Dale Steinreich kiedyś napisał, że Halloween ma „socjalistyczny posmak“ ponieważ „rozbójniczo nastawieni osobnicy nachodzą nieproszeni twoje domostwo, żądają twej własności i zastraszają wykonaniem bliżej nieokreślonego psikusa jeśli nie zgodzisz się zapłacić. Tak w skrócie działa rząd.“

W dodatku, ku uciesze dzieciaków, Halloween zaczyna detronizować Święta Bożego Narodzenia – tak wynika z moich obserwacji. Dzieci spędzają miesiące przygotowując swe kostiumy, drżą o każdy detal ceremonii: dynie, straszydła no i oczywiście słodycze. Dla dzieci, atrakcją także jest sam fakt iż rodzice nie do końca są zadowoleni z goblinów, wiedźm i obżarstwa.

Jest jednak głębsza, ekonomiczna lekcja płynąca z Halloween, sięgająca o wiele dalej niż zwykłe rozbójnicze wymuszanie czyjejś własności. W przeciwieństwie do Bożego Narodzenia, kiedy dzieci jedynie muszą być „grzecznymi“ małymi obywatelami aby zostać obsypanymi prezentami przez swych dobroczynnych opiekunów, podczas Halloween, pociechy muszą aktywnie zapracować na swoje słodycze.

Dzieci zatem, mają okazję uczestniczyć w autentycznym wolnorynkowym obrocie handlowym. Na początku ciężko pracują nad swymi kostiumami, rozsądnie przewidując, że rozdający słodycze będą bardziej szczodrzy wobec tych z lepszymi przebraniami. Kolejnym etapem są długie spacery po sąsiedztwie z perspektywą, iż każdy „nawiedzony” dom wypracuje stopę zwrotu wysokości jednego lub w najlepszym wypadku dwóch cukierków.

Samo w sobie jest to ciekawe zjawisko, ponieważ te same dzieciaki w swoich domach mają mnóstwo słodyczy na wypadek „nawiedzenia” przez inne dzieci. Jaki jest więc sens szukania po okolicy czegoś co się ma we własnym domu?

Są dwie odpowiedzi: po pierwsze, choć dzieci nie są tego w pełni świadome, bardziej cenią słodycze, które reprezentują coś co muszą zdobyć samemu. Po drugie, łącząc pracę z pozyskiwaniem słodyczy mają poczucie uczciwego nabycia prywatnej własności. Większość z dzieci tak naprawdę nie wierzy, że pudełka słodyczy w domu do nich należą. Z kolei nie mają wątpliwości, że słodycze zdobyte w sąsiedztwie należą wyłącznie do nich.

Zarobiony cukierek jest twój, jest produktem twego wysiłku i nic nie zastąpi uczucia zasłużonej nagrody. Szczególnie, że w tym momencie radość się jeszcze nie kończy. Tym co każde dziecko tak naprawdę lubi w Halloween są wydarzenia rozgrywające się po przyniesieniu swych zdobyczy do swej „bazy”: handel. To tutaj zaczyna się prawdziwa zabawa.

Żadne z dzieci nie jest w stanie całkowicie kontrolować tego co ktoś mu podaruje. Aby zdobyć coś, na czym im szczególnie zależy, muszą wymieniać się z innymi dziećmi w taki sposób aby zwiększyć swój „majątek”. Cały proces tego handlu odbywał się w naszym domu o 20:00. Po pół godzinie wymian, dzieci wywnioskowały, że to co posiadały jest już możliwie najbliższe do tego co sobie zaplanowały, a dalszy handel już tego nie poprawi.

Podczas tych trzydziestu minut aktywnego targowania się, dziewięcioro dzieci siedziało przy stole kuchennym i brało udział w gorączkowej wymianie, jak żywo przypominającej parkiet handlowy na Wall Street. Niektórzy „kupcy” wykrzykiwali cenę, opinię, propozycję, odpowiedź, zmiany preferencji czy odkrycie nowego rozwiązania. Inni „kupcy” woleli milczeć i dokonywać transakcji subtelnie i z zaskoczenia. Im bardziej strategiczny był plan tym większe zdobywał uznanie. Fascynujące było obserwować początki handlu, kiedy zawiązała się pierwsza barterowa relacja. Jeden za jednego; dwa za jednego; trzy paczki Nerd za jedną kulę popcornową; dwa Snickersy za żelkowy naszyjnik; Blowpap za dwie porcje karmelu; i tak dalej.

Wszystkie dzieci przystąpiły do stołu ze swym subiektywnym postrzeganiem co jest wartościowe – postrzeganiem, na które silny wpływ miały opinie innych „graczy”, ale pozwalającym też do pewnego stopnia przewidzieć co będzie rezultatem połączenia kilku opinii na dany temat.

