W minionym tygodniu rozpoczęły się wakacje dla ponad 6 milionów dzieci i młodzieży. Jak co roku, część z nich niestety nie pojedzie na wakacje. Fakt ten niepokoi polityków zarówno z rządu, jak i sejmu, co jednak nie przeszkodziło im dołożyć swoich kilku groszy do przyczynienia się do tego stanu rzeczy.
Media już od przeszło miesiąca donoszą, że kilkaset tysięcy uczniów będzie zmuszonych pozostać w miejscach swego zamieszkania przez całe wakacje. Jedyne co im pozostanie to rozrywka w ramach programów „Lato w mieście”.
Rząd zaniepokojony tą sytuacją obiecuje wprawdzie, że dzieci z najbiedniejszych rodzin dostaną dofinansowanie do wyjazdu na kolonie i obozy, ale naturalnie nie dla wszystkich ta pomoc starczy. Starczyć oczywiście nie może, gdyż nie ma tylu pieniędzy, aby pokryć koszty zakwaterowania, wyżywienia i przejazdu.
Wśród tylu zdań na temat pomocy dla młodzieży, która jest przecież nadzieją całej Europy, zapomniano jakby o jednym. Mianowicie o tym, że kilka miesięcy przed wakacjami znowelizowano ustawę o usługach turystycznych, która usługi te zwyczajnie podrożyła.
Ustawa wprowadziła m.in. zastrzeżenie dla ośmiu nazw związanych z branżą turystyczną. Chodzi o hotel, motel, pensjonat, dom wycieczkowy, schronisko młodzieżowe i pole biwakowe. Od wejścia w życie ustawy, prowadzący dotychczas hotele muszą spełniać o wiele bardziej drastyczne wymogi. Aby uzyskać zgodę na używanie nazwy np. hotel III kategorii, przedsiębiorca musi uzyskać akceptację od Państwowej Inspekcji Sanitarnej i Urzędu Wojewódzkiego. Jeśli jej nie zdobędzie, wówczas szyld z napisem „hotel” musi zdjąć.
Oczywiście wszystkie zmiany wprowadzone w ustawie mają uszczęśliwić turystów. Według pomysłodawców do tej pory często miały miejsce sytuacje, w których gościom wydawało się, że jadą do wysokiej klasy hotelu, a trafiali do straszliwych warunków sanitarnych.
Wśród głosów zadowolenia z powodu ustawy, nikt jednak nie mówi, że uzyskanie pozwolenia na poszczególne nazwy wiąże się z dodatkowymi kosztami dla hotelarzy. A przecież koszty dostosowania się do wymogów stawianych przez przepisy odbiją się oczywiście na nas, czyli tych, którzy udają się na urlopy. Ten fakt widać jednak mało kogo interesuje.
Polacy to jednak naród pomysłowy i branża turystyczna już znalazła sposób na wyjście z kłopotliwej dla wszystkich sytuacji. Słusznie zauważył kiedyś Alexis de Tocqueville, że im większa jest liczba przepisów państwowych, tym jeszcze większa jest liczba sposobów na ich obejście i uniknięcie. Tak jest również w przypadku ustawy o usługach turystycznych.
Prowadzący niewielkie pensjonaty górale wpadli już na pomysł, aby zmienić szyldy swoich hoteli na hoteliki, a moteli na moteliki. Na te ostatnie nazwy żadnych pozwoleń mieć nie trzeba.
Kategoryzacja usług turystycznych ma ponoć dostosować nasze prawo do prawa obowiązującego w Unii. Nie obchodzi klasy politycznej, że ledwo wiążące koniec z końcem społeczeństwo nie ma pieniędzy na to, aby wysłać dzieci na wakacje. Ważniejsze jest to, aby szybciej zamknąć kolejny obszar „negocjacji”, niż to, aby dać choć trochę świeżego oddechu obywatelom podczas dwutygodniowych urlopów.
Aby jednak nie dać się zwariować jedźmy na wakacje do motelików i hotelików, aby odpocząć od naszych głupich, pardon, głupiutkich ustawodawców.
Paweł Toboła-Pertkiewicz
prawicarazem@wp.pl