1.
Próba zdefiniowania doktryny konserwatywnej, wyliczenia wszystkich czynników ją konstytuujących, czy też myślicieli z nią związanych w publicystycznym (i nie posiadającym żadnych aspiracji naukowych) tekście siłą rzeczy skazana jest na uproszczenia oraz arbitralność sądów. Wskutek powyższego, bez szczególnego pretendowania do artykulacji obiektywnych tez, postaram się napisać, czym dla mnie jest konserwatyzm. W moim przekonaniu należałoby nadmienić, że konserwatyzm jest doktryną właśnie, a nie ideologią.
Ideologia tym różni się od doktryny, że ma ambicje kształtowania świata i konstruowania jego poszczególnych segmentów w oparciu o przyjęte apriorycznie, a nieraz obojętne wobec rządzących rzeczywistością praw założenia. Konserwatyzm natomiast uznaje „autonomię rzeczywistości”, tzn. fakt, iż bez względu na nasze usilne starania nie jesteśmy w stanie całkowicie zmienić otaczającego nas świata. Wszelkie nasze dążenia mające na celu dokonanie takiej zmiany są szkodliwe i mogą niejednokrotnie skutkować jedynie destrukcją rzeczywistości, bez wprowadzenia jakichkolwiek elementów planu pozytywnego.
By to zobrazować zastanówmy się, co różni konserwatystów od (szeroko rozumianych) ludzi lewicy (zarówno socjalistów, jak i wszelkich ich ideowych pobratymców, tj. chociażby socjaldemokratów czy aktywistów feministycznych tudzież gejowskich), jeśli chodzi o samą logikę myślenia.
Otóż, człowiek lewicy zadaje sobie pytanie „jak być powinno?”, jednocześnie zwracając się w przyszłość, a tradycję, z której wywodzą się pewne wieczne zasady uznając za zbędny balast, którego kultywowanie skutkować może jedynie resentymentem oraz zastojem i zacofaniem. Innymi słowy, wstrzymaniem postępu, negacją linearnej wizji historii i optymistycznej antropologii.
Opowiada się przykładowo za „małżeństwami homoseksualnymi” (etymologiczne rozważania o wewnętrznej sprzeczności tego pojęcia zostawiam na inną okazję). Dlaczego? Bo ich uprawomocnienie pozwoliłoby naruszyć zasady wywiedzione z tradycji. Opowiada się za inżynierią społeczną (najbardziej wymowny i – jednocześnie – najskrajniejszy przykład – Kambodża Pol Pota, gdzie z uwagi na inteligenckie pochodzenie, czy choćby fakt noszenia okularów zginął co czwarty obywatel). Dlaczego? Bo pozwoliłoby to stworzyć – używając terminologii Huxley’a – „nowy, wspaniały świat”. Takie przykłady można by wymieniać w nieskończoność, ich praźródło wydaje się być natomiast identyczne.
Konserwatysta natomiast zastanawia się „jak jest?”, odrzucając polityczne marzycielstwo, a za podstawę filozofii politycznej uznając pewne wieczne, transcendentne, zakorzenione w porządku świata zasady. Należy napisać, że doktryna konserwatywna nie musi stanowić syntetycznego zespolenia dwóch wymienionych wyżej cech. Można bowiem wskazać zarówno konserwatystów spełniających tylko pierwszy warunek, jak i tych, którzy są nosicielami jedynie drugiej cechy. Rozsądna wydawałaby się za to konstatacja, iż nie sposób być konserwatystą odrzucając obydwie z nich.
2.
