Polska

W miarę upływu czasu coraz bardziej można docenić unikatowy charakter naszej części świata. Z jednej strony słuszną odrazę budzi w jej mieszkańcach dzika mentalność każdej „wschodniej fali” – co nie powinno w najmniejszym stopniu dziwić, biorąc pod uwagę, iż na przestrzeni dziejów trzy wielkie „wschodnie fale” rozbiły się o tutejsze „przedmurze”. Z drugiej jednak strony równie słuszną odrazę budzi wciąż w tutejszym społeczeństwie straszna duchowa cena, jaką tzw. Zachód (w sensie czysto geograficznym, nie cywilizacyjnym) zapłacił za swój tymczasowy materialny dobrobyt i doczesny pokój, konsekwentnie dając się infekować trucizną Gramsciego, Kinseya i Alinsky’ego, czego skutkiem jest obecny stan rzeczy, w którym większości tamtejszych wpływowych decydentów i „edukatorów” należałby się kamień młyński u szyi i dno morza.

Tymczasem tutaj – mimo oczywistych i momentami mocno uciążliwych zjawisk, takich jak chroniczny bałagan prawny, napór drobnej kleptokracji i długa tradycja ogólnego nieprofesjonalizmu – wciąż można funkcjonować w poczuciu, że jest się otoczonym względną normalnością i zdroworozsądkowością, która, choć nie zasługuje na aureolę, nie woła też regularnie o pomstę do nieba. Potwierdził to również ostatni samarytański zryw – bardziej żywiołowy niż przemyślany, ale szczery w swojej spontaniczności i bezinteresownie serdeczny.

Czy rzeczona sytuacja jest w większej mierze pochodną mimowolnych doświadczeń historycznych, czy dobrowolnego i konsekwentnego zaangażowania na rzecz określonych wartości, to kwestia niemal nieskończenie pojemna i w tym miejscu nierozstrzygalna. Tak czy inaczej, warto zdać sobie sprawę z autentycznej unikatowości miejsca, które od stuleci hartowało się między młotem ustawicznej barbarii a kowadłem nad wyraz częstej dekadencji, docenić względnie bardzo dobry rezultat powyższego procesu i bez jakichkolwiek kompleksów kultywować jego oryginalny charakter. Zwłaszcza, że coraz bardziej wygląda na to, iż na ostatecznym placu boju może się on ostać jako jeden z nielicznych – nawet jeśli nie „wielki”, to przynajmniej nie całkiem skarlały.

Jakub Bożydar Wiśniewski