Kilka tygodni temu mogliśmy przeczytać krótką notkę autorstwa Witolda Świrskiego, który pod hasłem manifestu anarchistycznego zaproponował nam wprowadzenie w życie pełnej wolnorynkowej ideologii, w której nie ma miejsca dla chociażby skrawka państwa.
Jakby to powiedzieć i odpowiednio nastraszyć Czytelnika… Witold Świrski chce nam odebrać wszystko, co dzisiaj mamy. Lekarze bez dyplomów? Co drugi dentysta będzie nam na złość wyrywał zęby, jeśli nie będzie wymagana od niego licencja. Likwidacja podatków? A z czego utrzyma się dobra publiczne, których rynek nie jest w stanie zaspokoić? Prywatyzacja kultury? Po to, żeby wszystko zostało skomercjalizowane? Rezygnacja z ochrony środowiska? Żeby nas dymy zadusiły? Czy Witold Świrski nie widzi, że najczystsze środowisko jest w krajach postkomunistycznych – ten owoc zawdzięczamy opiece państwa, a nie jakiejś tam niewidzialnej burżuazyjnej ręce.
Każdy ma móc nosić broń? Po to, żeby nas zmienić w dziki zachód, gdzie każdy tylko czyha na to, aby kogoś odstrzelić? A kto ustanawiałby prawo? Co z policja i sądami, które się tak nami opiekują? Przecież w momencie likwidacji państwa każdy będzie mógł wejść do mojego domu, bezkarnie mnie okraść, zrabować, zabić. Tak przynajmniej jest zawsze gotowa do działań policja. Są niezawiśli sędziowie, którzy chronią biednych poszkodowanych obywateli przed przestępcami. Wolność obrotu narkotykami? A co z uzależnionymi? Mamy pozwolić im umrzeć? A co z tymi, co „po prochach” dopuszczają się przestępstw? Kto za to będzie odpowiadał? Przecież rząd USA zrobił tak wiele walcząc z mafią. Jak rozwiążemy problem pornografii? Co z aborcją i prawami zwierząt? Zlikwidować budżet i Bank Centralny? A co z prowadzeniem rozsądnej polityki gospodarczej? A co z rozwojem? Przecież do rozwoju potrzebna jest stabilność, kontrola, centralizacja, sterowanie rynkiem pieniężnym oraz prowadzona przez wykwalifikowanych do tego makroekonomistów polityka fiskalna. Złoto ma znowu być pieniądzem? Mamy się cofnąć do średniowiecza i pozwolić na to, żeby jakiś barbarzyński relikt rządził naszym światem? A prawa autorskie?
Poglądy Witolda Świrskiego należą do rzadkości nawet wśród środowisk wolnorynkowych. Stanowią one prawdziwe wyzwanie dla tzw. „zwolenników państwa minimum”. Ci ostatni stają zawsze w zakłopotaniu, kiedy pyta się ich o wprowadzenie konsekwentnego anarcho-kapitalizmu. Standardowy argument wolnościowca to powiedzenie „podatki to kradzież”. Zgadza się – jeśli wyjdziemy od Locka, tego, do którego odwołuje się każdy wolnościowiec, to dojdziemy do takiej konkluzji. Zasady samoposiadania (wolność) oraz pierwotnego zawłaszczenia (własność) organizują ład społeczny i zapewniają spontaniczny rozwój. Jaki zwolennik państwa minimum uznając takie założenia, może opowiedzieć się za tzw. „państwem minimum”? I czym ono tak naprawdę jest? Nikt nie jest w stanie podać satysfakcjonującej definicji, która wyznacza konkretną granicę interwencji państwa. Ale nawet jeśli, to przecież nadal każdy podatek to kradzież. Nie wolno nikomu konfiskować czyjejś własności, do czasu aż ta osoba nie wyrządzi komuś krzywdy (sankcja). W związku z tym tworzenie armii finansowanej z obowiązkowego podatku pogłównego logicznie rzecz biorąc jest kradzieżą (prewencja). Każdy powinien mieć prawo odstąpienia od uczestnictwa w takim państwie, a jego prawa nie mogą zostać naruszone do momentu, gdy sam spowoduje czyjąś krzywdę.