Przykładowo, Juliusovi Evoli, Rene Guenonowi, czy Nicolasowi Gomezowi Davili trudno odmówić bycia konserwatystami, a wszyscy trzej przedstawiają się nam raczej jako polityczni marzyciele. Dwaj pierwsi twierdzili, że upadek „prawdziwego” świata nastąpił wraz z powstaniem pierwszych systemów filozoficznych, tj. około VII wieku przed Chrystusem. Bieżąca (tj. XX-wieczna) rzeczywistość, gdzie spośród czterech, istniejących w „starym świecie” kast (kapłani, arystokracja, kupcy, niewolnicy) ostały się dwie najniższe, w dodatku toczące ze sobą wojnę (chodzi o przedstawiającą kupców Amerykę oraz proletariat, tj. niewolników ZSRS), stanowi świat w „epoce wilka”, czyli upadku. Reanimacja „starego świata” nie wydaje się możliwa. Zbyt daleko odszedł on od tych wiecznych zasad, wynosząc na ołtarze racjonalizm, scjentyzm i empiryzm (rozum, naukę i doświadczenie; mickiewiczowskie „mędrca szkiełko i oko”) zamiast transcendencji i irracjonalizmu. Innymi słowy, bliżej sedna sprawy wydaje się być choćby Buchanan piszący o „śmierci Zachodu”, niż Spengler nazywający całokształt procesów mających miejsce na Zachodzie jedynie mianem „zmierzchu”.
Gomez Davila, uważający że „prądy historyczne rozwijały się w dobrym kierunku jedynie między V a XII wiekiem” również w nią nie wierzy. Rozwiązaniem, które wybiera jest wewnętrzna emigracja, tj. zamknięcie się we własnym gabinecie, pogrążenie w lekturze, wspominanie minionej, przypominającej platoński „świat idealny” rzeczywistości, empirycznie nieistniejący, lecz stanowiący antidotum na „nierzeczywistość” świata istniejącego doświadczalnie – egalitarnego, konsumpcyjnego, zdegenerowanego, wyzbytego sacrum i wyjałowionego ze wszelkich wyższych wartości.
Z drugiej strony powszechnie uchodzący za „ojca konserwatyzmu” (m.in. we wszelkich podręcznikach do WOS-u i historii, z których miałem okazję się uczyć) Edmund Burke za fundament konserwatyzmu wydaje się uznawać nie wieczne zasady, lecz ewolucję. Bronisław Łagowski twierdzi, że konsekwentny zwolennik Burke’a powinien w dzisiejszej Polsce popierać SLD. Skoro bowiem rzeczywistość ewoluowała na lewo, konserwatyści powinni to uznać i wyzbyć się typowo jakobińskich i rewolucyjnych dążeń do radykalnej zmiany. Łagowski w swojej książce „Pochwała politycznej bierności” pisze wprost, że dziwią go ci wszyscy prawicowi publicyści, którzy w dyskusjach metapolitycznych afirmują konserwatyzm, by w bieżących rozgrywkach partyjnych popierać tę formację, która głosi program radykalnych rozliczeń . Byłby on raczej skłonny uznać fakt transformacji ustrojowej „bez przelewu krwi” (że posłużę się popularnym w mainstreamowych, demoliberalnych mediach sloganem) za dowód na słuszność konserwatywnej wizji dziejów, niż podpisywać się pod postulatami KPN, czy „Solidarności Walczącej”, czy choćby metaforycznie wyartykułowanymi w „Wieszaniu” wizjami Jarosława Marka Rymkiewicza. Konserwatyzm Burke’a zdaje się zasadzać na mechanicznym konserwowaniu zastanej rzeczywistości. Rzeczywistością „prawdziwą” jest dla niego rzeczywistość doświadczalna.
Świat istniejący nie jest przezeń postrzegany prowidencjalnie, tzn. jako prowadzony i kierowany przez Boga. Stanowi wytwór historii i tradycji, czyli – człowieka . Adam Wielomski w książce „Konserwatyzm – główne idee, nurty i postacie” odróżniając filozofię polityki od filozofii politycznej Burke’a przypisuje do przedstawicieli tej pierwszej.
