W wypowiedziach przedstawicieli rządu – naszego oraz bratnich europejskich krajów, w bełkocie związkowców oraz w jedynie słusznych enuncjacjach światłych profesorów-nierobów od niczego, kryzys to prawdziwie apokaliptyczne zwierzę. W ich wizjach jest to wielki mechaty sk…syn, który co kilka lat opuszcza plugawy matecznik i rusza na biedną Europę, a od czasu do czasu także do USA, żeby siać strach, grozę i przerażenie. Nie wiadomo, kiedy przyjdzie ani gdzie uderzy – jest nieprzewidywalny i nieokiełznany.



Gdyby tylko było wiadomo, gdzie kryzys mieszka, można by go zaskoczyć we śnie i udusić poduszką, urwać mu jaja, skopać tyłek itd. – generalnie załatwić potwora raz na zawsze i pozbyć się problemu. Marzenie…
Zanim przyjdzie zastanowić się, gdzie mieszka kryzys, proponuję przyjrzeć mu się z bliska. Niczym na prawdziwym polowaniu wytropimy zwierza, obejrzymy go przez jedyne wartościowe szkło powiększające, czyli lunetę karabinu, a na koniec spróbujemy… Nie, niestety – nie odstrzelić 🙁 Ustawa o ochronie gatunków szczególnie zagrożonych wyginięciem, potocznie zwana Traktatem Lizbońskim, nie pozwala nam na bezkarny odstrzał. Ale możemy pójść po śladach kryzysu, dotrzeć do jego śmierdzącej nory, a tam wiadomo – jaja, głowa, tyłek, flaki, krew, masakra!
Jako że tytani intelektu spod znaku sierpa i młota (symbole oficjalnie umieszczone w projekcie nowej unijnej gwiazdy) są oszczędni w słowach, trudno znaleźć oficjalne tropy kryzysu. Bo niby czym jest ten kryzys? Po czym można go rozpoznać? Co jest dla niego charakterystyczne? I wreszcie najważniejsze – jak go odróżnić od przejściowych trudności?
Czy kryzys to spadek konsumpcji? A jeśli to chęć oszczędzania, gromadzenia kapitału, sprawia, że ludzie ograniczają konsumpcję? I w końcu – czy jest jakiś „normalny” poziom konsumpcji – miernik spożycia? A mówiąc bardziej wprost – czy można żreć bez końca?
To może spadek inwestycji? To już chyba bliżej, bo wiadomo – inwestycje są dobre. Tak mówią media, a media jak wiadomo znają się na wszystkim. Przypadkowo tak się akurat składa, że inwestycje są rzeczywiście czymś pożądanym, tyle że media konsekwentnie nazywają inwestycjami… konsumpcję. Jeśli słyszymy, że w Polsce zainwestowano w budowę stadionów na Euro2012, to aż prosi się o pytanie, ile na tych inwestycjach zarobiono. Bo w Warszawie jest to 20 mln złotych rocznie… kosztów. O przychodach, a tym bardziej zyskach jakoś nic nie słychać. Pewnie kryzys zeżarł.
Czy to zatem niż demograficzny? Matki-Polki i matki-cudzoziemki rodzą coraz mniej dzieci, starcy nie chcą zdychać, a tuż za granicą Najjaśniejszej czyha już nie Niemiec, ale jakiś Turek czy inny Mongoł, pragnąc zagarnąć nasze święte ziemie. Demografia to na pewno poważna sprawa, ale co to ma wspólnego z kryzysem? Przecież dzieci rodzą się od fikołków w sypialni, a nie od problemów jakiegoś tam Van Rompuya czy innego François Che Hollande’a. W końcu w czasach mega-kryzysu w 1981r., kiedy Jaruzelski zabrał wszystko z wyjątkiem octu, narodziło nam się obywateli, że hej! Bo i na logikę – jak nie ma telewizora czy kina,  a na dworze ziąb i zomowiec (cholera wie, co bardziej zabójcze), to ile można gadać o walce klas? Zatem coś musi być do bani z tą demografią w kontekście kryzysu.
