Takiej centroprawicy, jak AWS – różnorodnej, bogatej w osobowości i pomysły, zdolnej do współpracy z liberałami z UW i, gdy trzeba, ludowcami z PSL, po prostu już nie będzie.

AWS była ostatnim projektem politycznym, zakładającym polityczny i ideowy pluralizm centroprawicy. Mieścili się w niej związkowcy i konserwatywni liberałowie, twardzi narodowcy i entuzjaści projektu europejskiego. Było to miejsce dla całej wielobarwnej palety nurtów i postaw. AWS głosowała niespójnie, ale wprowadzała zmiany na ogromną skalę, była zachłanna na stanowiska, ale nie łamała reguł konstytucyjnych. Nie przysparzała Polsce wrogów – umiała prowadzić negocjacje w sprawie członkostwa w UE, dopięła nasz udział w NATO. Jestem daleki od idealizowania tej formacji, ale wszystko wskazuje na to, że takiej centroprawicy – różnorodnej, bogatej w osobowości i pomysły, zdolnej do współpracy z liberałami z UW i – gdy trzeba – ludowcami z PSL, po prostu już nie będzie.

Błyskotliwa kariera AWS rozpoczęła się wiosną 1996 roku. Kilkanaście miesięcy później zbudowana wokół NSZZ „Solidarność” koalicja centroprawicowych partii i środowisk stanowiła rdzeń rządu i najsilniejsze ugrupowanie w sondażach. Komentatorzy mówili o trwałym, bipolarnym układzie AWS-SLD, z dwoma mniejszymi sojusznikami: UW i PSL. Wszystko rozpadło się jak domek z kart niespełna pięć lat później. Wraz z tym rozpadem upadł pomysł na pluralistyczną formułę funkcjonowania środowisk centroprawicowych. Nadchodziła epoka scentralizowanych partii autorskich – z jednym ośrodkiem decyzji strategicznych, jednym centrum programowym, jednoosobowym przywództwem, od którego zależy kształt list wyborczych, skład władz partii i członków gabinetu, gdy ugrupowanie dojdzie do władzy.

 Zanim jednak do tego doszło, mieliśmy do czynienia z niezmiernie ciekawym eksperymentem politycznym, który doczekał się ostatnio bardzo ciekawej analizy politologicznej. Jej autorem jest Arkadiusz Lewandowski, a wydawcą – Wydawnictwo Naukowe PWSZ w Płocku. To może oznaczać, że mówimy o książce trudno dostępnej, prawie nie do kupienia w księgarniach. Książce, która przejdzie bez echa i będzie znana jedynie osobom piszącym pracę naukową, kiedy znajdą ją na zakurzonej, bibliotecznej półce. Podzieli zatem los wielu dobrych prac, które nie docierają nawet do zainteresowanego czytelnika.

Jeżeli ktoś ma ochotę na prawicowe rekolekcje, na przypomnienie – ma wreszcie książkę, która nie tylko ożywia w pamięci najważniejsze fakty, nie tylko drobiazgowo odtwarza polityczną i ideową mozaikę AWS, ale także poddaje analizie niebadane dotąd aspekty funkcjonowania tego ugrupowania.

Prawicowy pluralizm

Terminu prawica używam tu w zasadzie wyłącznie dla opisania ugrupowania, które siedzi po prawej ręce marszałka sejmu. W wymiarze programowym zarówno ówczesna AWS, jak i dzisiejszy PiS w wielu miejscach wymykają się twardym definicjom. Z prawicą łączy je przede wszystkim orientacja światopoglądowa i deklaracje historyczne. Zresztą europejska norma w tym względzie nie istnieje i nie istniała nigdy wcześniej, nawet gdy cofniemy się do epoki elitarnych klubów politycznych.

Nie istnieje też jedna recepta na skutecznie działającą partię, jako scentralizowany aparat podległy woli i kaprysom lidera. Książka Lewandowskiego przypomina, że oprócz partii o silnych kolegialnych instytucjach reprezentacyjnych, mieliśmy przecież do czynienia także z realnymi (jak włoska Demokracja Chrześcijańska) czy formalnymi (jak francuska UDF) federacjami. Partiami opartymi na rywalizacji frakcji lub nawet bardziej sformalizowanych podmiotów. Zaletą takiego modelu jest większa elastyczność, zdolność przyciągania wyborców o różnych preferencjach, dokonywania zmian przywództwa, bez rozpadu i paraliżu struktur.

