Olaboga, tu leją tuleję!

Nie wiedząc nic wcześniej o I. Tulei (20 lat temu), zauważyłem od razu, że jest to osoba… nie zanadto rozgarnięta (żeby nie powiedzieć dosadniej)! Obecnie – z perspektywy 20 lat – dodam, że takie osobniki są szczególnie groźne dla „wymiaru sprawiedliwości”

0
Foto. nadesłane przez autora artykułu

Niezłomny rycerz praworządności w Polsce! Ikona sprawiedliwości i prominentny „zagończyk” walki z jej gwałceniem! Aplikant na męczennika opresyjnego reżimu PiS-owskiego, a co za tym idzie – kandydat do wyniesienia na Ołtarze Sprawiedliwości! Etc., etc., etc….

Któż to zacz, ach któż to? Zapewne wszyscy już domyślają się, bo któż inny mógłby nim być? To bohaterski Igor Tuleja; pardon – Tuleya, ma się rozumieć, gdzie arystokratyczne „y” (w nazwisku) ma podkreślać jego szlachetną proweniencję… ubecko-milicyjną; w nietuzinkowej, bo aż pułkownikowskiej randze! Tu od razu zaznaczę, że zamiast rzeczownika „sędzia”, używać tu będę wyłącznie rzeczownika: przebieraniec, gdyż taką terminologię narzuciły już – w debacie publicznej – dwa nieskazitelne (i niezawisłe, ma się rozumieć!) stowarzyszenia: Iustitia oraz Themis, walczące („ramię w ramię” z Tuleyą) o przywrócenie praworządności. Czyż więc mógłbym ja – jako osoba niezwykle rozmiłowana w praworządności – sprzeciwiać się terminologicznym standardom, stosowanym w debacie publicznej, przez owe stowarzyszenia, także rozmiłowane niezwykle w praworządności?!

[Skądinąd – właśnie piątek (20 listopada) obserwowałem – w „Debacie dnia” w Polsacie – spór: Maciej Mitera vs Piotr Gonciarek; przy czym żaden z nich nie jest – broń Boże! – bohaterem mojej bajki. O pierwszym już pisałem i mówiłem w wywiadach – przy innej okazji – relacjonując sposób, w jaki Sąd Rejonowy dla W-wy Śródmieścia (pod prezesurą – i kuratelą! – M. Mitery), ewidentnie łamiąc prawo „zamiótł pod dywan” przestępstwa J. Kurskiego i jego wspólników, wskutek których Kurski został nielegalnie powołany na prezesa TVP. Ten drugi zaś przebieraniec (P. Gonciarek), miotając – pod adresem wrogich jemu przebierańców – inwektywy i obelgi, sprawiał wrażenie wręcz… naćpanego? Doprawdy, aż strach pomyśleć o dostaniu się „w łapki” takiego przebierańca, posługującego się podobnym językiem! Tylko więc czekać, gdy obie wojenne strony wyaresztują się nawzajem – niczym w „Policji” Mrożka – co być może byłoby zbawienne dla polskiego „domiaru niesprawiedliwości”, w postaci „opcji zerowej”?!]

Ale i dla mnie fortuna była niełaskawa, bo około 20 lat temu – u progu błyskotliwej kariery Tulei – dostałem się (w Wydziale Karnym Sądu Rejonowego dla W-wy Mokotowa,) „w łapki” owego przebierańca! Przy czym w jego przypadku określenie: przebieraniec ma dodatkowe – i wręcz dosłowne – uzasadnienie, o czym będzie trochę dalej, w punkcie 3…

