W Ameryce gospodarka na pysk leci na skutek debilizmu w tamtejszych bankach, a mi się nawet nie chce o tym pisać. W ogóle nic mi się ostatnio nie chce. Wszyscy wiemy dlaczego. Od czasu do czasu się tylko coś człowiekowi we łbie pokołacze, ale co z tego jak i tak paluszki odmawiają posłuszeństwa.

Ale co tam Ameryka i ich kryzys finansowy. Swoją drogą, to nie do pomyślenia aby w ojczyźnie liberalizmu banki nacjonalizować. Za chwilę ktoś wpadnie na pomysł aby nazwę USA zmienić na ZSRAP: Związek Socjalistycznych Republik Ameryki Północnej. Kryzys i tak jak ta lala, ludziom się we łbach poprzewracało od tego dobrobytu. Oj będzie bolało, bo musi boleć. A mówiła mama, że lepiej coś sobie odmówić niż kredyt brać?

Ale ja się nie dziwię. Po moich ostatnich niesamowitych perypetiach z bankiem to aż dziw, że walnęło dopiero teraz i to w Stanach. Globalna gospodarka jest jak kostki domina i może to ja jak Franek Dolas rozpętałem tę wojnę?

Ale po kolei…

Jakiś czas temu moje kierownictwo uznało, że muszę pilnie jechać do Krakowa w delegację. Sprawa była prestiżowa, decyzja w ostatniej chwili a transportu nie uświadczysz. Więc podjęto decyzję: Jedź prywatnym samochodem. No dobra, musiałem przełamać jakoś swą wrodzoną niechęć do podróżowania, która w połączeniu z mym totalnym brakiem orientacji w przestrzeni mogła przyczynić się do jakiegoś nieszczęścia. A nic to: służba nie drużba. Po powrocie rozliczyłem delegację, co nie jest proste ani szybkie, o nie. W każdym razie parę groszy na przysłowiowy „kieliszek chleba” miało przyjść na konto i nie przychodziło.

Zacząłem badać sprawę. Koleżanki od delegacji bijąc się w piersi twierdziły, że przelały. No jak tu niewiastom nie wierzyć, ale na koncie jak nic nie było, tak nic nie ma. W końcu okazało się, że pieniądze z mojej delegacji zostały przelane na nieistniejące od czterech lat konto w istniejącym jeszcze banku. Obłęd! Umowa została rozwiązania 4 lata wcześniej, a bank mimo to pieniądze przyjmował nie informując mnie o tym.

Poleje się krew! Idę do banku.

Podejście pierwsze…

Podchodzę do okienka tłumaczę jaka sprawa. Z drugiej strony konsternacja i głębokie oddechy i wcale nie dlatego, że jestem przystojny. Pokazuję przelewy. Gdzie moje pieniądze? – pytam. Porozumiewawcza wymiana spojrzeń między kobietami za ladą. Nagle ulga: Pan otwierał rachunek nie w naszym oddziale. No fakt. Odetchnęły w ulgą. Ale i tak było warto. Dowiedziałem się, że kasa nie zginęła.

Podejście drugie…

Idę za ciosem. Trafiam do właściwego oddziału. Pani po zapoznaniu się ze sprawą informuje mnie, że to nie ich wina (a wcale nie pytałem kto jest winien), że jak się likwiduje konto to trzeba przestać podawać stary jego numer. Odpowiedziałem, że ludzie czasami się przeprowadzają i zdarza się, że korespondencja trafia na stary adres i że nie jest raczej używana jako papier toaletowy lecz trafia do adresata. Kobieta była inteligentna: argument trafił. Jednak próbowała dalej się bronić, a jak wiadomo najlepszą obroną jest atak, więc atakowała.

– A to co był Pan za granicą, że nie wiedział pan, że brakuje panu pieniędzy? Chciałem zapytać ją o jej ewentualne SBckie korzenie, bo tego typu podejście charakteryzowało kiedyś kto miał lub ma wybitnych przodowników doświadczonych w pracy operacyjnej i być może to rodzinna tradycja, ale dałem spokój. Z wymuszonym uśmiechem zapytałem tylko grzecznie: A co to Panią obchodzi? Była naprawdę inteligentna, bo argument też trafił. Jednak nie spoczęła. Stwierdziła, że konto winno być zamknięte. Ale były na nim pieniądze, więc nie mogli go zlikwidować, dlatego nie trafiały z powrotem do adresata.