Twierdzenie, że państwo minimum powołuje się do ochrony własności jest zaprzeczeniem prawa własności jako prawa naturalnego. Jeśli najpierw jest państwo, to nie ma prawa naturalnego, ponieważ to jest stawiane poniżej instytucji państwa, ze wskazaniem wręcz, że to państwo daje nam własność – niedawno czytałem takie dziwaczne dywagacje jednego z autorów w „Bez dogmatu”. Ciekawe, czy pisałby to samo, gdyby jakiś urzędnik skonfiskował jego mieszkanie.
Sam Lock był niekonsekwentny i opowiadał się za państwem minimum, które ma się tą własnością i wolnością opiekować. Jednakże pojawiło się w historii myśli kilku takich szaleńców, którzy wysuwali tezy tak śmiałe jak Witold Świrski. Był Edmund Burke, nazywany przez niektórych ojcem konserwatyzmu, chociaż z pewnej perspektywy był on pierwszym anarcho-kapitalistą. Był Henry Thoreau, który zawsze był gotów demonstrować swoje obywatelskie nieposłuszeństwo. Były ofiary, Lysaland Spooner, który wypowiedział wojnę monopolowi pocztowemu w USA, Karl Hess, założyciel Partii Libertariańskiej w USA, który uznał, że podatków płacić nie będzie, przez co stracił swój cały majątek. Był wreszcie wymieniany przeze mnie w tytule Albert Nock, należący do ruchu paleokonserwatywnego. No i największy w całej historii wolnościowiec Murray Rothbard, który stworzył najbardziej spójny ideologicznie system.
Chciałem zwrócić uwagę na Nocka. Nie jest to anarchista, podobnie jak Witold Świrski nie jest sensu stricte anarchistą. Anarchia to brak władzy. Anarchia to nieład i bałagan. An Arche. Witold Świrski zaś opowiada się za władzą, ale nie władzą państwową, lecz władzą społeczną – muszę przyznać, że ciągle jestem pod wrażeniem rozróżnienia przez Nocka dwóch typów władz.
Zwolennicy państwa minimum zamieniają się w etatystów, kiedy stają przed problemem: konsekwencja czy nie? Zaczynają bronić się argumentami emocjonalnymi, czy etatystycznymi. W sam problem wpadł nawet Robert Nozick, którego dzisiaj krytykują libertarianie za usprawiedliwianie państwa. Problem jest jasny – zwolennicy państwa minimum nie są tak naprawdę jego zwolennikami. Oni przyjmują tę koncepcję a’priori – ona nie podlega dyskusji. Z nią się nie polemizuje – państwo ma chronić własność i wolność. Koniec kropka. Ale jak to pogodzić z prawami naturalnymi?
Kolejny problem przed jakim stają zwolennicy państwa minimum to kwestia rozrostu. Pomińmy etyczne uzasadnienie takiego państwa (które siłą rzeczy musi się minąć z czystymi koncepcjami Locka), dajmy sobie spokój z definicją (jak długie mają być te ramiona Lewiatana). Nie mówmy także o teorii regresji, czyli przyglądaniu się, jak takie państwo ma się z teoretycznego punktu widzenia rozwinąć i jak się rozwijało patrząc na praktykę (na bieżąco: Murray Rothbard stwierdza jednoznacznie, że państwo to niesamowicie sprawnie zorganizowana grupa przestępcza, która poprzez znakomicie skoordynowane działania okrada, morduje i to często bez konsekwencji). Pytanie jest innego rodzaju: jeśli mamy państwo minimum i ktoś nim steruje, to jak możemy spokojnie siedzieć, patrzeć na tę sytuację i naiwnie wierzyć, że to nie zostanie wykorzystane przez władzę do poszerzenia swoich kompetencji?
Parafrazując Thomas Jefferson w trakcie prac nad konstytucją powiedział: tworzymy ten rząd tylko i wyłącznie po to, aby chronić własność i życie. No i co? Pstro, chciałoby się prymitywnie powiedzieć, Panie Tomaszu. Swoją drogą jak można dawać instytucjonalny monopol na kradzież jednej organizacji, która ma przed tą kradzieżą chronić? To tak jakby jeden piekarz dostawał pełnię władzy nad innymi piekarzami (licencje, koncesje), aby chronić konsumenta. To tak jakby chcieć nacjonalizować własność po to, żeby nie było kradzieży. Czy zdajemy sobie sprawę z naiwności w wierzeniu, że władza nie wykorzysta swojego monopolu? To jak friedmanowskie wierzenie w to, że państwo może drukować ograniczone ilości pieniądza nie powodując inflacji (Milton Friedman opowiada się za pozostawieniem monopolu państwowego na emisję pieniądza; krytykuje klasyczny wolnorynkowy standard złota).
