Osobom, które mogłyby poczuć się z lekka skonsternowane tytułem, już wyjaśniam: nie chodzi o czterech pancernych (z psem czy bez psa), ale o naszą prawdziwą armię – pół miliona urzędników, którzy dzień w dzień w pocie czoła walczą o lepsze jutro.



Dla przypomnienia – w czasach PRL, który był ponoć strukturą scentralizowaną, urzędników było ponad trzy razy mniej. Wówczas jednak prywatna własność nie odgrywała jakiejkolwiek większej roli w gospodarce, a indywidualna działalność gospodarcza była zastrzeżona praktyczne wyłącznie dla rzemiosła i drobnej wytwórczości. I paradoksalnie w tym tkwi przyczyna rozrostu biurokracji. Nasz kochany rząd, jak i niemal wszystkie poprzednie, wychodzi z założenia, że tylko instytucjonalna kontrola (czyt. niewolnictwo) trzyma jako tako w ryzach tzw. gospodarkę narodową, a jedynym spoiwem gospodarczym jest decyzja urzędnika.
Logiczne jest zatem, że rząd musi mieć armię urzędników, bo musi kontrolować obywateli. Musi?
Praca urzędnika to nieustanna walka – do lunchu z głodem, po lunchu z sennością. Z pewnością część osób zaprotestuje. Przecież to nieprawda – owszem, są urzędnicy, którzy niewiele robią albo zgoła wcale, ale większość pracuje, i to nawet całkiem ciężko. Oczywiście, tyle że to nie w tym problem.
Miałem ostatnio okazję poruszać ten temat na falach (a raczej światłowodach) radia Polska Live (razem z p. Julią Piterą, p. Januszem Korwinem-Mikke i p. Adamem Kępińskim). Nie wchodząc w szczegóły, zasadniczy spór pomiędzy zwolennikami wolności a etatystami nie dotyczy liczby urzędników, bo nawet najbardziej zatwardziali zwolennicy ingerencji rządu w życie obywateli są w stanie publicznie przyznać, że urzędników jest za dużo. Spór dotyczy w rzeczywistości tylko jednego(!) pytania: po co? Po co nam ta armia? Po co nam urzędy? Po co nam ten cały aparat biurokratyczny?
Odpowiedź na najprostszym poziomie z reguły brzmi, że przecież ktoś musi wydawać te wszystkie decyzje, licencje, pozwolenia itp., prowadzić postępowania, ewidencje, rejestry, kontrole itd. To dlatego urzędnicy są tak zapracowani, bo przecież ta cała robota sama się nie zrobi. Niewątpliwie – ktoś musi wypełnić tony formularzy, sprawdzić kompletność dokumentów, rozważyć, czy są spełnione ustawowe kryteria…
Musi?
Odwołam się do mojego ulubionego przykładu – pośredników nieruchomości. Do 1997r. roku pośrednikiem nieruchomości mógł być każdy. Nie trzeba było spełniać żadnych wymogów poza chęcią do pracy, ale to już indywidualna sprawa każdego obywatela. Od 1997r. rząd zdecydował, że to nie rynek będzie weryfikował umiejętności i uczciwość pośrednika, ale urzędnik. Na czym polega różnica?
Zawód pośrednika jest w sumie dość prosty (co nie znaczy – łatwy do wykonywania). Chodzi generalnie o to, aby skojarzyć oferenta (sprzedawcę albo wynajmującego mieszkanie) z nabywcą. Nic więcej. Jest to działalność dokładnie taka sama jak każde inne pośrednictwo, włączając w to prowadzenie komisu samochodowego. Wspólny jest cel – ktoś chce sprzedać, ktoś chce kupić. Można szukać nabywcy czy oferenta na własną rękę albo zlecić to pośrednikowi. Jedno i drugie kosztuje – różnica jest taka, że w pierwszym przypadku płacimy własnym czasem, a w drugim – pieniędzmi za czas pośrednika. Tak czy owak płacimy jakąś pracą – własną niewykonaną albo wykonaną przez pośrednika.
Jeżeli zatem nasz czas jest tańszy niż wynagrodzenie pośrednika, zrobimy to sami. Im więcej jednak pośredników, tym większa konkurencja, czyli niższe ceny. Zaś niższe ceny to nic innego jak zmiana relacji – nasz czas staje się na tyle relatywnie drogi w stosunku do wynagrodzenia pośrednika, że bardziej opłaca się wynająć jego usługi niż szukać najemcy czy mieszkania samemu. To dlatego większa konkurencja sprawia, że pomimo jednostkowo mniejszych cen i pośrednik, i jego klient, zarabiają więcej. Zamknięcie zawodu nie jest zatem opłacalne ani dla klientów, ani dla pośredników. To żadna rewelacja – 250 lat temu odkrył to Adam Smith i od tej pory nic się nie zmieniło.
Nie ma zatem żadnego racjonalnego uzasadnienia, żeby facet, który chce kojarzyć strony transakcji na rynku nieruchomości, musiał mieć urzędowy papier na taką działalność. Z mojego punktu widzenia jako klienta kompletnie nie interesuje mnie to, czy pośrednik ma licencję (świadomie i celowo nigdy tego nie sprawdzam), jakie skończył studia i jaką ma praktykę. Jako klienta – reprezentanta największej organizacji biznesowej świata, czyli rynku, interesują mnie wyłącznie dwie kwestie. Po pierwsze – jak szybko pośrednik znajdzie chętnych np. na wynajmowane mieszkanie. Oczywiście, mnie interesuje wynajem za jak najwyższą możliwą cenę, a najemców – za jak najniższą. Stąd moje drugie oczekiwanie, aby pośrednik podzielił się ze mną wiedzą nt. cen na rynku nieruchomości, tak abym nie żądał absurdalnie wygórowanych stawek albo z drugiej stron – nie wynajął mieszkania zbyt tanio. Cała reszta mnie nie obchodzi – opłacalność transakcji oraz to, czy nabywca na najem mi pasuje, ocenię sam. Trudno zresztą, aby to robił pośrednik – bo niby jak?
