Uprzedzam, że nie chodzi o prasę jako tzw. czwartą władzę, ale o coś daleko bardziej banalnego – o zwykłe urządzenie drukarskie. Odkąd Gutenberg wynalazł ruchomą czcionkę, człowiek rozwinął działalność pisarską na niespotykaną skalę, choć nie zawsze z dobrym skutkiem.
Jest jeden rodzaj druku, który jest szczególnie niebezpieczny dla ludzkości, bez względu na wyznanie, kolor skóry, przekonania polityczne, płeć, orientację seksualną i inne wyznaczniki tolerancji i nowoczesności. Ten druk niesie śmiertelne zagrożenie niczym bomba atomowa w rękach pięciolatka.



Ten druk to oczywiście banknoty.
Tytułem wstępu – pieniądze nie istnieją. Czy to jest złoto, srebro, kamyki, paciorki, czy banknoty, ich siła tkwi w wierze w to, że inni uczestnicy rynku będą chcieli wymieniać te „środki płatnicze” na towary i usługi. Odkąd nie starcza wiary, konieczna jest ustawa, a więc odgórne rozporządzenie państwa, że określone „środki” muszą być przyjmowane jako powszechny sposób zapłaty. Fachowo się mówi, że takie środki umarzają zobowiązania pieniężne.
Wiem, jak to może brzmieć, ale pieniądze naprawdę nie istnieją. Złota moneta to nie jest żadna wartość czy przedmiot użytkowy – to po prostu kawałek metalu uformowany w okrąg i z wybitym oznaczeniem (wagi, emitenta, nominału itp.). Wartość użytkowa takiego przedmiotu jest żadna. Owszem, po przetopieniu można użyć tego złota do wyprodukowania np. kabli dla audiofilów czy do innego zbożnego celu, ale sama w sobie moneta do niczego się nie nadaje. Złoto ma jednak pewną zaletę – nie można go wyprodukować w nadmiarze. To znaczy – w ogóle nie da się go wyprodukować, można je co najwyżej wydobywać. W przeciwieństwie do banknotów, niestety…
O historii banknotów nie będę pisał, bo to temat nie na post, ale co najmniej na opasłą księgę. Niemniej, przywołam pewną postać, która obecnie wydaje się zapomniana, a która swego czasu odcisnęła znaczne piętno na światowych finansach. W 1685r. intendent ds. finansów Terytorium Kanady, Jacques de Meulles, użył kart do gry jako nośnika nowych pieniędzy – swego rodzaju banknotów, które rozkazał traktować jako środek płatniczy, a które obiecał wykupić srebrną monetą francuską, kiedy tylko dotrze ona do Kanady. Niestety, skończyło się na obietnicach, a de Meulles i jego następcy naprodukowali tyle banknotów, aż po prawie 80 latach nikt nie był w stanie zapanować nad galopującym wzrostem nic niewartych nominałów tych „karcianych” pieniędzy. Skutek był opłakany – Kanada zbankrutowała, a król francuski został zmuszony do wypłaty gigantycznych odszkodowań, choć posiadacze tych „kart płatniczych” otrzymali najwyżej jedną czwartą ich nominału, a i to z ograniczeniami. Obciążenie dla gospodarki francuskiej było tak olbrzymie, że dwadzieścia trzy lata później Francja pogrążyła się w jednej z najkrwawszych rewolucji w dziejach nowożytnych.
Mimo to wszelkiej maści „specjaliści” od budowania wszelkich nowych ładów finansowych wciąż wierzą w to, że uruchomienie prasy drukarskiej jest świetną receptą na wzbogacenie się. Zgodnie z logiką, że im mam więcej pieniędzy w kieszeni, tym jestem bogatszy. Podlane to jest wszystko sosem keynesistowskich bzdur, wedle których to konsumpcja napędza gospodarkę, więc jeśli damy ludziom więcej szmalu, świat stanie się lepszym miejscem. Lewaccy „filozofowie” wręcz twierdzą, że dystrybucja pieniędzy, np. w formie zasiłków, czyli nagrody za niepracowanie, daje olbrzymi impuls popytowy, który tworzy nowe miejsca pracy. Według tego schematu myślowego płacenie za nicnierobienie w celu wydawania na konsumpcję to inwestycja! Problem jednak polega na tym, że aby bezrobotnemu dać 100zł, trzeba komuś zabrać… 120zł. Bo przecież koszt redystrybucji tej stówy też trzeba sfinansować. Socjal-logika opiera się zatem na założeniu, że jeżeli pracującemu obywatelowi zabierzemy 120zł, z czego 100zł damy obywatelowi niepracującemu, to dzięki wydaniu tych 100zł przybędą nowe miejsca pracy. Aż prosi się zapytać, dlaczego miejsc pracy miałoby przybyć, skoro to wciąż ta sama stówa, tyle że wydana przez innego faceta. Czy wydawanie pieniędzy przez człowieka pracującego nie tworzy nowych miejsc pracy?
