Ekoterroryzm
foto. pixabay.com

Ekologia to potrzebna i konkretna nauka. W końcu każda normalna osoba nie chce oddychać smogiem, pić zanieczyszczoną metalami ciężkimi wodę, podziwiać śmieci na ulicach, oglądać przykłady deforestacji i masowej śmierci zwierząt. To są same smutne obrazki – warto je potępić. Natomiast czym innym jest ekoterroryzm, czyli postawa traktowania człowieka jako pasożyta, który egzystuje kosztem natury i planety. Ekoterroryzm wiąże się często z szantażem oraz przemocą względem swoich ideowych oponentów. Ze względu na postępującą urbanizację i brak zrozumienia specyfiki wsi ten właśnie światopogląd zaczyna być coraz bardziej popularny, zaczyna przybierać coraz bardziej radykalne formy. W ekoterroryzmie i ekologizmie podmiotem jest dobro planety, a w ekologii podmiotem jest dobro człowieka.

I tak mamy klasyczne dzieła sztuki w muzeum. Nagle ktoś oblewa zupą pomidorową gablotę, po czym wygłasza deklarację o złych paliwach kopalnych. Jest to perfidne zachowanie, gdyż popełniamy czyn moralnie naganny, jednak stroimy się przy okazji w piórka świętoszka. To tak jak ci, co biją innych, ale krzyczą przy tym głośno „Rasista!”, no bo według postępowej logiki rasistę bić akurat można. Albo złodziej krzyczący, że należy łapać złodzieja, że swoim aktem chce tylko przyczynić się do potępienia kradzieży. Nie można legitymizować niecnych zachowań za pomocą ckliwych deklaracji, gdyż takie akty są fałszem i obłudą. Ekolog segreguje odpady i bierze udział w akcjach zbierania śmieci, wymyśla nowe, czyste technologie. A ekologista bardziej pragnie sławy niż zmiany świata na lepsze. Możemy i powinniśmy rozmawiać o ochronie klimatu, jednak bez głupich happeningów, które tylko ośmieszają ich twórców.

We Francji pod Marsylią dokonano ataku na instalację cementowni, gdyż ta zatruwa środowisko. I teraz pytanie: to gdzie mamy żyć? W ziemiankach? W chatach ze słomy krytych strzechą? Z gliny będziemy lepić chatki? Zresztą sami zwolennicy ekologizmu żyją raczej w stolicy, a nie głębokiej prowincji niczym religijna wspólnota amiszów. Innymi słowy, wszyscy bez wyjątku czerpiemy z dorobku współczesnej gospodarki oraz nauki. Współczesne dobrodziejstwa związane są często z tym, że nasz system produkcji nie jest neutralny klimatycznie. Teraźniejsze gospodarstwo domowe posiada na swoim stanie dziesiątki sprzętów elektronicznych, a i wiele z nich powstało w warunkach będących na bakier z przyrodą. Odpowiedzialność za zniszczenie środowiska spoczywa jednak zarówno na producentach, jak i konsumentach.

W USA radykalni działacze dokonywali włamań na fermy, by wypuścić norki amerykańskie z klatek. A przecież takie działania również są zaburzeniem lokalnej flory i fauny. Na Podkarpaciu Kolektyw „Wilczyce” zorganizował dzikie obozowisko. Ich celem była rzekoma ochrona lasu przed wycinką. Gdy policja likwidowała ten obóz znaleziono w nim: narkotyki, broń gazową i kusze. Całość tego koczowiska wyglądała niczym mały chlewik. Idąc dalej, gdy w Puszczy Białowieskiej szalał kornik drukarz, pseudoekolodzy przypinali się łańcuchami do drzew. Ostatecznie dopięli swego – donieśli niczym najgorsi konfidenci na swój kraj do UE. W efekcie setki hektarów lasów zostało zniszczonych, cenne siedliska przyrodnicze utraciliśmy na dziesiątki lat.

Gdybyśmy mieli do czynienia znowu z sytuacją jak podczas czasu rewolucji przemysłowej, gdzie wycinano wszystko bez opamiętania celem budowy przemysłu, istnieją wtedy podstawy do wyrażania oburzenia, do protestu. Jednak statystyki pokazują, iż w Polsce z roku na rok wzrasta lesistość i gęstość zalesienia. W tym momencie około 1/3 kraju pokryta jest lasem. No i teraz pytanie: czy ktoś faktycznie perfidnie manipuluje tym statystykami na złość ekoterrorystom? Raczej negatywnie trzeba odpowiedzieć na to zagadnienie. Czyli ta masowa wycinka jest mitem. Nie ma żadnej szabrowniczej eksploatacji zasobów. Prowadzimy zwyczajną gospodarkę leśną, a nie gospodarkę rabunkową. Wycinamy drzewa chore i stare, a na ich miejsce leśnicy nasadzają nowe. Nie ma tutaj żadnych nieprawidłowości, nie ma tutaj nic zdrożnego. Człowiek powinien być gospodarzem swojej ziemi. A potrzebujemy przecież mebli czy opału.