Okay – a co z bezrobociem? Ludziom pewnie odechciewa się pracować, więc nie chodzą do pracy i robią kryzys. Z drugiej strony ci sami ludzie wychodzą na ulice i narzekają, że nie mają pracy! No, pierdolca można dostać – jak im tu dogodzić? Rządy ZSRE (Związku Socjalistycznego Radzieckiej Europy) walczą z bezrobociem, pobudzają gospodarkę, stymulują wzrost i wspierają tworzenie nowych miejsc pracy – wszystko na nic! Ludziom nie chce się pracować.
I za to wszystko odpowiedzialny jest kryzys. Przyszedł, zabronił wydawać pieniędzy, kobietom odjął zdolność rodzenia dzieci, a chłopom – chęć do roboty. Ani chybi ten kryzys to musi być potężny czarownik, jeśli potrafi takie rzeczy. I takiej wersji rzeczywistości trzymają się nasi wielce udani ministrowie, aktyw robotniczo-związkowy oraz geniusze nauki, których wybitne prace naukowe czyta recenzent, kochanka i dwóch studentów na zaliczenie. Oni wiedzą – z takim smokiem jak kryzys nie sposób walczyć, trzeba skulić się, schować pod łóżko i przeczekać, drżąc jak osika. A jak kryzys zajrzy i tu – wskazać na neoliberalnych kapitalistów i burżujów jako ofiary wotywne.
Credo wiary kryzysowej jest proste: 1. Absolutnie nie można podważać istnienia kryzysu jako nieogarniętej ludzkim umysłem wszechkosmicznej siły. 2. Z kryzysem nie można nic zrobić, a jedynie błagać go, żeby poszedł sobie gdzie indziej, a jak gdzie indziej się nie da, to żeby jeszcze raz sprawdził. 3. Nawet jak kryzys odejdzie, to wróci, bo jest nieprzewidywalny.
Hm, a gdyby tak na kryzys spojrzeć nie jako na przyczynę, ale rezultat? Nie jest to nowa myśl, pierwszy na ziemiach polskich poddał ją pod rozwagę Stefan Kisielewski. Było to dawno temu, za starego kryzysa w ciemnych okularach, ale może jest aktualne? Sprawdźmy.
Załóżmy, że w pewnym momencie historii zaczynamy uparcie twierdzić, że skoro gospodarka opiera się na transakcjach, a do transakcji potrzebne są pieniądze, to pieniądz jest ważniejszy niż praca i produkcja. Świetnie by się składało, bo o ile pracy i produkcji nie można wyczarować „od ręki” w dowolnej ilości, o tyle pieniądza możemy sobie narobić, ile nam w duszy zagra. Złota sztucznie się nie wytworzy, ale tych śmiesznych papierków można nadrukować, ile wlezie. Zresztą – po co drukować? Przecież można rozdawać kredyty na prawo i lewo wyłącznie w oparciu o zapisy księgowe. Owszem, te kredyty nie mają żadnego pokrycia w jakimkolwiek efekcie pracy, ale kto to sprawdzi, skoro umówiliśmy się, że pieniądz jest ważniejszy, bo to on kreuje rzeczywistość.
Taki zabieg rzeczywiście przeprowadzono – po raz pierwszy na małą skalę w USA latach 20-tych (przed Wielkim Dziadkiem Kryzysem – czyżby to przypadek?), a ponowiono na skalę globalną niedługo później w Bretton Woods. Złoto dzielnie się broniło jako prawdziwy pieniądz do lat 70-tych, ale co mogło zrobić pod naporem ideologii stworzonej przez tow. Keynesa?
To jednak za mało, żeby wywołać kryzys z głębi ciemnego lasu. Tak to można co najwyżej doprowadzić do jakiejś bańki spekulacyjnej na giełdzie czy inflacji – a gdzie demografia, konsumpcja i bezrobocie? Powoli, zaraz będą.
