Jako niezależny, tzw. mały wydawca (ale wydający książki wyłącznie za własne środki, a nie np. za uzyskane z dotacji przyznawanych przez MKiDN), właściciel Wydawnictwa Prohibita i księgarni zarówno internetowej Multibook.pl, jak i stacjonarnej na warszawskim Żoliborzu przy ul. Dymińskiej 4, jestem stanowczo PRZECIWNY pomysłowi, jakim jest projekt ustawy o tzw. stałej cenie książek.

Moja księgarnia tak stacjonarna, notabene bez żadnych przywilejów lokalowych ze strony podmiotu wynajmującego, jak i internetowa radzi sobie bez ustawy i bez żadnych stałych cen. Ustawa jest napisana i lobbowana przez dużych dla dużych i stojący za nią wycierają sobie wyłącznie przysłowiową gębę rzekomą troską o małe i niezależne księgarnie.

Jeśli chodzi o meritum sprawy to warto zauważyć, że w największej sieci sprzedaży stacjonarnej w Polsce, czyli w empikach cena i tak jest zawsze okładkowa. W matrasie, który nie płaci takim wydawcom jak ja od niemal roku, również. W czym więc tkwi problem z ceną? W tym, że te dwa molochy plus kilka innych firm zaczęło tracić swoją pozycję na rynku księgarskim. Nie radzą sobie w konkurencji z działającymi szybciej, lepiej i taniej firmami, więc idą do Ministra i mówią: „trzeba ratować książki, bo książka to dobro kultury”, „książka nie może być sprzedawana w internetach”, czy „bylegdzie”, i trzeba zakazać sprzedawania taniej. O to chodzi, Panie Ministrze w tej ustawie! Wykosić małych, którzy zaczęli nie być wcale tacy mali. Którzy zaczynali często jak ja, niemal od zera, od prowadzenia firmy w garażu i w piwnicy. To im, największym sieciom spada sprzedaż, a dzięki takim firmom jak moja, czytelnictwo jeszcze w jakikolwiek sposób funkcjonuje.

Co do samych rabatów w dniu premiery książek: dlaczego książki są sprzedawane z rabatem 30% na pniu? Przecież żadna księgarnia nie sprzedaje towaru ze stratą – to chyba oczywiste? Otóż rabaty takie są dlatego, że wydawcy sprzedają książki z dużo większym rabatem. A dlaczego sprzedają? Bo takie wielkie rabaty wymusił nie kto inny, jak właśnie te wielkie sieci, które dziś lobbują za tą ustawą. Wstawić do Matrasu książki – rabat minimum 50%! I jeszcze wydawca musi samemu wstawić swój tytuł na ich stronę internetową! Książka ma być widoczna? Jeszcze większe rabaty, sięgające nawet 70%. To właśnie te sieci zepsuły rynek, ale lobbyści nie wspominają nic o tym w ustawie, nic nie wspominają o tym, aby ustalić w niej np. maksymalne rabaty dla sieci, hurtowni czy księgarń, żeby w ten sposób ratować honoraria autorskie i dochody wydawców, którzy wydając książkę ryzykują najwięcej. To już im nie pasuje, bo uderzałoby bezpośrednio w ich interesy. A rachunek jest prosty: wydawca sprzedaje książkę z 50% rabatem zarówno wielkiej sieci, jak i nawet mniejszej księgarni internetowej. Ale sieć płaci po 7-8 miesiącach, jak dobrze pójdzie i w ogóle zapłaci, a mały podmiot płaci regularnie. A czy sprzeda książkę z marżą 25 czy 35% to już wydawcy nie interesuje. Wystarczy więc dosłownie chwila, aby zrozumieć, jaki jest podstęp i co tak naprawdę kryje się za tzw. stałą ceną książki. Podawanie przez lobbystów projektu pozytywnych przykładów państw, w których podobne regulacje istnieją nie mają absolutnie żadnego porównania z Polską, gdzie statystyczny Polak nie czyta rocznie nawet nie jednej, ale choćby połowy książki.

Wreszcie ostatni argument zwolenników ustawy, że dzięki temu księgarnie nie znikną z małych miast. Ale właśnie sprzedaż internetowa książek spowodowała swego rodzaju wyrównanie szans czytelniczych między mieszkańcami dużych miast z wielkimi sieciami księgarskimi, a małymi miasteczkami i wsiami. Dzięki temu, że czytelnicy kupują taniej w internecie dopłacając koszt wysyłki tak naprawdę każdą książkę mają na wyciągnięcie dłoni. Nie muszą jechać kilkadziesiąt kilometrów do najbliższego empiku, żeby ją kupić. Sprzedaż internetowa trafia zatem do tych zakątków kraju do których nigdy nie trafi żadna stacjonarna księgarnia. Tak już jest, w takim kierunku zmienia się świat i zaklinanie tej rzeczywistości przez ustawę jest działaniem antyczytelniczym.
 