Zwolennicy zniszczenia tradycji stosują również inne zagrywki: blokują tiry jadące do zakładów mięsnych, stroją się na pseudoinspektorów i dokonują włamań do gospodarstw rolnych, podejmują próby tarasowania dojścia do sklepów mięsnych i restauracji, wylewają na podłogę mleko w supermarketach (dojenie krów to, ich zdaniem, gwałt na krowie). Odpowiedzią na takie zachowania powinno być niezwykle surowe prawo: wysokie grzywny, baty na gołe plecy, broń w każdym domu i możliwość samoobrony przed niechcianym intruzem. Trzeba zdecydowanie porzucić rozwiązania, w których to policja przychodzi, legitymuje, a następnie nic nie robi. Należy zakazać pseudoinspektorom wchodzenia na cudzą posesję.

Brukselskie elity zafascynowane ekologizmem z roku na rok narzucają coraz surowsze ustawodawstwo, które zdecydowanie utrudnia życie zwykłym ludziom. Oczywiście prawo chroniące środowisko samo w sobie nie jest niczym złym, ale obłęd w tej materii już tak. Zdaniem tych ekowariatów: kominki indywidualne są złe, piece na pizze opalane drewnem są złe, piece gazowe są złe, samochody spalinowe są złe. Najlepiej niczym nie palić, żyć w chłodzie, a wszystkie potencjalne aktywności wpisać do rejestru. Chcesz zbudować dom? Pozyskaj najpierw supercertyfikat ekologiczny, że twoja nieruchomość będzie neutralna dla klimatu i zapłać za niego krocie. Masz jednoosobowy warsztat samochodowy? Naucz się skomplikowanej obsługi Bazy Danych Odpadów. Czekamy z niecierpliwością aż europeiści pójdą w swoim obłędzie o krok dalej, tym samym potępiając oddychanie i ogniska z pieczeniem kiełbasy. Człowiek nie może już żyć naturalnie, tak jak żył od wieków wedle pewnych zasad, tylko musi mieć przeświadczenie, że nie popełnił grzechu przeciw matce naturze. Opiszmy to dobitniej: nie jest ważny grzech przeciw prawu boskiemu, lecz ważny jest grzech przeciw matce naturze.

Ekoterroryzm łączy się często z bambinizmem, czyli wyidealizowanym i naiwnym postrzeganiem świata przyrody, a zwłaszcza zwierząt, w sposób ukształtowany przez filmy rysunkowe dla dzieci i inne przekazy z dziedziny kultury masowej. Bambiniści humanizują zwierzęta, patrzą na zwierzęta niczym na ludzi, a wręcz często bardziej cenią zwierzęta niż ludzi. Aborcja nie budzi u nich odrazy, ale znęcanie się nad zwierzętami już tak. Oczywiście nie wszystkie istoty są równe w hierarchii bytów. Największymi względami cieszą się te samiczki i samce, które są fotogeniczne: głównie kotki, koniki, pieski i króliczki. Muchy i komary (przynajmniej nadal) można zabijać w ujęciu progresywistów. Brzydkie stworzenia nie cieszą się już takim względami.

Przykładów bambinizmu możemy podać aż nadto. I tak mieszkańcy Podkarpacia cierpią przez wilki. Zwykły człowiek wstaje rano i widzi smutne szczątki swojego „Reksia”, z którego została tylko plama krwi i łańcuch. Rolnicy często tracą swoje bydło. Raz zostały zaatakowane dzieci, a innym razem pilarze. Nie możemy jednak patrzeć na wilka jak na bezwzględnego drapieżnika, który dziennie zjada od 2 do 6 kg mięsa – zamiast tego media serwują nam obraz potulnego i dostojnego sierściucha. Oderwane od rzeczywistości gwiazdy Hollywood z lubością podpisują petycje dotyczące ochrony wilków w różnych zakątkach świata. A w tej sytuacji trzeba wydać jasną dyspozycję myśliwym: musimy zredukować populację agresywnych zwierząt. Strzelać, aż lufy będą czerwone z gorąca.

