Telewizor Polski i Narodowa Kasa Pustych Pieniędzy postanowiły zrobić karierę filmową. W przypadku Telewizora to nic nowego – od lat zachwyca nas produkcją arcydzieł światowego formatu w rodzaju seriali „M jak mdłości” czy innego „Ku Klux Klanu”.


Tym razem jednak Telewizor postawił na ambicję (skoro z Teatrem TV jakoś nie wychodzi). Razem z NBPem stworzyli serial „Spokojnie, to tylko ekonomia”. Można zapytać, co w tym złego – w końcu chodzi o misję edukacyjną, do której w jakiejś mierze obie instytucje są powołane, choćby częściowo.
Złego – nic, tylko szkoda, że bez sensu. To, co telewizorek szumnie nazywa ekonomią, nie ma z nią nic wspólnego. Jest to próba wmówienia ludziom pewnej ideologii, ukrywania rzeczywistych mechanizmów i przekonania obywateli, że uczestniczą w procesach, których nikt nie jest w stanie kontrolować ani im przeciwdziałać.
Celem jest zatem wykucie nowego człowieka – biernego półgłówka, który pokornie przyjmie każdą dawkę opodatkowania w imię równości szans, integracji europejskiej oraz – rzecz jasna – bezpieczeństwa.
W jednym z odcinków oglądamy ojca rodziny, który już wie, że kryzys jest zjawiskiem o charakterze kosmicznym, więc nawet nie ma sensu rozważać, skąd się bierze i dlaczego. Za to proponuje nam jedyną możliwą receptę, czyli pogodzenie się z obniżeniem standardu życia, prawdopodobnie w oczekiwaniu na wynik jedynie słusznego heroicznego wysiłku premiera w walce o jałmużnę z UE. Konieczna jest zatem rezygnacja z luksusów w rodzaju wyjścia do kina, a pralkę trzeba naprawić samemu, żeby oszczędzić. To wszystko jest podlane sosem kompletnej apatii i bierności.
Z odcinka poświęconego euro możemy się dowiedzieć, że w zasadzie nic się nie zmieni. Kawa nadal będzie kosztować 3,50zł, czyli 1 euro (co jest kłamstwem, bo euro chodzi po 4zł, a za kawę na mieście płaci się 6-10zł), a pan Kazio naprawi samochód za te same pieniądze, tylko w innej walucie. W zasadzie cholera jedna wie, po co nam to euro.
Oczywiście, oszczędzanie nie jest niczym złym, a posiadanie wspólnej waluty może eliminować problemy różnic kursowych, tyle że to w tym rzecz.
Oszczędzanie to gromadzenie kapitału – wspólnym mianownikiem jest to, że są to pieniądze niewydane od razu, lecz pozostawione na dalszą przyszłość. Ostateczny cel wydatkowania tych pieniędzy może być różny, ale niech o tym zadecyduje ich właściciel – nam nic do tego.
To, co pokazują w kretyńskim serialiku, nie ma jednak nic wspólnego z oszczędzaniem. Serialowy ojciec rodziny nie rezygnuje z pewnych zakupów, żeby zgromadzić pieniądze na cel innego wydatku, lecz wyłącznie dlatego że nie stać go na pokrycie wszystkich wydatków domu. Nie przyświeca mu zatem cel (zebranie pieniędzy na określony zakup), lecz zmusza go do działania przyczyna, która ma jedno imię: bieda. Ten facet nie myśli o tym, co sobie kupi za zaoszczędzone pieniądze, lecz o tym, jak uchronić rodzinę od finansowych tarapatów.