Żadna z dominujących firm na rynku nie myśli o książkach, nikt z nich nie myśli o czytelnictwie, ani o czytelnikach, tylko myśli wyłącznie o własnym interesie, co jest skądinąd zrozumiałe, ale jeśli po coś w ogóle powinno istnieć ministerstwo to właśnie po to, aby szanse konkurencji mieli wszyscy, a nie tylko wybrane podmioty. W interesie największych graczy rynku ustawa jest korzystna, więc za nią lobbują – mijając się niestety z prawdą – pisząc, że ustawa jest ratunkiem dla niezależnych księgarń. MKiDN, które z definicji powinno troszczyć się o tych ostatnich, czyli czytelników, powinno zależeć, żeby ludzie w ogóle chcieli czytać książki. A ludzie jeszcze cokolwiek czytają, bo mogą kupić je taniej niż w wielkich sieciach. Przyzwyczaili się do promocji, a żadna ustawa nie zmieni ludzkich nawyków. Może co najwyżej ich zniechęcić do kupowania książek. Czy o to chodzi? Czytelnicy mają w dzisiejszym świecie tyle alternatywnych form spędzania wolnego czasu, że szybko mogą zapomnieć o książkach.

Ekonomia jest nauką b. prostą i wystarczy poczytać Frédérica Bastiata „Co widać i czego nie widać”, żeby zrozumieć jej podstawy. Jeśli wprowadzenie stałej ceny byłoby korzystne dla książek, należałoby ją wprowadzić w innych obszarach. Z punktu widzenia ekonomicznego książka – wbrew temu co twierdzą lobbyści stojący za ustawą – jest bowiem takim samym dobrem jak telewizor, torebka czy bombonierka. Stała cena telewizorów to absurd, prawda? Stała cena bombonierek to niedorzeczność? No właśnie. Niech zatem Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego nie idzie tą drogą w przypadku książek, co zresztą będzie niczym innym jak powrotem do systemu gospodarczego, z którego z takim trudem wyzwoliliśmy się w 1989 roku.

Premierowi, Ministrowi, Profesorowi Piotrowi Glińskiemu proponuję więc jak najszybciej lobbystów, zwanych dla zmylenia opinii publicznej obrońcami niezależnych księgarń, wyprosić z ministerstwa i zaproponować im uczciwą rywalizację, a nie podstępny zamach na niezależne księgarnie i niezależnych wydawców.

Jeśli minister Gliński chciałby naprawdę pomóc w ratowaniu czytelnictwa w Polsce proponuję zacząć od zdecydowanie mniej kontrowersyjnych i dużo prostszych posunięć:

1. Likwidacji VAT-u na książki (proszę nie mówić, że Unia Europejska nie pozwala, bo póki co Zjednoczone Królestwo jest jeszcze w Unii, podobnie jak i Republika Irlandii i VAT na książki wynosi tam 0%, czyli jednak można mieć zerową stawkę). Dochody budżetu państwa z tytułu VAT-u na książki są chyba mniejsze niż dotacje przyznawane przez Ministra na książki, po które najczęściej i tak nikt nie chce sięgać, skoro duża ich część szybciej niż 12 miesięcy od momentu wydania ląduje w tzw. składach tanich książek.

2. Zlikwidować VAT na ebooki lub przynajmniej obniżyć go do wysokości papierowych książek. Podobno wicepremier Morawiecki chce budować Polskę w oparciu o nowe technologie, więc…

Z wyrazami należytego szacunku,

Paweł Toboła-Pertkiewicz

Właściciel wydawnictwa Prohibita (www.prohibita.pl)
Właściciel niezależnej księgarni (www.multibook.pl)

Foto.: pixabay.com

3 KOMENTARZE

  1. Już wiek, gdzie od tej pory bedę kupowac książki – u Pana Pawała.
    A w empiku nigdy! Zawsze mają drogo!

  2. Ja też obiecuję Ci Pawle, że już nigdy więcej nie kupię nic w EMPIKU.

  3. Gdzieś czytałam list tych wydawców, którzy zjechali ustawę od góry do dołu i są jej przeciwni. Do tego dali swoje lepsze pomysły na uzdrowienie polskiego rynku książki.

Comments are closed.