Haki, teczki, kwity, kompromaty… Od czasów pamiętnej „czarnej teczki” Stanisława Tymińskiego w 1990 r. stały się nieodzownym elementem życia publicznego w Polsce. Co i rusz pojawiają się w różnych przepychankach o „stołki” u „żłobu”, raz stanowiąc „zagrożenie dla demokracji i naruszenie jej standardów”, kiedy indziej znów „poważne wątpliwości, które trzeba wyjaśnić”. Rzecz jasna zależnie od tego, kto i na kogo ma „haka” a polityczni i prasowi komentatorzy wygłaszają przerażająco prymitywne tyrady o moralnych aspektach posługiwania się w polityce hakami. Zadziwiająco zgodnie pomijają przy tym kilka zasadniczych aspektów.
Po pierwsze istnienie „haków” jest wynikiem konkretnych działań ludzkich. Zatem to sprawca, nie zaś ten kto znalazł, jest głównym odpowiedzialnym. Zajmowanie wysokiego stanowiska publicznego bynajmniej nie zwalnia od odpowiedzialności za własne czyny. Dotyczy to zarówno osób, które dopuściły się czynów stających się „hakami” jak i tych, które ewentualnie usiłowałyby takiego „haka” spreparować. Po wtóre istnienie „polityki hakowej” jest w prostej linii konsekwencją ustroju i tworzonego prawa. Jest rezultatem dążenia do ustanowienia pełnej inwigilacji i kontroli życia społeczeństwa (videRafał A. Ziemkiewicz, Ratujmy dzieci). Skoro władza kontroluje wszystkich i wszystko, to nic dziwnego, że tworzą się różne podejrzane związki świata polityki i biznesu a zjawisko „republiki kolesi” występuje na każdym szczeblu administracji publicznej.
Po trzecie wreszcie „polityka hakowa” jest rezultatem zaniechania procesów lustracji, dekomunizacji i deubekizacji po tzw. upadku komunizmu. Przeciwnicy tejże polityki starają się zapomnieć, że spora część naszych „elit” politycznych oraz biznesowych swój sukces zawdzięcza właśnie działalności jeszcze w okresie PRL – u. Co prawda nie wolno potępiać wszystkich w czambuł, ale zapewne część postaw dzisiejszych „elit” z tamtego okresu mogłaby budzić zastrzeżenia.
Na koniec warto wreszcie zwrócić uwagę na fakt, że skoro „haki” istnieją, to ktoś o nich wcześniej czy później się dowie. Pytanie o to kto i jak wykorzysta swą wiedzę staje się kluczowe dla kwestii. Jeden może wykorzystać „haki” w walce politycznej, inny zaś może doprowadzić kraj do ruiny. Zatem nie tyle zbieranie „haków”, czyli de facto wiedzy o nieuczciwości i nierzetelności urzędników administracji publicznej, stanowi zagrożenie dla państwa, ile raczej zaniechanie tego typu działań. Poza tym warto też przypomnieć, że w ciągle jeszcze nie zdelegalizowanej Konstytucji RP jest zapis o „jawności życia publicznego”. Czyżby miał on pozostać pustym frazesem?
Michał Nawrocki

1 KOMENTARZ

  1. Nie bardzo rozumiem o czym właściwie jest ten tekst. To znaczy, że co?
    Tymiński był biczem na „okrągły stół” i być może gdyby został prezydentem nasze losy potoczyłby się inaczej. Jego kandydowaniu towarzyszyła wojna propagandowa na skale dotąd nie spotykaną. ONI naprawdę się przestraszyli. Jego teczka to był niezły chwyt, bo każdy potencjalny przeciwnik wyobrażał sobie, że może być tam coś na niego. Gość demaskował obłudę. A jak przyszło co do czego to wyciągnęli mu że bił żonę (co podobno było nieprawdą), jakby jej nie bił to pewnie udowodniliby że znęca się nad kotem…
    Polityka teczkowa świadczy tylko o hipokryzji naszego życia publicznego (bo nikt nie jest bez winy), a utrzymywanie tematu lustracji w zawieszeniu stwarza tylko możliwość dalszego grania zgromadzonymi materiałami. Piętnowanie agentury a nie samych SBków powoduje, że ci nieszczęśnicy nadal są dyspozycyjni, czyli „haki” są dalej coś warte.
    Polityka hakowa jest wszędzie. Gdy objawi się w stanach jakiś nowy kandydat na prezydenta, natychmiast armia ludzi szuka w jego przeszłości kompromitujących faktów. Tylko u nas krwawą SBckie teczki. To taka kwawiąza rana. Ale nie jedyna. Nikt dotychczas komuny nie rozliczył i się na to nie zanosi. Stare twa i trwać będzie, a my piszmy dalej teksty nie wiadomo o czym.

Comments are closed.