Fałszowanie pieniędzy jest zbrodnią, formalnie wymierzoną przeciwko pieniądzowi. Ale czy pieniądz może być pokrzywdzonym? No właśnie – cały problem polega na tym, że fałszowanie pieniądza to przestępstwo przeciwko ludziom pracy! Fałszywy pieniądz odbiera przecież część zarobków zdobytych pracą, a zatem fałszerz okrada każdego uczciwie pracującego człowieka.



Fałszerze pieniędzy powinni być zatem karani więzieniem. To oczywiste. Na pewno? Jest jeden fałszerz, który regularnie wypuszcza podrobione pieniądze i mimo że wszyscy o tym wiedzą, ten zbrodniarz w świetle prawa unika kary.
Jak to możliwe?
Zanim będzie o „legalnym fałszowaniu”, powtórzmy to, co nieraz było tu akcentowane – pieniądz nie istnieje. To znaczy – nie istnieje jako realna rzecz czy wartość. Czy można go zatem fałszować? Paradoksalnie tak, a z uwagi na jego wirtualny charakter jest to bardzo łatwe.
Przede wszystkim to, co kupujemy, to efekty czyjejś pracy. Bez względu na to, czy te efekty mają wymiar rzeczowy (towar, np. srajfon), czy nierzeczowy (usługa, np. ściąganie muzy na srajfona), za tymi cudeńkami stoi człowiek, którego praca dostarczyła nam tych dóbr. Mówiąc po ludzku, samo się nie zrobiło. Proszę zwrócić uwagę, że bez pracy w ogóle nic nie może funkcjonować – żaden kapitał ani nieruchomość nie wytworzą jakiejkolwiek wartości bez użycia pracy, a wręcz mogą stracić wartość, jeśli nie zatrudni się do nich pracy konserwacyjnej (podtrzymującej).
Wiemy już, co kupujemy – cudzą pracę (a dokładnie jej efekty). Czym płacimy? Własną pracą. Jeśli ktoś jest rentierem to też płaci pracą, tyle że cudzą zaprzęgniętą na jego rzecz wskutek komercyjnego wykorzystania nieruchomości. Tak czy owak jest to wymiana pracy za pracę. Jako że nie zawsze musi to być wygodne, a wręcz rzadko kiedy wygodne jest, bo nie każdy fryzjer zgodzi się na kilka postrzyżyn w zamian za wizytę u lekarza, potrzebny jest „wymiennik”, uniwersalny środek ułatwiający czy wręcz umożliwiający wymianę efektów pracy. Wymiennik musi mieć charakter abstrakcyjny, obiektywny i wymierny – inaczej powstanie spór co do użyteczności takiego wymiennika.
Ten wymiennik to oczywiście pieniądz. Dlaczego zatem twierdzę, że pieniądz nie istnieje? Bo przecież przedmiotem transakcji jest wyłącznie wymiana własnej pracowitości na cudzą. To są realne wartości, których ludzie poszukują. Pieniądze nie ogrzeją ani nie nakarmią – są cenne tylko i wyłącznie w takim zakresie, w jakim pozwalają nabywać dobra. Można mieć w kieszeni grube banknoty np. bilonów dolarów zimbabweńskich sprzed 2009r., ale ich nominał pozwala na zakup paczki zapałek.
Przez stulecia w Europie pieniądzem było głównie złoto. Nie wchodząc w szczegóły, złoto ma szczególne właściwości, które powodują, że metal ten nadaje się do funkcji wymiennika wartości. Po pierwsze złoto ma bardzo duży ciężar właściwy, tzn. złoto ma bardzo ciasno upakowane atomy i silne wiązania pomiędzy cząsteczkami. Wynikają z tego dwa skutki. Raz, że złoto zajmuje bardzo małą objętość – ćwierćkilogramowa sztabka złota warta jest ok. 45 tys. złotych i… nie jest sztabką. To plaster o wymiarach karty kredytowej. Kilogram złota jest wielkości typowego smartfona. Jak łatwo zauważyć, transport kilograma złota (wartość ok. 180 tys. złotych) wymaga mniej więcej tego samego wysiłku co transport dziesięciu kilogramów złota (wartość prawie dwa miliony złotych) – da się