Tak zwana bańka spekulacyjna ma to do siebie, że musi pęknąć. Nie z powodu jakiejś ideologii, ale wyłącznie z uwagi na geometrię. Już kilkaset lat temu niejaki Galileusz zauważył, że powiększanie bryły prowadzi do tego, że jej objętość rośnie szybciej niż powierzchnia, a dokładnie – objętość w stosunku sześciennym, a powierzchnia kwadratowym. Mówiąc po ludzku – jak się dużo napcha do worka, to pęknie, bo flak nie utrzyma. Co to ma wspólnego ze spekulacjami giełdowymi? To, że jeśli wartość spółek zaczynamy pompować sztucznym pieniądzem kredytowym, to kurs akcji rośnie wskutek sztucznie wytworzonego popytu, bo rynek dostaje błędny sygnał. Dane wskazują na to, że spółki są dochodowe (mają pieniądze), podczas gdy w rzeczywistości są poważnie obciążone kredytem, którego od pewnego momentu nie będą mogły spłacić (bo przychód musiałby odtworzyć kapitał, spłacić kredyt i odsetki oraz zapewnić zysk do podziału inwestorom). Gdyby ten pieniądz pochodził z pracy albo ze złota (co na jedno wychodzi), to miałby chociaż realną wartość. Niestety, jego jedynym pokryciem jest farba drukarska i wiara rządu w lepsze jutro, z czego tylko to pierwsze ma jakąś wartość. Dlatego – tak jak w Galileuszowej bryle – tak i w bańce spekulacyjnej obciążenie kredytowe (objętość) rośnie szybciej niż zdolność zarabiania pieniędzy (powierzchnia). A wówczas bańka musi pęknąć – prawa mechaniki są nieubłagane.
I tu zaczyna się prawdziwe zaklinanie deszczu (takiego kryzysowego, bez wody). Rząd, który najpierw wyprodukował sztuczne pieniądze albo pozwolił bankom na taką radosną twórczość, teraz widzi rezultat, o pardonsik – kryzys na rynku finansowym. Gdyby pozwolić temu kryzysowi nażreć się do woli, to szybko by zdechł, bo pustym pieniądzem to nawet kryzys się nie pożywi.
Niestety, rząd wie lepiej (rząd zawsze wie lepiej), więc zaczyna interwencję na rynku – zaczyna bawić się w tworzenie miejsc pracy zlikwidowanych w wyniku implozji pustego pieniądza, ochronę pracowników „zagrożonych” oraz w zabezpieczenia socjalne dla tych, których miejsc pracy nie udało się „uratować”. Jako że obie te zabawy są nie tylko kompletnie pozbawione sensu, ale i cholernie kosztowne, rząd potrzebuje pieniędzy. Trochę ich nadrukuje, ale rząd to cwana bestia i już wie, że taki drukowany pieniądz nie jest dobry. Rząd sięgnie zatem do kieszeni obywateli w imię logiki – jeśli zabiorę ludziom wolność wyboru tego, co chcą kupować (mniejsze dochody wskutek podatków), a w zamian dam to, co ja uważam za lepsze (redystrybucja), to wszystkim będzie lepiej. Niestety, złośliwi ludzie, kiedy im zabrać pieniądze, stają się po prostu biedni i nie stać ich na konsumpcję, np. spłatę kredytów mieszkaniowych. Ich pracodawców zaś nie stać na dalsze zatrudnianie tej samej liczby pracowników za te same pieniądze, co prowadzi do zwolnień. Zaś biedni i bezrobotni ludzie nie płodzą dzieci, bo w przeciwieństwie do rządu mają rozum i poczucie odpowiedzialności.