Zanim jednak opiszę umiłowanie praworządności, przez owego przebierańca Tuleyę, niezbędna jest tu b. ważna dygresja, wyjaśniająca dlaczego w ogóle mógł on udzielać mi swoich korepetycji z… praworządności. [A także – dlaczego aż 20 lat zwlekałem z opisaniem tej skandalicznej sprawy; bo mając na względzie interes mojej nieletniej wówczas córki.] Otóż ok. 36 lat temu popełniłem – jeden jedyny i epizodyczny – ciężki grzech (co stwierdzam zupełnie serio!) z niewiastą, której pomysłem – na życie – było wydanie się za mąż, za pomocą… ciąży. Narodzoną córkę uznałem jednak bez wahania (i sprawdzania testem), od początku płacąc na jej utrzymanie (i z własnej woli podwyższając te alimenty), a także – próbując uczestniczyć w wychowaniu córki, zabierając ją – na przykład – na wakacje. Bezskutecznie skądinąd (i raczej wyrywkowo), gdyż moja córka stała się instrumentem wciąż wzrastającego nacisku na mnie (i walki ze mną), w rękach jej matki. Aż wreszcie doszło do przełomu w stosunkach pomiędzy mną i matką córki (o których poprawność dbałem nieustannie, ze względu na dobro córki), gdy oświadczyłem jej (matce córki) kategorycznie – wobec jej nieustannych ingerencji w moje życie – żeby „wybiła sobie z głowy” nadzieję na małżeństwo ze mną, lub choćby zamieszkanie ze mną. [Skądinąd – byłem żonaty, po ślubie kościelnym; zaś ta przysięga, złożona przed Bogiem, jest dla mnie święta do dzisiaj!] Wówczas usłyszałem (w odpowiedzi), że „wykończy mnie” w… sądach! Tu należy dodać, że owa niewiasta (matka mojej córki) jest córką pułkownika SB (wcześniej w UB) oraz pracowniczki biurowej tych samych organów; o czym dowiedziałem się dopiero po poczęciu dziecka. Co – skądinąd – jest szczególnym chichotem historii (i mojego przewrotnego losu), zważywszy na mój opozycyjny (antykomunistyczny) życiorys, począwszy od czasu liceum. [Można więc stwierdzić, że jej (matki mojej córki) proweniencja, jest nieomal tożsama z proweniencją Igora Tulei.] Rozpoczęła się wówczas moja 6-letnia gehenna w sądach; gdy bywało, że miałem – w jednym miesiącu – po 8 rozpraw w sądzie! O żadnej więc mojej pracy twórczej nie mogło być już mowy (a więc – także o zarabianiu pieniędzy), bo sprawy mnożyły się niczym „króliki”, a jednocześnie – nie było mnie stać na prawników. W tym czasie otrzymałem też kilka anonimowych telefonów (choć nie całkiem anonimowych, bo rozmówcy przedstawiali się jako funkcjonariusze b. SB, odwołując się do sprawy mojej córki i „haków” na mnie), w których zapowiadano – otwartym tekstem – że „wsadzą mnie do pierdla”!

Nieco wcześniej moja 15-letnia córka – wiedziona jakimś Bożym instynktem? – odwiedziła mnie, prosząc o zamieszkania ze mną. Przyjąłem ją bez wahania i z wielką radością (mając nadzieję na skorygowanie jej dotychczasowego wychowania); pomimo, że wówczas byłem już praktycznie „spakowany” na emigrację do Australii, do której skłoniło mnie wciąż rosnące prześladowanie w sądach. Córka mieszkała ze mną przez ok. 2 lata – stając się wyłącznym „oczkiem w głowie” mojego życia – zaś sądy niezmiennie i nieustannie ścigały mnie o coraz większe alimenty dla… jej matki!

Kilka miesięcy później, wezwano mnie na mokotowską policję, aby przedstawić mi zarzuty karne, o rzekome… uchylanie się od płacenia alimentów! Autorem tych zarzutów (oszczerstw) była pani prokurator (działająca – bez wątpienia – „na zlecenie”), która później występowała w sprawie, rozpoznawanej przez… owego przebierańca I. Tuleyę! Odmówiłem podpisania protokołu z owymi zarzutami/oszczerstwami – stwierdzając, że byłoby to pohańbienie mojego autografu – co wprawiło w konfuzję policjantkę. Jednocześnie złożyłem bezzwłocznie (czyli w terminie) wnioski dowodowe, bezspornie (i urzędowo) potwierdzające fakty, czyli: miejsce zamieszkania mojej córki ze mną oraz utrzymywanie jej przeze mnie. [Załączając kilka dokumentów z urzędu W-wa Śródmieście oraz oświadczenie mojej córki.] Po kilku tygodniach braku reakcji (na moje wnioski dowodowe), zadzwoniłem do owej pani prokurator, aby zapytać o los moich wniosków dowodowych. W odpowiedzi usłyszałem od niej, że sporządziła już akt oskarżenia mnie i wysłała go do sądu. Co do moich wniosków dowodowych stwierdziła, że właśnie dopiero dzisiaj dotarły one do niej. Zapytałem więc, dlaczego pozbawiła mnie moich praw procesowych, wysyłając akt oskarżenia do sądu, bez rozpoznania moich wniosków. Odpowiedziała, że taki jest obieg dokumentów (nierychliwy) w prokuraturze, a ponadto – zagroziła mi, że za chwilę oskarży mnie jeszcze o… obrazę funkcjonariusza państwowego!

Trafiłem więc „na wokandę” – w sprawie karnej – przed „oblicze sprawiedliwości”, w osobie przebierańca, Igora Tulei. Poniżej przedstawiam – w punktach – praworządność, w jego wydaniu. [Co ważne – wszystko poniższe potwierdzają dokumenty, posiadane w archiwum.]