Historycznie rzecz biorąc państwo to sprawnie zorganizowana mafia. Państwo niszczy środowisko naturalne i powoduje ogromne marnotrawstwo bogactwa naturalnych naszej kochanej ziemi (znowu kraje komunistyczne). Państwo niszczy lasy i zwierzęta (Afryka, USA, najwięcej lasów wycina właśnie państwo). Państwo hamuje poprawę dobrobytu nakładając podatki, utrudnia akumulację kapitału. Niektórzy twierdzą, że postęp bierze się z techniki czy też wiedzy. Tymczasem jeśli nie będzie kapitału, to wprowadzenie nowej techniki w życie nie będzie możliwe. Nowe technologie można ofiarować społeczeństwom tylko poprzez oszczędności/inwestycje. Dlaczego największy postęp techniczny to okres kapitalizmu? Czysty przypadek?
Państwo jest także źródłem wojen. Jakoś ludzie nie biją się na szczeblach lokalnych między sobą, tak jak to robią państwa, jak zatem można uznać, że państwo broni porządku?
Państwo jest również głównym źródłem powstawania mafii. Mafia powstaje tam, gdzie szara strefa nie nadąża (bo za bardzo ją gnębi rząd). Na miejsce szarego wkracza czarne – czyli zorganizowana grupa przestępcza, która przynajmniej w przeciwieństwie do państwa nie jest bezkarna. Mafia utrzymuje się przede wszystkim z narkotycznego biznesu, który ma prawie takie udziały w produkcji globalnej jak przemysł samochodowy. Mafia bierze się z przemytów, które są skutkami granic ustalanych przez państwo.
No, ale czy możliwe jest wprowadzenie świata anarchokapitalistycznego? Czy nadejdzie kiedyś Dzień Witolda Świrskiego? Dzień o którym marzyło wielu i wielu marzyć będzie? Ja chciałbym chociaż doczekać debaty między zwolennikami państwa minimum a anarcho-kapitalistami, kiedy już nie będzie państwowego molocha, a zostanie to nozickowskie państwo. Sam zastrzegam, że nie ujawniam tutaj swoich osobistych poglądów, a dzielę się refleksjami na temat anarcho-kapitalizmu.
Tymczasem dzisiaj, póki co, wszyscy, i anarcho i nozicko-kapitaliści jesteśmy skazani na porażkę. Szanse niewielkie. Jednak wcale nie należy się poddawać. To nie byłoby rozsądne posunięcie; trzeba nieść pochodnię prawdy. Wychodząc raz jeszcze od tej kradzieży: każde podatki to kradzież. Tego nie stwierdza sąd, który jest dzisiaj po to, żeby w wielu przypadkach tę kradzież legitymizować (przypomnijmy sobie ostatnią ustawę podatkową: budżety rodzin są mniej ważne niż budżet państwa). Coś jest kradzieżą lub nie, niezależnie od tego, czy tak zadecyduje sąd. Co zatem należy zrobić, żeby ludziom wytłumaczyć, że podatki są złe? Albo zadajmy pytanie tak, żeby znaleźć w nim odpowiedź. Co trzeba zrobić, żeby wytłumaczyć ludziom, że kradzież jest zła? Jeśli wytłumaczymy ludziom, że kradzież to zło, definiując kradzież jako kradzież (dzisiaj kradzież to kradzież z wyjątkiem kradzieży, jakiej dopuszczają się państwowe instytucje), to będziemy blisko społeczeństwa. Naturalnego społeczeństwa, o jakim pisał Edmund Burke w Vindication of natural society.
Mateusz Machaj
(publikacja – 2002 rok)

1 KOMENTARZ

  1. Podatki nie są żadną kradzieżą tylko opłatą za korzystanie z dróg których właścicielem jest król.
    Czy pobranie opłaty za przejazd taksówka przez nie jej właściela ale złodzieja, nazwiemy kradzieżą ???
    Grzegorz

Comments are closed.