przewieźć na tylnym siedzeniu zwykłego samochodu osobowego. Drugi skutek jest taki, że złoto niechętnie się spala, czyli utlenia. Złota zatem nie ubywa tak szybko i łatwo jak innych metali. Nie ma to znaczenia, jeśli metal przechowujemy w sterylnych ochronnych warunkach, ale jeśli myślimy o powszechnym użyciu pod postacią monet, to taka właściwość nabiera szczególnego znaczenia. Inna cecha złota to elastyczność (plastyczność) – bez strat kruszcu i bez konieczności angażowania specjalnych urządzeń można złotu nadać dowolny kształt – można zatem łatwo ukryć złoto, wykorzystując w tym celu niewielkie przestrzenie, ale przede wszystkim da się dzięki temu dzielić złoto na bardzo małe porcje, czyli bardzo małe monety. Pozwala to – bez straty wartości i bez ponoszenia większych kosztów – zwiększyć siłę nabywczą sztabki złota (im mniejszy nominał, tym proporcjonalnie większa siła nabywcza z uwagi na większe tempo obrotu w charakterze wymiennika). Wreszcie złota nie da się wytworzyć sztucznie – trzeba je wydobyć i oczyścić (choć mniejszym wysiłkiem niż srebro) za pomocą… pracy!
W ten oto sposób dochodzimy do istoty sprawy – złoto jest wporzo, bo ma dokładnie te same cechy co praca! Jedyna różnica jest taka, że praca jest czystą aktywnością, a złoto ma wymiar stricte rzeczowy. Skutek jest taki, że złoto i pracę można swobodnie wzajemnie wymieniać bez straty wartości jednego i drugiego, a efektem jest zamiana wartości materialnej (złoto) na niematerialną (praca) i vice versa. To coś jak korpuskularno-falowa budowa światła, które zachowuje się jak fala albo jak cząstka (w rzeczywistości jest to bardziej skomplikowane, a kluczem do zrozumienia jest funkcja falowa prawdopodobieństwa położenia fotonu). To inny temat, ale dobrze pokazuje, że ekonomia jest nauką przyrodniczą.
Wróćmy do fałszowania. Pomijam „tradycyjne” metody fałszerstw polegające na psuciu kruszcu czy odejmowaniu jego wagi bez zmiany nominału, bo to łatwo sobie wyobrazić. Nie chodzi też o fałszowanie pieniądza papierowego, czyli banknotów. Zatem w czym rzecz?
Początkowo banknot był emitowany jako papier dłużny – bank zobowiązywał się w każdym czasie wykupić banknot po jego cenie nominalnej. Wykup był oczywiście w złocie i na okaziciela. Dzięki temu banknotem można było płacić za pracę innych osób tak, jakby płaciło się złotem. Jeżeli zatem nie fałszujemy złota ani nie fałszujemy dokumentu dłużnego, to jak możemy fałszować pieniądz?
Dzięki monopolowi na emisję pieniądza! Ktoś, kto ma wyłączność na produkcję pieniądza, nie musi się martwić jego jakością, bo każdy monopolista w każdej sferze życia ma faktyczną możliwość produkowania źle, powoli i według własnych potrzeb, a nie – zgodnie z potrzebami odbiorców. Dopóki monopol wynika z działania sił w gospodarce, zawsze istnieje szansa obalenia tego monopolu. Jeżeli jednak monopol korzysta z sankcji prawa, nie ma możliwości obrony przed nim, a ewentualna „konkurencja” jest karana więzieniem.
A tym monopolistą jest rząd.
Jak rząd fałszuje pieniądze? W najprostszy, najbardziej bezczelny czy wręcz prymitywny sposób, tj. zlecając druk pieniądza pustego, czyli pieniądza, który nie jest ekwiwalentem pracy (zarówno pracy w stanie czystym, jak i pracy zakumulowanej w złocie). Taki pieniądz nie tylko nie ma pokrycia w niczym, ale wręcz już od samego początku nie jest wart nawet tyle, ile kosztuje jego produkcja, czyli cena farby drukarskiej, maszyn, papieru i wynagrodzenia pracowników. Skoro pieniądz ten jest pusty, tzn. że jest fałszywy, bo nie istnieje praca, którą można rozporządzać dzięki temu pieniądzowi. Każdy, kto otrzymuje ten pieniądz jako zapłatę, dostaje bezwartościowy papier, a z moralnego punktu widzenia jest tak, jakby mu premier napluł w twarz.