W swoich „Rozważaniach nad rewolucją we Francji” Burke stawia wprawdzie zasadniczą dla konserwatyzmu tezę, że próba radykalnej przemiany porządku, stanowiącego dzieło wielu pokoleń przez jedno pokolenie jest przejawem pychy rozumu ludzkiego , jednakże pisząc o afirmowanej przez siebie powolnej przemianie nie pisze, w którym kierunku powinna ona podążać. Wielomski jest gotów uznać, że ewolucyjny konserwatyzm Burke’a to po prostu reakcja angielskiego arystokraty na burzące spokój społeczny zamieszki . W jego opinii Burke’a oburza bardziej gwałtowność wystąpień rewolucyjnych, niźli ich treść. Osoba nieco bardziej ceniąca angielskiego myśliciela może uznać, że po prostu człowiek żyjący poza kontynentem, w kraju, w którym nie doszło do takiego przewrotu, jak chociażby we Francji, nie musi zastanawiać się nad integralną wizją powrotu do sytuacji sprzed rewolucji, a jedynie stworzyć teorię, której realizacja umożliwiłaby zatamować strumień rewolucji.
3.
Próbując odpowiedzieć na tytułowe pytanie dosyć wybiórczo i zdawkowo omówiłem poglądy myślicieli konserwatywnych stojących na przeciwnych biegunach tej samej doktryny. Zasadniczo chociażby Davila nie wierzył, że da się dokonać restauracji „starego porządku” i nawet nie próbował wymyślać metod temu służących. Burke natomiast również o „restauracji” nie myślał, ale z kompletnie innych przyczyn. Otóż, absolutyzacja politycznej ewolucji (historycyzm) korespondowała w jego poglądach z zasadniczym brakiem kontestacji rzeczywistości istniejącej .
Jeśli zdefiniowałem konserwatywne myślenie w oparciu o dwa czynniki, czyli a) przekonanie, że istnieją pewne wieczne zasady b) myślenie o tym „jak jest”, a nie „jak być powinno”, to muszę napisać, że Davila spełnia tylko pierwszy czynnik, zaś Burke – drugi. Istnieją jednakże również konserwatyści starający się w swoich dziełach dokonać syntezy obydwu czynników. Zasadniczo, odrzucają oni zarówno pogrążenie się w wewnętrznej emigracji, jak i pomijanie ważnych dla konserwatyzmu wartości.
Można tu wymienić zarówno myślicieli XIX-wiecznych, jak choćby de Maistre, czy von Haller, jak też konserwatystów piszących w XX wieku – np. Schmitta, czy Maurrasa.
Najogólniej rzecz biorąc, byli to konserwatyści, którzy zarówno chcieli działać, jak i bronić ważnych wartości.
Prawdopodobnie wynika to z faktu, iż upadek „starego porządku” datowali oni na rok 1789, czyli wybuch rewolucji francuskiej. Innymi słowy, albo widzieli upadek świata, w którym żyli (w przeciwieństwie do Burke’a) albo upadek ten nastąpił w ich mniemaniu stosunkowo niedawno (w przeciwieństwie do Evoli, czy Davili). Burke, absolutyzując polityczną ewolucję, umieszczał wartości na drugim planie (a może po prostu rozpadu tych wartości nie widział), natomiast Evola, czy Davila uznawali, że rozpad nastąpił na tyle dawno, że restauracja choćby starych wartości w nowych formach jest niemożliwa.
Tradycjonaliści pokroju de Maistre’a, czy von Hallera wierzyli w restaurację ładu sprzed rewolucji francuskiej, natomiast Schmitt, czy Maurras – konserwatyści po Mohlerowskiej „osi czasu”, tzn. działający już w kompletnie innych uwarunkowaniach, a czasem – jak w przypadku Maurrasa – wywodzący się z rodzin, które wzbogaciły się na rewolucji i unikający religijnych uzasadnień swoich poglądów – sądzili, że możliwe jest zachowanie pewnych znamion, pierwiastków dla tego porządku konstytutywnych.