Stąd już tylko krok do ostatniego etapu kryzysowego marszu przez świat. Rząd, widząc takie rezultaty, eee… ponownie przepraszam – widząc takiego kryzysa, postanawia z nim walczyć. Tym razem wprowadzając regulacje poszczególnych rynków – w imię ideologii, że ludzie są durni i sami nic nie potrafią, więc jak się wszystko ureguluje i unormuje, a młodym da się szansę wejść na rynek pracy, tworząc programy aktywizacji absolwentów, to ludzie nagle znajdą pracę. Co prawda te regulacje też kosztują (pośrednio jako dodatkowe koszty operacyjne i bezpośrednio jako armia urzędasów) i powodują już nie zwolnienia, ale zamykanie firm, ale co tam! Przecież to nie nasza wina, to kryzys. Wytrzymajmy jeszcze trochę, a będzie dobrze – może kryzys sam sobie pójdzie?
Z takim podejściem do kryzysu jest jeden plus – teoria pasuje do faktów. Ale dla rządzących to minus, bo to oznacza, że kryzys nie jest jakąś diabelską machiną, ale po prostu skutkiem własnej nieudolności, krótkowzroczności, wiary w cuda i stawiania ideologii ponad rachunek ekonomiczny. A to by oznaczało, że do walki z kryzysem potrzeba zmian decyzji – właśnie z ideologicznych na ekonomiczne, a mówiąc po ludzku – decyzji o przywróceniu ludziom wolności gospodarczej. Niestety, z bliżej nieznanych przyczyn jest to rozwiązanie, które przyprawia rządzących wręcz o palpitacje serca. Łatwiej wyznawać „trialog” wiary kryzysowej niż wziąć się do roboty.
A zatem – czy udało nam się ustalić, gdzie chowa się kryzys? Ha! zaskoczę Czytelników, jeśli powiem, że tak – że jest takie miejsce. W dawnych czasach, kiedy dżentelmenom nie wypadało chadzać z gołą głową, to była właśnie ta część ciała, na którą nasadzano kapelusz. Teraz, kiedy nakrycie głowy zakłada się praktycznie wyłącznie zimą, u wspomnianych we wstępie luminarzy myśli ekonomicznej ta biedna narośl wyrastająca sponad szyi sterczałaby bezczynnie, targana surowym jesiennym wiatrem i palona letnim słońcem. Sterczałaby, gdyby nie to, że jako spokojne, ciche i nieużywane miejsce stała się idealnym domkiem dla potwora-kryzysa. Ach, gdybyż tylko ten potwór zechciał być domatorem…
Paweł Budrewicz
Autor jest radcą prawnym i ekspertem Centrum im. Adama Smitha. Prowadzi bloga stopsocjalizmowi.pl

1 KOMENTARZ

  1. „W końcu w czasach mega-kryzysu w 1981r., kiedy Jaruzelski zabrał wszystko z wyjątkiem octu, narodziło nam się obywateli, że hej! Bo i na logikę – jak nie ma telewizora czy kina, a na dworze ziąb i zomowiec (cholera wie, co bardziej zabójcze), to ile można gadać o walce klas? Zatem coś musi być do bani z tą demografią w kontekście kryzysu.”
    a potem:
    „Zaś biedni i bezrobotni ludzie nie płodzą dzieci, bo w przeciwieństwie do rządu mają rozum i poczucie odpowiedzialności”
    No to jak w końcu, za Jaruzela ludziom chciało się kopcić bo żyło się im dostatnio, a Polska się rozwijała ?
    No a teraz z tych samych powodów, to im się odwróciło?
    Ja to myślę, że wszystkie te bałamutki o ekonomii, światowych mechanizmach, rynkach etc. to taka sama brednia jak ta o tzw. kapitaliźmie i wolnym rynku. Ani jedno, ani drugie nigdy i nigdzie (chyba, że incydentalnie) nie zaistniało. Rozumię szlachetnie pobudki dążących do ideału, ale wypadałoby wreszcie stanąć mocno na gruncie realizmu towarzysze, a bajki o żelaznym wilku opowiadać w przedszkolach.

Comments are closed.