 Wniosek, do jakiego prowadzi lektura książki Lewandowskiego, jest prosty: przyczyną porażki AWS nie był wewnętrzny pluralizm, ale w znaczącej mierze brak instytucjonalizacji partii i błędy popełnione przez jej kierownictwo. AWS nie była skazana na porażkę, a jej wyborcza katastrofa w roku 2001 to wynik pasma bardzo konkretnych, złych decyzji, podjętych przez Mariana Krzaklewskiego i jego współpracowników. Gdyby źródłem porażek AWS był jej koalicyjny charakter, powinna się w roku 2001 rozpaść na SKL, ZChN, RSAWS i PPChD, a przecież było zupełnie inaczej. PO, PiS, LPR powstawały nie tylko na gruzach Akcji, ale także na gruzach tworzących je ugrupowań. Powstawały w sprzeciwie wobec sposobu rządzenia nie tylko pluralistyczną AWS – ale, w przypadku PO, także w sprzeciwie wobec podobnych błędów kierownictwa Unii Wolności.

Problemem AWS był w znacznym stopniu fakt, iż – jak podkreśla Lewandowski – została ona skonstruowana jako doraźne porozumienie wyborcze, a nie jako trwałe, uporządkowane ugrupowanie. Przekształcenie tego porozumienia w formułę trwałej współpracy było trudne nie tylko ze względu na interesy tworzących go partii, ale paradoksalnie także ze względu na zachowania hegemona, jakim była NSZZ „Solidarność”. Jej działacze, tworząc z częścią bezpartyjnych środowisk (takich jak samorządowa Liga Krajowa czy Stowarzyszenie Rodzin Katolickich) Ruch Społeczny AWS, nie przyczynili się do przełamania partykularyzmów, lecz stworzyli jeszcze jeden – własny. Instytucjonalizacją Akcji nie był zainteresowany też Marian Krzaklewski, który w nie do końca sformalizowanej strukturze AWS miał znacznie większy wpływ na decyzję, niż mogłoby to mieć miejsce po utworzeniu zinstytucjonalizowanej partii federacyjnej. Krzaklewski ograniczył się do porządkowania Akcji, zmierzającego do redukcji liczby podmiotów, z którymi musiał konsultować decyzje.

Lewandowski uważa, że barierą przekształcenia AWS w jednolitą partię były nie tylko różnice między liderami, ale także spadek jej notowań, rezygnacja z poparcia dla rządu Buzka oraz krytyczna ocena reform. Ostatnim aktem, jaki na AWS wymógł – przy pomocy NSZZ „Solidarność” – Krzaklewski, było uznanie go za oficjalnego kandydata całego ugrupowania w wyborach. Z dzisiejszej perspektywy widać, że był to końcowy moment, w którym można było jeszcze skonsolidować całą federację wokół propozycji prawyborów. Wykorzystanie dominującej pozycji przez związkowców sprowokowało ostateczną utratę wzajemnego zaufania w Akcji.

Katastrofa

Momentem, który miał przesądzić o kształcie polityki, był początek roku 2001. Źródłem dynamiki ówczesnych zdarzeń były oczywiście wyniki wyborów prezydenckich. W osłabionej po rezygnacji z wystawienia własnego kandydata Unii doszło do ostrego konfliktu wewnętrznego, w kwestii wyborów nowego lidera, między starą Unią, skupioną wokół kandydatury Bronisława Geremka, a ludźmi dawnego KLD, popierającymi Donalda Tuska. Skutkiem tego konfliktu była próba zmarginalizowania pozycji tego ostatniego w kolegialnych organach partii. Tusk nie miał nic do stracenia. Zaryzykował stworzenie nowego ugrupowania. Jego politycznymi partnerami stali się Andrzej Olechowski i reprezentujący secesjonistów z AWS – Maciej Płażyński. Ten niedoszły kandydat Akcji na prezydenta nie był liderem żadnego z partykularnych ugrupowań, ale miał dobre kontakty w części SKL, mógł przekonać wielu działaczy lokalnych oraz co ważne – wielu wyborców, dla których Tusk i Olechowski mogliby być „zbyt liberalni”.

Jednak podział, który dokonał się w AWS nie przebiegał wzdłuż partyjnych granic. Dokonał się wzdłuż pęknięć, które były widoczne od samego początku kadencji w głosowaniach dotyczących stosunku do SLD, kwestii symbolicznych, polityki historycznej, polityki karnej i antykorupcyjnej. Płażyńskiego i PO poparła grupa AWS-owskich „gołębi”, skupionych głównie w SKL. Jednak z tego ugrupowania wywodzili się także przywódcy grupy konserwatywnych „jastrzębi” – Mirosław Styczeń, Kazimierz Ujazdowski i Wiesław Walendziak. Poparła ich – podobnie głosująca – grupa działaczy ZChN, z Markiem Jurkiem i Michałem Kamińskim, oraz środowiska bezpartyjne, np. Mariusz Kamiński. Warto podkreślić, że większość ZChN pozostała w AWS. Dotyczyło to zarówno późniejszego posła PO Stefana Niesiołowskiego, dzisiejszego europosła PiS, a wcześniej Samoobrony – Ryszarda Czarneckiego, czy tych, którzy dołączyli do PiS w kolejnych wyborach – jak wicemarszałek sejmu Stanisław Zając.