Schmitt, niemiecki prawnik, stworzył teorię decyzjonizmu, opierającą się o wodza, który broni porządku aksjologicznego, owych wiecznych wartości, mających prymat nad prawem stanowionym, zawartym chociażby w konstytucji pisanej. Wódz u Schmitta to pod względem zakresu kompetencji niemal Hobbesowski Lewiatan, nie skażony jednak tak dużym subiektywizmem, mający bronić wartości, których wszakże on sam nie stworzył. Stanowi „katechon” (określenie ukute przez św. Pawła), czyli kogoś mającego bronić świat przed nadejściem Antychrysta. Jako fideista (filozof głoszący prymat wiary nad rozumem) i twórca teologii politycznej Schmitt uważa pojęcia polityczne i teologiczne za paralelne, toteż można przypuszczać, że ów wódz to obrońca cywilizacji przed barbarzyństwem symbolizowanym choćby przez komunizm. Innymi słowy, Schmitt nie myślał o restauracji świata sprzed rewolucji, w którym to świecie kompetencje monarchy były ograniczone przez obyczaj, a o wprowadzeniu dyktatury, w której kompetencje przywódcy są nieograniczone. Chciał więc przywracać treść, ale już nie formy .
Maurras natomiast chciał wprowadzić monarchię, lecz „jego” król nie miał już być pomazańcem Bożym, lecz jedynie kimś w rodzaju sprawnego menedżera. Jego siła miała wywodzić się nie z jakiegoś, oplatającego jego głowę wieńca wartości metafizycznych, lecz ze skuteczności. Hierarchia zaś nie miała stanowić jakiegoś odzwierciedlenia kształtu świata nadprzyrodzonego (np. hierarchie anielskie), lecz wywodziła się z obserwacji socjologicznych (świadczących, że człowiek jest stworzony do życia w systemie wertykalnych zależności). Maurras chciał więc przywracać treść świata przedrewolucyjnego, częściowo formę, jednak uzasadnienia, legitymizujące forsowane przezeń postulaty były już zupełnie innej natury niż te, którymi szermowali chociażby wspomniany de Maistre, czy de Bonald .
Z jeszcze inną sytuacją mamy do czynienia w przypadku hiszpańskich (być może sami odrzuciliby takie określenie, gdyż kładli nacisk na regionalizm, a ich ojczyzną była Navarra) karlistów (nazwa ruchu od imienia pretendenta don Carlosa), którzy przez niemal 150 lat używali dokładnie tych samych, opartych na religii argumentów. Co więcej, trudno wskazać wielu wybitnych myślicieli, którzy związani byli z tym ruchem (może oprócz de Melli). Dość powiedzieć, że pierwsza stanowiąca ideowy wyraz karlizmu praca („Nowe Państwo”) została napisana przez Praderę w roku wybuchu wojny domowej – 1936. Być może wynika to z faktu, iż karliści stanowili, obok meksykańskich Cristeros i chłopów z Wandei, przykład ludowego ultrareakcjonizmu i przez większą część ich działania wystarczyło im słowne przekazywanie pewnych wartości. Same wartości, choć wzniosłe, nie były zresztą skomplikowane. Właściwie dałoby się je streścić w maksymie: „Dios, Patria, Rey y Fueros” („Bóg, Ojczyzna, Król i Stare Prawa”) .
Reasumując, jeśli w przypadku konserwatyzmu większości krajów europejskich mieliśmy do czynienia ze zmianą sposobu legitymizowania konserwatywnej wizji świata, to w przypadku karlistów (sami nie nazwaliby się konserwatystami, gdyż w Hiszpanii nurt ten wiąże się z obroną liberalnej monarchii) sposób ten pozostał niezmieniony. Karliści przez „oś czasu” nie przeszli, uzasadnienie religijne wciąż stanowiło więc fundament ich myślenia o rzeczywistości.
4.
Po krótkim omówieniu myśli kilku przedstawicieli filozofii konserwatywnej, spośród których każdy spełnia przynajmniej jeden warunek sine qua non, by za takowego uchodzić warto byłoby dokonać wyliczenia czynników konstytuujących konserwatyzm. Każdy spośród wyżej wymienionych spełnia większość cech, które postaram się poniżej opisać.