Nie minęło sporo czasu zanim wymiana barterowa, nawet taka z udziałem trzech lub czterech symultanicznych transakcji, przestała być wystarczająca. To czego potrzebowali zgromadzeni przy stole było środkiem do przeprowadzania niebezpośrednich wymian. Potrzebowali dobra, którego wszyscy by pożądali ze względu na jego łatwość zbycia. Środek ten, nie musiał być szczególnie wartościowy dla zgromadzonych. Jedyne co dzieci musiały zauważyć było to, że istnieje coś co większość z nich chciałaby posiadać bardziej niż inne słodycze w ofercie.

Kilkoro z dzieci, które dostrzegły plusy takiego środka wymiany, zaraz próbowały nabyć tego szczególnego cukierka, nie żeby go zjeść ale żeby go wymienić na słodycze których naprawdę chciały. Im więcej dzieci zaczęło kopiować nową ideę, ten szczególny cukierek stawał się coraz częstszym środkiem pośredniej wymiany. 'Dziecko A” nabyło go od „dziecka B”, w zamian za mniej pożądane słodycze i zaraz wymieniło go u „dziecka C”, które posiadało coś bardzo pożądanego, ale nie chciało tego wymienić za nic co „dziecko A” mu wcześniej oferowało.

Tym sposobem, cukierek ten nabył właściwość jakiej żadne inne słodycze nie miały. Stał się pieniądzem.

Z reguły pieniądze, w jakiejkolwiek formie, mają dużą wartość w stosunku do jednostki wagi i dlatego powinny być rozdzielone na odpowiednio małe porcje, aby można ich było użyć w wymianie o zróżnicowanej skali. Idealnie byłoby gdyby miał stałą podaż. Ponad wszystko, musi być rzeczą natychmiastowo akceptowalną w miejscu wymiany handlowej. Obie strony muszą wiedzieć, iż jest to coś co z największym możliwym prawdopodobieństwem będą mogły użyć w przyszłych transakcjach.

Nie sposób przewidzieć co będzie spełniało rolę pieniądza. Jedynie procesy rynkowe dokonają tego wyboru. W naszym domu, popcornowe kule nie spełniały warunków, ponieważ były tylko cztery sztuki i do tego nie dały się podzielić na równe części. Twizlersy też nie zdały testu, ponieważ tylko jedno z dzieci wiedziało jak smakują, zatem nikt więcej nie potrafił określić ich wartości.

Choć problem wydaje się trudny do rozwiązania, dzieciom zajęło to zaledwie kilka minut zanim odkryły co mogło zostać pieniędzmi: miniaturowa tabliczka czekolady „Trzej Muszkieterowie”. Wcześniej, kiedy dzieci jeszcze nie zdawały sobie sprawy z ich użyteczności, „Muszkieterowie” byli warci tyle co paczka „Smartów”. Teraz ich wartość zaczęła rosnąć – byli już warci wymiany za „Smarty” plus „Tootsie”.

Kiedy stało się jasne, że „Muszkieterowie” byli najczęstszym środkiem wymiany, nie miało już znaczenia czy komuś ta czekolada smakowała czy nie. Każdy był szczęśliwy, wymieniając niechciane słodycze na „Muszkieterów” tylko dlatego, bo mógł ich później wymienić na rzeczywisty obiekt pożądania. Kiedy „Muszkieterowie” stali się pieniędzmi, ich wartość własna zaczęła rosnąć. Wynikało to z tego, iż nowa funkcja tej czekolady została dodana do wartości opartej wyłącznie na jej walorach smakowych. Przed końcem sesji ich wartość tak wzrosła, że za jedną tabliczkę „Muszkieterów” można było nabyć co najmniej trzy „Tootsie” oraz jedno „Tootsie Pop”!

Po ustanowieniu nowej waluty, o wiele prostsze okazało się wycenianie słodyczy, które wcześniej nie miały stabilnego rynku zbytu. Zaczęto je wymieniać za połowę albo jedną trzecią tabliczki. Od tamtej pory cena wahała się w bardzo wąskim przedziale, porównywalnym z „Tootsie”, z kolei „Snickersy” ceniono trochę wyżej nisz całą resztę słodyczy.

Mała podaż prowadziła do wysokich cen – nawet trzy tabliczki za „JollyRancher”. „Skittles” także wyceniano wysoko i sprzedawano je za pięć tabliczek „Muszkieterów”. Jednakże, udowadniając, że niska podaż to nie tylko numeryczny koncept, dzieci nie chciały przyjąć od jednego z rodziców żelkowego węża, pomimo jego unikalności. Jego cena wręcz spadła do zera kiedy dano go za darmo jednemu z dzieci. Na szczęście dla przyszłej cywilizacji dziecko to szybko przestało się interesować podarunkiem.