Zgodnie z teologią chrześcijańska zwierzęta posiadają wyłącznie duszę zmysłową, za to człowiek dusze nieśmiertelną. W związku z czym istnieje pewna hierarchia bytów – różnej maści egalitarystom, emacynpatorom i zrównywaczom jest to nie w smak. No bo w końcu na publikowaniu ckliwych zdjęć oraz organizowaniu zbiórek w Internecie można doskonale żyć. Pseudoekolodzy piszą: zróbmy zbiórkę na konika Henryka, by nie trafił do rzeźni! Zapewnijmy suczce Helenie godną emeryturę! Naiwniacy – chętnie płacą. Zauważmy, że bambiniści stosują wobec zwierząt określenia zarezerwowane dla ludzi. Ich chwyty retoryczne są proste: dokonajmy humanizacji zwierząt, nadajmy im ludzkie imiona, powiedzmy, że „umierają”, a nie zdychają, pies ma buzię, a nie kufę, cielę z krową to „matka i córka”. Odstrzał sanitarny to rzeź zwierząt.

Z tych samych medialnych względów progresywiści próbują przepchnąć zakaz hodowli zwierząt futerkowych. Zwróćmy uwagę: te fermy utylizują odpady z zakładów rybnych i rzeźni, przez co cena mięsa jest niższa. Gdy zlikwidujemy tą formę działalności, trzeba będzie płacić (najczęściej niemieckim) firmom utylizacyjnym. Na wolnym rynku rolnik powinien posiadać nieskrępowaną możliwość uprawy i hodowli każdego zwierzęcia i rośliny, w zależności od tego, co uzna za opłacalne. Nie może być tak, że jacyś miastowi lubią króliczki, więc chcą zakazu, ale na chlewnie to może popatrzą z politowaniem, bo coś musi się znaleźć na talerzu. Przepisy powinny być konsekwentne w tej materii: albo zakazujemy wszystkiego, albo dopuszczamy wszystko.

Podejrzane instytucje walczą również ze sprzedawcami żywych karpi na ulicach. A to nie podoba im się brak ogłuszania, a to nie podoba im się domowej roboty gilotynka do obcinania głowy ryby. Niedobre typki natychmiast donoszą na tych handlarzy do organów państwa. Zacznijmy od tego, że bycie konfidentem według europejskich standardów honorowych jest etycznie obrzydliwe. Ponadto nikt nie powinien naruszać wolnorynkowej i dobrowolnej transakcji dwóch stron. Zresztą w uboju sakralnym ogłuszanie zwierzęcia nie jest obowiązkiem. Innymi słowy, jeżeli w ramach uboju rytualnego istnieje prawna możliwość zabicia byka bez ogłuszenia, to tak samo powinna istnieć prawna możliwość zabicia karpia bez ogłuszenia.

Duża część terenów naszej planety nadaje się tylko pod wypas. Wiąże się to ze słabą klasą bonitacyjną gleby. Jeżeli zlikwidujemy chów bydła, określone rasy zwierzęce staną się niepotrzebne, w związku z czym wymrą. Podobnie dzisiaj nikt nie hoduje słoninowych ras świń ze względu na nieopłacalność. Likwidacja ferm zwierząt futerkowych będzie mieć prosty skutek: niektóre rasy królika zobaczymy już tylko w zoo.

Na potępienie zasługuje zwalczanie uboju religijnego. Niektórym wydaje się, iż wprowadzenie takiego zakazu zrobi na złość Żydom i muzułmanom. Takie postrzeganie sprawy można uznać za naiwność i krótkowzroczność, gdyż chodzi o walkę z pozostałościami świata tradycji. Prawda jest taka, iż jest to tylko mały krok rewolucji w kierunku delegalizacji spożywania mięsa ze zwierząt. Światowej koncerny pragną, aby każdy z nas na półce sklepowej miał wyłącznie do dyspozycji sztuczne mięso z laboratorium. Podobnie jak i preludium legalnych małżeństw sodomitów jest wprowadzenie związków partnerskich, tak samo i walka z ubojem religijnym jest przygotowywaniem gruntu pod usunięcie z masowej konsumpcji klasycznego mięsa. Innymi słowy, chrześcijanie popierający pomysły ekologistów mogą oberwać rykoszetem od salwy globalistów.

Współcześnie z coraz większym potępieniem spotyka się wykorzystanie benzyny, ropy czy nawet nawozów. Autor niniejszych rozważań nie kwestionuje problemu globalnego ocieplenia klimatu. Aktywiści działający w tej materii zdają się jednak nie dostrzegać, że duża część populacji globu bez przemysłowego zastosowania paliw zwyczajnie umarłaby z głodu. Masowa produkcja żywności odbywa się dzięki nawozom, co związane jest z procesem technologicznym, który wymaga spalania ogromnej ilości gazu. Natychmiastowe odebranie masom paliw kopalnych oznacza skazanie dużej części ludzkości na śmierć, głód i nędzę.

Karol Skorek

Autor jest prezesem Zarządu Stowarzyszenia Przedsiębiorców i Rolników SWOJAK