Otóż, konserwatyści optują za pesymistyczną wizją antropologiczną, zazwyczaj uzasadniając ją religijnie, tj. wspominając o skażeniu człowieka grzechem pierworodnym (wyjątkiem jest tu von Haller, za wszelkie rewolucje obwiniający grupę „wysłanników szatana”, namawiających zwykłych ludzi do czynienia zła .
Wydaje się, że uzasadnienie religijne nie jest jedynym możliwym. Można chociażby przywołać socjologiczne koncepcje socjalizacji pierwotnej i wtórnej. Bez względu na lewicowe sympatie znacznej części socjologów, dostrzegali oni fakt, iż jednostka musi przejść przez skomplikowany proces, by stać się pełnoprawnym uczestnikiem życia społecznego. Upraszczając, dziecko na samym początku swojej drogi rozwojowej jest rozkrzyczane, dając w ten sposób upust swemu egoizmowi. Dopiero później, w wyniku socjalizacji pierwotnej, a następnie – wtórnej dorasta do życia w homeostazie z innymi jednostkami.
Obydwa uzasadnienia zdają się zgadzać z twierdzeniem, że człowiek zawiera w sobie potencjał do czynienia zła, a jedynym sposobem jego powstrzymania jest wprowadzenie szeregu wiążących go zasad.
Skąd wywodzą się te zasady? Z różnych źródeł, przede wszystkim zaś religii i historii.
Tradycjonaliści, kierowani filozofią św. Augustyna i św. Tomasza, uważają że istnieje pewna Prawda, a człowiek ma jedynie zmierzać do jej odkrycia (nie zaś wymyślać w oparciu o rozum, którego siła jest niepewna). Zmiany są dobre tylko o tyle, o ile temu służą. Ich świat idealny to świat stagnacji i powolnego odkrywania tego, co wykonał Stwórca. Zasady wywodzą więc z woli Boga.
Część konserwatystów natomiast (za Burkiem) uważa, że najważniejszą wartością jest ewolucja, toteż człowiek powinien wyciągać wnioski z przebiegu dziejów i uznawać mądrość wielu, kiedyś żyjących pokoleń za większą od pokolenia obecnego. Zasady wywodzą się w ich przypadku z historii i tradycji.
Bez względu na to, jakimi przesłankami kierowani, konserwatyści sprzeciwiają się wszelkim nie wywiedzionym z żelaznych podstaw – czy to religijnych, czy empirycznych – pomysłom ideologów, pragnących gruntownie zmieniać rzeczywistość. Nie tylko oni bowiem mają potencjał do czynienia zła w imię apriorycznie przyjętych dogmatów, ale też wpływają na masy, podburzając je do wywrotowych wystąpień.
Warto pamiętać, że konserwatyzm narodził się jako nurt kontrrewolucyjny, tj. negujący wartości i idee, które legły u podstaw rewolucji francuskiej. Konserwatyści wyznają zupełnie inną teorię społeczeństwa, aniżeli rewolucyjni ideolodzy.
Przede wszystkim należy nadmienić, iż samo pojęcie „społeczeństwa” jest dla konserwatystów fundamentalne. Tak jak liberałowie „jednostkę”, socjaliści – „kolektyw”, a nacjonaliści – „naród”, tak konserwatyści za najważniejsze uważają „społeczeństwo”. Stąd sprzeciw zarówno wobec wizji wyobcowanej i wyalienowanej ze struktury społecznej jednostki (krytyka liberalizmu), jak i wobec poddania jednostki rozbudowanej do granic możliwości machinie państwowej i uniemożliwienia jej, tym samym, realizacji pragnień (krytyka socjalizmu). Niejako nawiasem warto wspomnieć, że choć w XX wieku drogi konserwatystów i nacjonalistów częściowo się złączyły (znamienny jest tu choćby przykład wspomnianego Maurrasa; początek owej syntezy datować należy na końcówkę XIX wieku, a konkretnie aferę Dreyfusa; wcześniej pewien wpływ wywarła romantyczna redefinicja pojęcia „narodu”, który ze wspólnoty obywateli – jak zdefiniowany został przez ideologów rewolucji – stał się pewną opartą o tradycję wspólnotą historyczną ), to ci ostatni długo byli krytykowani jako apologeci absolutu wyrosłego z rewolucji francuskiej. Sam naród stanowił dla pierwszych konserwatystów twór sztuczny, efekt modernizacji i próby zaradzenia poczuciu wyobcowania jednostek poprzez przypisanie ich do „narodu” i nadanie im, tym samym, nowej tożsamości.