  1. Rozpraw było około 5-6, podczas których I. Tuleya kilkukrotnie je przerywał, biegając do telefonu, po instrukcje od zleceniodawców. Nie mam bowiem najmniejszej wątpliwości co do tego, że otrzymał on „zlecenie na wyrok” na mnie!!!

  2. Na samym początku pierwszej rozprawy usłyszałem od Tulei – przed jakimkolwiek postępowaniem dowodowym – że może on zawiesić postępowanie; pod rygorem nadzoru policyjnego oraz złożenia – przeze mnie – zobowiązania, że odtąd będę terminowo uiszczał alimenty matce mojej córki. [Pomimo, że w aktach sprawy znajdowały się liczne urzędowe dowody na to, że córka od ok. roku mieszka ze mną; zaś jedynym kontr-dowodem było kłamliwe zeznanie matki dziecka. Skądinąd – ciekawe, czy Tuleya zajrzał w ogóle do akt, przed rozprawą, skoro otrzymał jednoznaczne „zlecenie na mnie” od bliskich mu – politycznie – zleceniodawców?] Taka postawa owego przebierańca była bezsporną przesłanką do wyłączenia go z postępowania; ze względu na to, że sędzia nie może być przekonany o winie oskarżonego, przed przystąpieniem do postępowania dowodowego (otwarciem rozprawy)! [Wg ówczesnych przepisów KPK, jak i obecnych.] A owa „propozycja” bezspornie oznaczała takie przekonanie przebierańca I. Tulei; oraz – skądinąd – dowodziła także „zlecenia na mnie”!

Odrzuciłem tę oburzającą „propozycję” Tulei i zażądałem procesu (postępowania sądowego); zaznaczając, że nie tylko będę się bronił (co będzie niezwykle proste, w świetle bezspornych dowodów), ale także oskarżał panią prokurator, która – gwałcąc moje prawa procesowe – stała się, niejako, „pogrobowcem” Andrieja Wyszyńskiego, który ogłosił był onegdaj, w Sowietach: „dajcie mi człowieka, a znajdę na niego paragraf”! [Ten mój „atak” na nią jest ważny, z uwagi na to, co stało się później.]

  1. Druga rozprawa odbyła się w sali/klitce, o powierzchni około 10-12 m2. Prokurator nie stawiła się na to posiedzenie sądu, zaś moje (oskarżonego) miejsce znajdowało się na ławie (w samym kącie); bez dostępu do stołu, na którym mógłbym rozłożyć jakiekolwiek dokumenty. Dostęp do stołu miała tylko ława prokuratorska, która była pusta; z powodu absencji prokurator. Zaś za stołem sędziowskim zasiadał przebieraniec Tuleya (wraz z dwoma ławnikami), przy czym – tego upalnego dnia – nie był on już przebierańcem, ponieważ odziany był w złachany, poplamiony i powyciągany sweter (prawdopodobnie z „second hand’u”), zaś jego… toga sędziowska oraz łańcuch z orłem, zwinięte były w kłębek i spoczywały na parapecie okna, za nim! Tuleya siedział rozwalony na krześle, kiwając się na nim i gdyby nawet jego „kopyta” spoczywały wręcz na stole (choć – o dziwo – jeszcze ich tam nie było) to jego postawę – urągającą powadze sądu – niewiele by już to pogorszyło!

Poprosiłem grzecznie Tuleyę, aby pozwolił mi usiąść przy stole (na miejscu prokurator), abym mógł rozłożyć swoje liczne dokumenty; skoro miejsce było wolne. W odpowiedzi usłyszałem – i to podniesionym głosem – następującą odpowiedź: „miejsce oskarżonego jest tam gdzie siedzi, w kącie!” Przypominam tu więc, że sam przebieraniec Tuleya łamał – i to ostentacyjnie – procedury, siedząc w lekceważącej (obraźliwej) postawie, bez obowiązkowej togi i łańcucha!

  1. Jeszcze tego samego dnia udało mi się dostać na rozmowę z Prezesem Sądu, w której poskarżyłem się na arogancką i nonszalancką (wobec procedur) postawę I. Tulei, a następnie złożyłem oficjalną skargę na piśmie. Nigdy nie otrzymałem odpowiedzi na tę moją skargę!