 Dodajmy do tego trzecią grupę, która stanowiła w AWS skrzydło narodowo-tradycjonalistyczne, o mniej lub bardziej wyraźnym zabarwieniu populistycznym (Jan Łopuszański). Ta grupa, wraz z częścią posłów wybranych z list ROP (Jan Olszewski, Antoni Macierewicz) oraz narodowcami – od Macieja i Romana Giertychów – utworzyła przed wyborami Ligę Polskich Rodzin. Te trzy grupy secesyjne okazały się bardziej wyraziste niż Akcja. Przyciągnęły trzy ważne grupy jej wyborców.

Ogromnym błędem było przyjęcie przez stworzoną przez Krzaklewskiego przed wyborami 2001 roku Akcję Wyborczą Solidarność Prawicy formuły koalicji wyborczej, a zatem podniesienie wymaganego progu do poziomu 8 procent. AWSP zdobył 5,6 proc, ale wskutek błędnej kalkulacji własnych sił, zablokował sobie – podobnie jak półtora roku temu kierownictwo Zjednoczonej Lewicy – możliwość utrzymania reprezentacji sejmowej.

Skutki

AWS była próbą ukształtowania Trzeciej Rzeczpospolitej według innych wzorców niż te, które kształtowały ją w latach 1993–1997. Próbą niekonsekwentną, czasami wprowadzającą rozwiązania wzajemnie sprzeczne, niedopracowane, źle bronione w sferze debaty publicznej. Owocowała jednak ona też ważnymi zmianami instytucjonalnymi: wprowadzeniem powiatów i samorządowych województw, bez których ogromna operacja absorpcji środków unijnych przebiegałaby znacznie mniej sprawnie, stworzeniem nie tylko gimnazjów, ale także – o czym się dziś nie pamięta – Instytutu Pamięci Narodowej i Centralnego Biura Śledczego. Reformami, które zostały później zlikwidowane było wprowadzenie Kas Chorych i OFE. To wszystko – podkreślmy – w warunkach wewnętrznego pluralizmu i nieobliczalności politycznej. Późniejsze scentralizowane i karne formacje rządzące porzucały znacznie mniej ambitne projekty zmian, zadowalając się konsumpcją zdobytych zasobów.

Był też szansą na różnorodność i poważną, ciekawą dyskusję – nie tylko między rządem a opozycją, ale także wewnątrz ugrupowań. Oczywiście dziś znajdzie się z pewnością wielu, którzy uważają takie wewnętrzne różnice za dowód słabości. Takich, którzy będą bronić modelu partii, czerpiącej swą retoryczną siłę z przekazów dnia i silnej mądrością swego lidera, a nie z szerokiego kręgu myślących samodzielnie polityków.

 Wyobraźnia wielu – także wpływowych – komentatorów nie bierze pod uwagę możliwości istnienia innych partii niż hierarchicznie zorganizowane oddziały, eliminujące ze swoich szeregów wszystkich potencjalnych konkurentów przywódcy. Historia AWS jest interesującym przykładem ugrupowania zbudowanego inaczej. Co więcej – zbudowanego z odmiennie funkcjonujących części składowych. Ani SKL, ani ZChN nie miały bowiem liderów w rodzaju Kaczyńskiego czy Tuska. W omawianym okresie zmieniały prezesów, były platformami wewnętrznej dyskusji, posiadającymi wewnętrzne frakcje i różnorodne barwy ideowe.

Dziś myślenie o tym, co „po PiS” albo co w „opozycji do PiS” przenika duch kopiowania partii autorskich na wzór tych, które ukształtowały się pod rządami Tuska, Kaczyńskiego czy Giertycha. W tym kontekście warto studiować przypadek AWS, jako możliwy inny scenariusz. Studiować popełnione błędy, ale także niewykorzystane szanse. Choćby po to, by poszerzyć listę możliwości. Właśnie dlatego polityka potrzebuje pamięci. Dziś brakuje nam pewnie kilkudziesięciu książek, takich jak „AWS” Lewandowskiego –poświęconych poszczególnym rządom i ich pomysłom, udanym i przegranym projektom politycznym. Napisanych ze zrozumieniem dla polityki, z zamiłowaniem dla detalu, z akademicką rzetelnością, ale też niestroniących od stawiania pytań należących do porządku bezstronnej refleksji politycznej. Pamięć polityczna nie może składać się wyłącznie ze wspomnień i ugładzonych wywiadów-rzek, a zdarzenia najważniejsze – do których AWS z pewnością należy – powinniśmy poznawać z kilku, co najmniej różnych punktów widzenia. Pierwszy krok został zrobiony. Przy okazji przypomniano nam, że możliwa jest inna prawica niż PiS. Nie tylko inna ideowo czy politycznie, ale przede wszystkim inaczej zorganizowana.

Rafał Matyja

Artykuł ukazał się w magazynie „Nowa Konfederacja”. Przedruk za zgodą redakcji.