Wspomniane widzenie wzajemnej zależności między jednostką, społeczeństwem i państwem pozwala umiejscowić konserwatyzm na przeciwległym biegunie względem zarówno systemów totalitarnych, jak i liberalnych. W przeciwieństwie do nich artykułuje on bowiem wizję pokojowej korelacji między wszystkimi trzema elementami.
Jaka wyglądała różnica w widzeniu społeczeństwa pomiędzy konserwatystami, a rewolucjonistami (ideowymi przodkami lewicy)?
O ile ci ostatni postrzegali społeczeństwo jako strukturę poziomą, na ołtarze wynosząc egalitaryzm, którego rozwinięcie stanowi demokracja, to konserwatyści traktowali społeczeństwo jako zhierarchizowane, hołdując elitaryzmowi, a za optymalny system uznając monarchię (również tu istotna wydaje się religia – w domyśle: religia chrześcijańska – pozwalająca sformułować przejrzystą teologię polityczną: jeden przywódca w państwie ma być swoistym odzwierciedleniem jednego Boga w świecie pozaziemskim).
Podporządkowanie nie tylko pozwala lepiej utemperować mającego potencjał do czynienia zła człowieka, lecz jest wręcz wpisane w jego naturę. Tak, jak dziecko potrzebuje rodziców, tak obywatel potrzebuje przywódcy, który wyznacza zakres jego obowiązków.
Należy nadmienić, że to właśnie obowiązki i zakazy, a nie prawa są najistotniejsze (stąd bierze się m.in. konserwatywna krytyka „praw człowieka”). Te ostatnie wynikają bowiem jedynie z tych pierwszych. Przykładowo „prawo do życia” wynika z zakazu zabijania itd.
Druzgocącej krytyce poddali też konserwatyści rewolucyjną (kojarzoną zwłaszcza z Rousseau) wizję pochodzenia społeczeństwa z umowy zawartej między nim, a przywódcą. Szczególnie interesujący, bo lingwistyczny, argument podał tu de Maistre. Zauważył on, że aby podpisać kontrakt podpisujący musieli porozumiewać się w jednakowym języku, a sam fakt, iż porozumiewali się w takowym sprawia, że byli społeczeństwem. Społeczeństwo nie mogło stworzyć społeczeństwa. Sam de Maistre, podobnie jak większość konserwatystów hołdował naturalnej wizji powstania społeczeństwa, wyrażanej przez św. Tomasza, polegającej na łączeniu się rodzin, wiosek itd. aż do powstania społeczeństwa.
Konserwatyści nie tylko nie wierzyli w kontraktualny charakter społeczeństwa, ale wizję powstania takowego w wyniku umowy uważali za szkodliwą, gdyż skutkującą permanentną dysharmonią społeczną, rozbiciem zwartej struktury w konglomerat zantagonizowanych atomów, spośród których każdy może z umowy się wycofać i prowadzić wojnę podjazdową z innymi. Uważali, że tylko takie wartości, jak religia czy tradycja mogą stanowić trwałe spoiwo społeczne, gdyż wiążą się z trwałymi, powszechnie odczuwalnymi wartościami.