– Czyli, że można być trochę w ciąży? – odparłem. Nastąpiły potem filozoficzne dywagacje z których zrozumiałem, że między likwidacją a nie likwidacją konta jest tajemny stan przejściowy, w którym znalazło się moje konto. Nie kupiłem tego i przystąpiłem do kontrataku.

– Czyje są pieniądze na istniejącym – nie istniejącym koncie? – zapytałem

– Oczywiście Pana! – odparła spryciula.

– Więc po pierwsze żądam wypłaty, po drugie może wszystko byłoby o.k. ale jeśli kasa jest moja to mam prawo wiedzieć, że w ogóle jest. Jest coś takiego jak poczta i telefony… – Po czym nadmieniłem, coś o podejrzeniu popełnienia przestępstwa wyłudzenia i że jest w Komedzie Wojewódzkiej Policji taki wydział do walki z przestępczością gospodarczą. Po tych słowach sprawy nabrały gwałtownego przyspieszania, a stosunek Pań (już Pań, jakoś w międzyczasie się rozmnożyły i nawet szepcząc coś do ucha „prowajderce” pośrednio uczestniczyły w dyskusji) za pulpitem w stosunku do mojej osoby zmienił się radykalnie. Szybkie telefony, faksik nie wiadomo gdzie, dowcipy w rodzaju: że uzbierała się okrągła sumka i że jak bym składał do skarpety to nigdy bym tyle nie uciułał…… Po czym w mgnieniu oka dostałem kwit do kasy i czym prędzej opuściłem placówkę z przyrzeczeniem, że nigdy tam już nie wrócę.

Okazało się, że dostałem od byłego, byłego szefa jakąś nagrodę – nawet nie wiem za co. Jednak nie był takim draniem za jakiego go miałem.

Dowiedziałem się też, że tego rodzaju działania banków to normalka. Na takich klientów jak ja mówi się podobno „martwe dusze”. Patologia i tyle. Przed zarządem banku zawsze można pokazać dane, że wcale tylu klientów nie rezygnuje z ich usług jak się wydaje, bo jak wiadomo liczby nie kłamią.

No i jak to miało nie walnąć? Oczywiście, że kryzys finansowy to nie jest, ale jeśli takich jak ja przemnożyć razy milion? Jedno jest pewne: „macie tam niezły burdel siostry”.

Kryzys będzie i będzie boleć, ale co tam. Biedni i tak będą biedni, a bogaci może trochę zbiednieją. Prawie dwadzieścia lat temu jeden mądrala opowiadał brednie o końcu historii. Jak historia ma się skończyć to ludzie przestaliby pisać. „Życie stawia przed nami wile niespodzianek” – jak powiedział w „Misiu” jeden funkcjonariusz do drugiego.

Adam Kalicki

Blog Autora: http://kolatka.blogspot.com

2 KOMENTARZE

  1. „Nastąpiły potem filozoficzne dywagacje z których zrozumiałem, że między likwidacją a nie likwidacją konta jest tajemny stan przejściowy, w którym znalazło się moje konto. Nie kupiłem tego i przystąpiłem do kontrataku.”
    i jak tu nie kochać banków 🙂
    a ja pożyczając 200 muszę oddać 300. Nie wiem, jakim cudem bank nałożył mi taką lichwę i dlaczego, skoro w umowach i innych papierach nic o tym nie było, że wykorzystanie maksymalnego ujemnego salda (-200) spowoduje 50% lichwę. Ot, mały kredycik, a jak się obławiają sukinkoty.

  2. Nie napisałem jeszcze o tym, że właściwie to należały mi się odsetki za CZTERY LATA przetrzymywania moich pieniędzy. Ale dyskusja na ten temat była bez sensu, bo przecież rozwiązałem z nimi umowę… Moralność Kalego.
    To się nazywa podobno w bankowym żargonie: „na martwą duszę” 🙂
    Jak widać czasami dobrze jest pojechać do Krakowa

Comments are closed.