Foto. pixabay.com

Można powiedzieć z pełną odpowiedzialnością, że totalitaryzm hipochondryczny jest co najmniej pod kilkoma istotnymi względami gorszy od totalitaryzmu hitlerowskiego, stalinowskiego czy maoistowskiego. Po pierwsze ma on charakter globalny, a po drugie w sposób „organiczny” namnaża on swoich kolaborantów, którzy przyłączają się do niego bez wcześniejszego przejścia jakiejkolwiek ideologicznej formacji. Innymi słowy, kolaborantem totalitaryzmu hipochondrycznego może się okazać każdy – sąsiad, kolega, a nawet członek rodziny – i to z dnia na dzień, bez dawania jakichkolwiek wcześniejszych ideologicznych sygnałów.

Powyższa konkluzja jest skądinąd niezaskakująca, bo najłatwiej zatracają swoją ludzką godność nie ci, którzy bezwzględnie podporządkowują się jakiemukolwiek ideologicznemu „wyższemu celowi”, ale ci, którzy żyją w świecie pozbawionym jakichkolwiek wyższych celów – nie ci, którzy gotowi są umierać na zawołanie za tą czy inną „wielką sprawę”, ale ci, którzy nie są gotowi umierać za żadną sprawę (tym samym umierając już za życia). Stąd totalitaryzm hipochondryczny można z powodzeniem nazwać finalną formą totalitaryzmu – jest to nie totalitaryzm antycywilizacyjny, ale totalitaryzm post-cywilizacyjny: nie kreślący wielkie wizje budowy świetlanej przyszłości na ruinach starego porządku, ale podporządkowujący wszystko histerycznej chęci przetrwania tu i teraz, choćby za cenę wszystkiego, co nadaje owemu przetrwaniu jakąkolwiek wartość.

Podsumowując, totalitaryzm hipochondryczny jest bodaj najbardziej obmierzłym członkiem swojej rodziny, przed którym nie sposób odczuwać nawet szczerego strachu. Stąd czynne występowanie przeciwko niemu to kwestia nie żadnego heroizmu, tylko najzupełniej elementarnego poczucia własnej godności – nie da się przez to stracić niczego, co warto zachować, natomiast można dzięki temu zachować wszystko, czego nie warto stracić.

Jakub Bożydar Wiśniewski

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here