieć? Przecież nie roszczę sobie prawa do dysponowania własnością innych osób. Czyli robienia czegoś, co zaleca albo przemilcza cała rzesza ekonomistów.
Mateusz Machaj
(31 marca 2003)