Taki model ma dwie podstawowe zalety. Raz – dość szybko eliminuje osoby, które nie nadają się do tego zawodu, a dwa – nie wymaga jakichkolwiek nakładów finansowych czy organizacyjnych. Chcesz być pośrednikiem nieruchomości? Bądź – to twój wybór, twoje życie, twój problem. Dzięki temu ja mogę mieć większy wybór pośredników.
Tymczasem w naszej socjalistycznej Ojczyźnie nie jest tak prosto. Aby zostać pośrednikiem nieruchomości, trzeba uzyskać licencję. Na przestrzeni lat wymogi licencyjne zmieniały się, ale szkoda czasu na ich opisywanie czy analizowanie, bo jakie by te wymogi nie były, nie mają najmniejszego sensu. Dlaczego? Bo tych wymogów (np. niekaralności za fałszowanie dokumentów) nie ustanawia rynek (czyli klient), ale ustawa (czyli rząd), której urzędnik jest jedynie ślepym narzędziem. A co, jeśli klient chce, aby pośrednik był niekarany? Niech sobie takiego znajdzie – będzie o tyle łatwo, że generalnie większość ludzi jest niekarana. To tylko w oczach aparatu władzy radzieckiej (potocznie zwanej rządem) obywatele to co do zasady złodzieje, kanciarze, oszuści i po prostu zwykłe skurwysyny, których trzeba sprawdzać, kontrolować i patrzeć im na ręce.
Aby zostać pośrednikiem nieruchomości, nie trzeba zatem spełniać oczekiwań klienta. Nie trzeba być dobrze zorientowanym w realiach rynku sprawnym pośrednikiem, który szybko i skutecznie kojarzy strony transakcji. Trzeba wyłącznie spełniać administracyjne wymogi. Więcej nawet – te wymogi w żaden sposób nie stwierdzają, że pośrednik zna się na robocie! Mamy zatem sytuację, w której nie dość, że to nie klient decyduje o tym, kto przetrwa na rynku nieruchomości, ale wręcz nie mamy żadnej pewności, że licencjonowany pośrednik potrafi wykonywać pracę, do której go wynajmujemy. A korzysta na tym prawie wyłącznie urzędnik, który w ten sposób uzasadnia własną niepotrzebną egzystencję zawodową. Ten urzędnik nie jest bowiem nikomu potrzebny, a już najmniej klientowi, czyli rynkowi. Ten urzędnik bowiem to nie żaden reprezentant narodu czy obrońca naszych praw, ale sługa władzy radzieckiej, który realizuje politykę tejże władzy i działa wyłącznie w jej interesie.
Władza, która zawsze kieruje się ideologią, a nigdy opłacalnością ekonomiczną czy korzyścią obywateli, realizuje po prostu własną politykę typu „będzie lepiej, jeśli…”, choć w efekcie zawsze jest gorzej i drożej. Narzędziami władzy jest budżet, czyli pieniądze zabrane obywatelom, oraz aparat administracyjny, czyli – z punktu widzenia transakcji finansowych – obywatele przekupieni wynagrodzeniem w celu realizacji ideologii władzy. Za pomocą tych narzędzi władza odbiera obywatelom wolność wyboru, czyli narzuca niewolnictwo. Im więcej regulacji prawnych, tym większy obszar niewoli, za którą w dodatku sami płacimy. Niewolników na plantacjach tytoniu przynajmniej utrzymywał pan, ale teraz jako niewolnicy musimy utrzymać się sami! Różnica jest taka, że kiedyś za kolejną ucieczkę z plantacji można było dostać kulę w łeb, a teraz za ucieczkę z niewoli (czyli odmowę płacenia podatków) grozi co najwyżej więzienie. Cóż, jest widoczny postęp.
Nasza armia urzędników stoi zatem za nasze pieniądze na straży naszej niewoli. W ciągu prawie ćwierćwiecza tzw. III RP doszliśmy do patologicznej i niemoralnej sytuacji, w której to nie ja jako obywatel żądam, aby urzędnik był uczciwy (bo pracuje za moje pieniądze), ale to urzędas jest panem, a ja – niewolnikiem. To ja muszę mu się tłumaczyć, że nie jestem wielbłądem.
Muszę?
Nie, nie muszę. Kanada czeka. Tak samo Australia, Nowa Zelandia, a nawet jeszcze USA (choć za rządów tow. Obamy goni europejskie „standardy”).
Paweł Budrewicz
Autor jest radcą prawnym i ekspertem Centrum im. Adama Smitha. Prowadzi bloga stopsocjalizmowi.pl

1 KOMENTARZ

  1. Chcesz legalnie jeździć bez pasów bezpieczeństwa ? Napisz do mnie a wyślę ci wzór orzeczenia lekarskiego, które może wystawić każdy lekarz i potem możesz cieszyć się wolnością i nieskrępowaną przyjemnością jazdy. Musisz tylko znaleźć normalnego, samodzielnie myślącego lekarza, który ci takie orzeczenie wystawi.
    Wg obowiązujących przepisów prawa takie orzeczenie najlepiej bezterminowe może wystawić każdy, powtarzam każdy lekarz !!! Nawet twój okulista i żaden pies nie może takiego orzeczenia kwestionować !!! Takie jest prawo i możecie z niego korzystać !!!
    Wielu lekarzy nie wie jak takie orzeczenie wygląda dlatego mój wzór będzie im pomocny. Pisz: komat@onet.pl

Comments are closed.