Okay, co w tym złego? To, że widzimy jedynie rozpaczliwą walkę o zachowanie status quo, a nie widzimy źródła problemu. Oglądając serialik, można dojść do wniosku, że pewnego dnia w kraju mlekiem i miodem płynącym wydarzyło się straszne „coś” i ludzie zbiednieli. Szkoda, że serialik nie pokazuje tej ważniejszej strony rodzinnych finansów – nie wydatków, ale zarobków. W istocie wydatki, jakie są, takie są – jako wynik relacji podaży i popytu. A czy można zarabiać więcej? Złe pytanie – ten człowiek z serialu zarabia mało nie dlatego, że pracodawca płaci mu niewiele, ale dlatego że rząd zabiera mu dużo z jego wynagrodzenia. Gdyby serialik wkroczył do siedziby pracodawcy, moglibyśmy zobaczyć scenę, w której pracodawca wydaje 3000zł, z czego 1200zł musi oddać hienom z NKWD, a resztę 1800zł wypłaca pracownikowi. Czy gdyby nasz serialowy ojciec rodziny płacił o połowę mniejszy podatek od pracy i otrzymywał 2400zł (przy niezmienionym koszcie dla pracodawcy), musiałby „oszczędzać”, rezygnując z kina albo pieprząc się samemu z naprawą pralki?
W przypadku euro tym, czego serialik nie mówi, jest to, że ta waluta jest potwornie zadłużona – w stopniu, do którego złotówka nie zbliżyła się nawet na pół megaparseka. Grecja, Portugalia, Hiszpania, Włochy, a ostatnio także Francja – to kraje najbardziej dotknięte skutkami pseudo-gospodarki na kredyt, który teraz trzeba spłacić. I oni po prostu rozpaczliwie szukają frajera, który spłaci ich długi. Zamiast obniżyć podatki, zlikwidować kretyńskie regulacje i sprawić, żeby praca się opłacała, wolą kogoś ograbić. A jako że grono kandydatów do wydymania specjalnie duże nie jest, mamy realną szansę umieścić własny tyłek na tej smutnej liście.
Propozycja, którą składają nam towarzysze radzieccy z Komisji Europejskiej, brzmi mniej więcej tak: „Wy, Polaczki, dorzucicie własną pracę i aktywa, żeby było z czego spłacać długi Greków, Hiszpanów i całej reszty, a w zamian zyskacie europejską świadomość i pełne uczestnictwo w wielkiej europejskiej rodzinie.” Prawda, że człowiek sam się podrywa, żeby jak najszybciej wziąć udział w tym wielkim europejskim dziele? Niestety, zostaliśmy oszukani – zamiast wspólnej Europy, w której można bez granic inwestować, pracować i handlować, mamy biurokratycznego molocha, którym rządzą ludzie wybrani wyłącznie przez polityczne gremia i którzy zajmują się produkcją idiotycznych regulacji oraz fałszywych (pustych) pieniędzy.
Niestety, są to prawdy niewygodne dla towarzyszy radzieckich z naszego rządu (wliczając w to agendę do drukowania szmalu pn. NBP). Niewygodne, bo ta odrażająca tłuszcza, która śmie domagać się godnego życia we własnym kraju, mogłaby wówczas wywieźć na taczkach towarzysza premiera i darmozjadów z Wiejskiej. A przecież helikopter jest tylko jeden i trudno byłoby pogodzić się z jego stratą. A tak wszystko zostaje po staremu – ludzie harują na to, żeby papa premier, niczym Słońce Narodu czy inny Geniusz Tatr, fruwał sobie nad Polską w helikopterku, podziwiając hołotę pracującą w polu. Może jeszcze kiedyś banany albo cukierki zacznie rozrzucać?
Niestety, dopóki nie zmieni się system gospodarczy i podatkowy w Polsce, każdy następca obecnego asa przestworzy będzie kontynuował taką politykę. Błąd bowiem tkwi w założeniach systemowych, które generują biedę, bezrobocie i korupcję. Choć oficjalna propaganda powtarza, że system jest świetny, tylko ludzie nie dorośli. Proponuję zatem porównać Koreę Północną i Południową – czym, poza systemem, różnią się te kraje?
Paweł Budrewicz
Autor jest radcą prawnym i ekspertem Centrum im. Adama Smitha. Prowadzi bloga stopsocjalizmowi.pl