Sprzeciwiali się pluralizmowi, co wiązało się z ważną dla nich ideą depolityzacji społeczeństwa. Powstawanie partii politycznych i – w efekcie tego – pluralizmu wiązało się z zaangażowaniem w politykę znacznej części społeczeństwa i – logiczna konsekwencja – jego ideowym rozbiciem.
Ważne dla konserwatystów było to, co jest wcześniejsze, czyli starsze. Dlaczego? Tutaj również możliwe jest zarówno wytłumaczenie religijne, jak i historyczne. Z jednej strony, jeśli coś istnieje „od zawsze”, to – co można stwierdzić z dużą dozą prawdopodobieństwa – zostało stworzone przez Boga. Z drugiej strony, jeśli dana instytucja (np. rodzina) przetrwała wieki, to znaczy, że przeszła pewien „historyczny test” i prawdopodobnie można ją uznać za niezbędny element społecznego porządku.
Powyższą zasadę można by zastosować przy próbie uzasadniania wielu poglądów. W historii konserwatyzmu znalazła ona odbicie chociażby w poglądach na treść konstytucji, czy państwa.
Konstytucja w przekonaniu konserwatystów nie może narzucać praw wyabstrahowanych z historii danego państwa. Jeśli nie stanowi odzwierciedlenia wykształconych na przestrzeni dziejów zasad można ją uznać za bezużyteczny świstek papieru. Innymi słowy, najpierw były pewne zasady, dopiero później zaś zawarto je w dokumencie pisanym, nie zaś na odwrót .
Państwo natomiast tworzyło się tak, jak społeczeństwo – kolejne regiony scalały się, by wreszcie stworzyć całość. To regiony były wcześniej, to one najpierw wykształciły swoje własne prawa, państwo winno więc akceptować ich autonomię. Skutkowało to afirmacją państwa zdecentralizowanego. Doskonałym przykładem takiej wizji jest wspomniany karlizm, oparty o stworzoną przez św. Tomasza ideę rządu mieszanego, w którym współgra król z elementem arystokratycznym (na prowincji) i demokratycznym (w miastach)
5.
Na koniec, bardzo skrótowo, chciałbym napisać, dlaczego konserwatyzm wydaje mi się bliski.
Zasadniczo uważam, że ludzie nie są sobie równi, toteż próby odgórnej egalitaryzacji skutkować mogą jedynie – wulgaryzując i trywializując nieco – obniżaniem poziomu lepszych do poziomu gorszych.
Uważam, że nie sposób wskazać w dziejach rewolucji, która przyniosłaby więcej korzyści, niż strat.
Uważam, że próby forsowania pomysłów wyabstrahowanych z tradycji i historii danego kraju mogą jedynie prowadzić do antagonizowania i dzielenia ludzi, którzy w swojej masie nie są skłonni do debaty.
Uważam, że bezmyślne apoteozowanie „wolności” i „tolerancji” (w dodatku obecnie zredefiniowanych) jest pójściem na łatwiznę i próbą zaspokojenia własnego ego, bez oglądania się na resztę społeczeństwa. Słowo egoizm wydaje się tu najwłaściwsze.
Uważam, że zbyt wiele elementów tego świata poukładana jest z geometryczną (by nie rzecz „zegarmistrzowską”, bo będzie pobrzmiewać oświeceniową terminologią) wręcz precyzją, by można było dopuścić myśl, że Bóg nie istnieje.
Uważam, że tradycja jest wartością i możemy się z niej wiele nauczyć, gdyż kryje za sobą olbrzymie dziedzictwo.
Uważam, że moje miasto jest inne od pozostałych i ani ono ani żadne miasto na świecie nie powinno być ujednolicane, by dopasować je do nich.
Uważam, że wszelkie wartości, którymi szermowali ideolodzy rewolucji mogą się spełnić paradoksalnie właśnie w świecie konserwatywnym . Cóż nam bowiem po „wolności”, jeśli nie wydobędziemy z tradycji twardych fundamentów, w oparciu o które będziemy mogli ją zagospodarować?
Jacek Tomczak

3 KOMENTARZE

Comments are closed.