Więcej nawet – ten pieniądz ma wartość ujemną. Skoro bowiem możemy rozporządzać na rynku efektami pracy o wartości np. stu miliardów złotych, to pojawienie się banknotów na dodatkowy miliard nie wynika z większej ilości pracy, jej wydajności czy dokapitalizowania stanowiska pracy, ale wyłącznie z widzimisię facetów z rządu, którym brak forsy (tzn. zaciąganie kolejnych długów bez pokrycia) podsuwa pomysł produkcji fałszywego pieniądza. Innymi słowy fałszywy pieniądz jest finansowany przez pieniądz mający pokrycie, a skoro ilość pracy nie zwiększyła się, to – jak uczą na księgowości – żeby nam się to saldo zbilansowało, po stronie pieniądza trzeba dodać wartość ujemną równą nominałowi emisji fałszywek.
Jako że rzeczywistość nie znosi próżni, rynek szybko odkryje, że na rynku jest więcej pieniędzy niż pracy, więc dostosuje nominalne ceny do realnej wartości. Chleb, prezerwatywy, paliwo, wódka, mieszkania i inne dobra podstawowe pozornie podrożeją o tyle, o ile więcej rząd wyprodukuje fałszywego pieniądza. W przypadku jednak nadprodukcji pustego pieniądza postęp ten nabierze cech postępu geometrycznego – nadpodaż pustego pieniądza sprawi, że rynek nie nadąży nad dostosowaniem cen, w efekcie czego rozpocznie się ich szalona gonitwa w górę.
Skądś to znamy, prawda? Potocznie to się nazywa inflacją. Propaganda rządowa wmawia nam, że inflacja to cena za postęp i dobrobyt, ale jak widać powyżej, inflacja to efekt fałszowania pieniędzy przez rząd. A skoro fałszywe pieniądze finansują obywatele własną pracą, to inflacja jest niczym innym jak kredytem zaciąganym przez rząd w aktywie, którym jest praca obywateli. Ten specyficzny kredyt dorobił się zresztą własnej nazwy – podatek.
Rząd może zatem do woli fałszować pieniądze i krzywda mu się nie dzieje. Każda inna osoba, fałszując pieniądze, popełnia przestępstwo. To przestępstwo to nic innego jak kara za naruszenie państwowego monopolu prawnego na emisję pieniądza. A jako się rzekło, immanentną cechą monopolu jest całkowite pomijanie potrzeb odbiorcy, skąd już tylko krok do bylejakości i kanciarstwa, czyli typowych przejawów działania rządu państwowego. Proszę o tym pomyśleć, oglądając słitaśne obrazki Papy Donalda nawołującego w rządowej TV do pokoju i miłości z okazji Bożego Narodzenia. Zapytajcie go, ile w tym roku naprodukował pustych pieniędzy, a będziecie wiedzieli, ile Waszej ciężkiej pracy zabrał Wam ten facet w imię solidarności społecznej, postępu ludzkości i idei europejskiej.
Od czego zatem należałoby zacząć? Od odebrania fałszerzowi (rządowi) monopolu na produkowanie pieniądza. Potem należałoby przyznać prawo emisji pieniądza bankom, ale wyłącznie pod warunkiem całkowitej rezerwy złota na pokrycie łącznego nominału emisji. Tyle na początek.
Paweł Budrewicz
Autor jest radcą prawnym i ekspertem Centrum im. Adama Smitha. Prowadzi bloga stopsocjalizmowi.pl

Foto.: gizmodo.pl

1 KOMENTARZ

  1. 100% racji. Jak dobrze wpaść czasem na normalną stronę w necie zapchanym przez lewacki shit.

Comments are closed.