Co interesujące, powstanie pieniądza sprawiło że dzieci zaczęły myśleć w kategoriach wykraczających poza najbliższą rundę wymian. Zaczęły gromadzić nadmiary środków i czekać na lepsze oferty. Wszystkie dzieciaki szybko zastosowały nową strategię. Niektóre zaczęły gromadzić „Muszkieterów” aby wymienić je na końcu rundy, spekulując, że wartość samej waluty będzie ciągle rosła. Inne dzieci nabywały „Muszkieterów” tylko po to aby ich zjeść (pieniądze te nie straciły przecież swej pierwotnej funkcji). Większość dzieci jednak – ku satysfakcji rodziców nerwowo obserwujących to odkrywanie pieniądza – nabywało „Muszkieterów” w celu usprawnienia kolejnych transakcji.

Postronni obserwatorzy o misesowych skłonnościach, mogą wyobrazić sobie: powiedzmy, że ktoś pojawia się na tej scenie i rzuca na stół sto „Muszkieterów”. Wszystkie dzieci wiedzą dokładnie co by nastąpiło. Bazowa cena tej czekolady spadłaby gwałtownie. Każda tabliczka nabyłaby teraz o wiele mniej słodyczy. „Inflacja” mogłaby być tak wysoka, że „Muszkieterowie” mogliby przestać być pieniędzmi – cukierek, który wszyscy chcieliby nabyć w celu nabycia innych słodyczy zastąpiłby ich. Wyobraź sobie chaos jaki mógłby wybuchnąć, kiedy dzieci zaczęłyby się użalać za tymi wszystkimi słodyczami, które wymieniły na zdewaluowaną czekoladę. Wyobraź sobie ich utratę prostoduszności i ufności wobec rynku. Wyobraź sobie straty kiedy handel znów stałby się rozproszony, a wybór znów zostałby ograniczony w wyniku upadku idei pieniądza.

Na szczęście, żadna Halloweenowa maszkara z „banku centralnego fabryki słodyczy” nie przyszła zrujnować zabawy. Dzieci więc pozostały w ufności do ich zdrowego rynku. Koniec końców rynek został zamknięty – nie dlatego, że ktoś zadzwonił w dzwon giełdowy, a dlatego, bo dzieci stwierdziły, że każde z nich jest usatysfakcjonowane tym co posiada. To był misesowy „konsensus rynkowy”.

Ludwig Von Mises nauczał: „ludzie dokonują wymian na rynku aż do momentu kiedy jest to niemożliwe, ponieważ żadna ze stron nie spodziewa się dalszej poprawy swej sytuacji w wyniku kolejnych transakcji. Potencjalni nabywcy postrzegają proponowane ceny przez potencjalnych sprzedawców jako niesatysfakcjonujące i vice versa. Już żadna transakcja nie może się odbyć.”

Wraz z zakończeniem wymian, status „Muszkieterów” wrócił do poziomu dobra czysto konsumpcyjnego, ponieważ czekolada straciła swe monetarne właściwości. Część z dzieci odeszło od stołu ze znacznie mniejszą ilością słodyczy niż miało pierwotnie, co nie przeszkadzało im czuć się bogatszymi. Teraz posiadały mieszankę słodyczy zbliżoną do zamierzonego ideału. Pozostałe dzieci nie kryły zadowolenia z faktu, iż ich worek słodyczy był o wiele większy niż wcześniej. Wszystkie dzieci były uśmiechnięte i szczęśliwe mając poczucie ubicia dobrego targu.

Cóż za szokujące osiągnięcie! Przecież dostępna ilość słodyczy nie zmieniła się. Nikt też nie planował ani nie kontrolował wymian. Wszystko odbywało się spontanicznie.

Byliśmy świadkami cudu Halloween – transformacji czegoś tak prostego jak okazja do wymiany, w szansę osiągnięcia korzyści wynikających z różnic upodobań. Całość nie była niczym innym jak serią umów i wbrew temu co przeciwnicy wymiany handlowej powiedzą, nie było w tym ani jednej sztuczki ani psikusa.

Jeffrey A. Tucker, 31 października 2009
Tłum. Łukasz Buczek

Jeffrey A. Tucker jest redaktorem portalu Mises.org, oficjalnej strony Instytutu Ludwiga von Misesa w USA. Artykuł publikujemy za zgodą Autora. Źródło przedruku – Campaign for Liberty . Przedruk wyłącznie za podaniem polskiego źródła – www.prokapitalizm.pl.
(Foto www.mises.org)

1 KOMENTARZ

  1. Nie wiem czy jajko na schodach to fajna rzecz. To jest wymuszanie, gdyby było inaczej to cukierki dostawałby za np. umycie schodów komuś, a nie zastraszaniem.

Comments are closed.