Odpowiedzią na ten problem jest pomysł, aby tych pieniędzy nie zabierać, ale je po prostu dodrukować. Tak najzwyczajniej w świecie zrobić coś z niczego, stworzyć finansowe perpetuum mobile. Na przykład – wyprodukować 100 mld euro, żeby je podać jako kroplówkę bankrutującej Hiszpanii. Hiszpanie na pewno zaraz coś za tę forsę kupią i Europa wróci na ścieżkę trwałego wzrostu. Jakie to wzruszająco proste!
Problem polega jednak na tym, że pieniądz, aby miał wartość, musi mieć jakieś pokrycie – inne niż farbą drukarską. Pieniądz to wyraz tego, że efekt czyjejś pracy znalazł nabywcę, a nie jakiś mityczny bożek, który potrafi zamienić gówno w złoto. Co więcej – sztuczne zwiększanie ilości pieniądza w obiegu nie zwiększy ilości transakcji, a co najwyżej wywoła podniesienie ich ceny. Prawdą, której lewacy nie są w stanie intelektualnie zaabsorbować, jest to, że w ogóle wartość transakcji zawsze przewyższa nominalną wartość pieniądza, który te transakcje obsługuje. Jeśli zapłaciłem Xowi 75 jednostek pieniędzy za sprzątanie mi domu, a Yowi 25 jednostek za jedzenie, a następnie X zapłacił Yowi także 25 jednostek za jedzenie, to ilość pieniądza w obiegu jest ta sama i wciąż wynosi 100 jednostek. Choć wartość transakcji tymi pieniędzmi wyniosła 125 jednostek.
Jeśli zatem wszyscy dopiszemy sobie po jednym zerze do każdego banknotu, to nie staniemy się dziesięć razy bogatsi. A przecież dodruk pieniędzy to nic innego jak właśnie dopisywanie zer. W historii przerabiano to już wielokrotnie. Poza wspomnianym de Meulles najnowsze karty dziejów psucia pieniądza zapisał prezydent Zimbabwe, Robert Mugabe. Facet postanowił uszczęśliwić tę część ludzkości, której przydarzyło się nieszczęście mieszkać w Zimbabwe, m.in. poprzez dodruk pieniędzy. Niech mają – niech kupują! W efekcie wszyscy stali się już nie milionerami i nie miliarderami nawet, ale bilionerami! Ostatni banknot ze stycznia 2009r. miał nominał 10 bilionów dolarów zimbabweńskich. Aż dziw bierze, że Zimbabweńczycy nie wykupili Europy. Co tam – Europy! Całego kosmosu! Bo nominał, trzeba przyznać, był iście astronomiczny. A to zobowiązuje.
Lewica jest jednak głucha na tego rodzaju argumenty. Dla nich praca to wyzysk, a konsumpcja to inwestycja. Lewacy wierzą w to, że można zadekretować sprawiedliwość (oczywiście społeczną), szczęście i dobrobyt (rozumiany jako odpłatne nicnierobienie). Po co się męczyć i pracować, skoro mamy prasę drukarską i możemy naprodukować tyle forsy, ile dusza zapragnie? A potem „tworzyć nowe miejsca pracy” pieniądzem, który jest wart mniej niż papier, na którym go wydrukowano.
Pieniądz nie istnieje. Istnieje tylko praca. Rolą pieniądza jest wyłącznie ułatwianie wymiany efektów jednej pracy na efekty innej – nic więcej. To rola wtórna, mniej więcej taka jak rola papieru toaletowego po… niektórych czynnościach. Dlatego post ten dedykuję wszystkim tym naprawiaczom świata, którzy wierzą w to, że naprodukowanie banknotów zbawi ludzkość – zostańcie przy papierze toaletowym! Bo tylko tego papieru potraficie użyć.
Paweł Budrewicz
Autor jest radcą prawnym i ekspertem Centrum im. Adama Smitha. Prowadzi bloga stopsocjalizmowi.pl