  2. Podczas trzeciego posiedzenia sądu miałem już pełnomocnika; przy czym wyznaczony adwokat nie zaszczycił mnie obecnością w sądzie, wysyłając swojego aplikanta (dopiero co po studiach), który wówczas – jak i na następnych posiedzeniach – chyba bał się odzywać w sądzie? Zażądałem wówczas od niego, aby złożył wniosek o wyłączenie I. Tulei z postępowania; w związku z jego apriorycznym przekonaniem o mojej winie, przed rozpoczęciem postępowania sądowego! [Vide: punkt 2.] Nie uczynił tego, więc ów wniosek złożyłem sam. Wskutek mojego wniosku, Tuleya bynajmniej nie odroczył rozprawy (co zwykle ma miejsce w takim przypadku), lecz – mając zapewne jednoznaczne „gwarancje bezkarności”!? – ogłosił zaledwie… 10-minutową przerwę! Po 10 minutach „przygalopowała” Przewodnicząca Wydziału, wygłaszając około 10-minutowe uzasadnienie Postanowienia, oddalającego mój wniosek (o wyłączenie „sędziego”)! Odczytała to uzasadnienie w tak zawrotnym tempie, że połowy słów nie zrozumiałem w ogóle. Jednocześnie – nie może to ulegać najmniejszej wątpliwości, że tego postanowienia nie można było ani orzec (rzetelnie), a tym bardziej – napisać jego tak obszerne uzasadnienia, w ciągu 10 minut przerwy (lub choćby w godzinę)!

  3. Pierwszą czynnością przebranego – tym razem – Igora Tulei (po jego bezzwłocznym powrocie do postępowania), była napastliwa dezaprobata, wobec mojego „niestosownego” w sądzie odzienia; niepomna tego, w jaki sposób sam był „odziany” na poprzednim posiedzeniu! [No cóż, przebierańcom wolno wszystko! Moja zaś „niestosowność” odzienia polegała na tym, że – nie wiedząc w jakiej klitce będę znów sądzony, bez dostępu do stołu – ubrany byłem w schludną kurtkę, w kieszeniach której umieściłem najważniejsze dokumenty.] Następnie ogłosił decyzję o skierowaniu mnie na… przymusowe badanie psychiatryczne!!! [Co dodatkowo – ma się rozumieć – wzmocniło moje przekonanie o jego niezawisłości, bezstronności, a także – trosce o moje zdrowie…]

Ta okoliczność domaga się tu komentarza, w związku z dalszą karierą I. Tulei, gdy – niewiele lat później, rozwinąwszy znacznie poziom swojej hucpy – zaczął traktować salę sądową, jako miejsce dla swoich występów polityczno-publicystycznych! Tu chciałbym nawiązać szczególnie do tych występów, które dotyczyły „stalinowskich metod”, stosowanych – jego zdaniem – podczas współczesnych przesłuchań (np. CBA); co jest szczególnie smaczne, w przypadku osobnika o stalinowskiej właśnie proweniencji! (vide: jego rodzice)! Pal sześć jednak jego rodziców i skupmy się na ich latorośli. Jak powszechnie wiadomo, w Związku Sowieckim zaczęto – od lat 70. – stosować zamykanie opozycjonistów w „psychuszkach”, w których diagnozowano im „schizofrenię bezobjawową”; zgodnie z zasadą: „ustrój ci się nie podoba, więc jesteś wariatem!” Dokładnie tę samą, stalinowską właśnie zasadę, zastosował tu ów przebieraniec Tuleya; uznając, że „skoro sąd mi się nie podoba, to niechybnie jestem wariatem”! [Bo nie śmiałbym nawet pomyśleć, że owa ikona praworządności skierowała mnie na przymusowe badanie psychiatryczne, mszcząc się za mój wniosek o jej wyłączenie; i zapewne nikt nie odważy się tak pomyśleć..?]

  1. Wiedziałem – znając już nieźle prawo – że jeśli nie stawię się na wyznaczone mi badanie psychiatryczne (w gmachu sądu, u tzw. biegłych), wówczas Tuleya może mnie skierować na przymusową, 6-tygodniową obserwację w szpitalu psychiatrycznym, w reżimie pozbawienia mnie wolności! Co więcej – nie miałem najmniejszych wątpliwości, że tak właśnie uczyni. Pomimo tego, w pierwszym odruchu, zamierzałem zaryzykować to uwięzienie w „psychuszce”! [A choćby i więzienie, którego zaznawałem już za tzw. pierwszej komuny.]

Odwiodła mnie od tego zamiaru tylko jedna okoliczność – zbliżające się Boże Narodzenie oraz wzgląd na moich wiekowych już Rodziców, z którymi corocznie spędzałem święta. [Musiałbym ich okłamywać, aby nie dowiedzieli się o moim uwięzieniu i powodach sześciotygodniowego braku kontaktu ze mną.]

Udałem się więc na wyznaczone mi spotkanie z „biegłymi”; jednak w jednym wyłącznie celu – aby odnotować swoją obecność. Na wszelki wypadek zabrałem ze sobą świadka, w osobie pełnomocnika (owego aplikanta u wyznaczonego mi adwokata). Na miejscu zastałem dwoje psychiatrów, z których wyłącznie ona (niezwykle nabzdyczona) odpytywała mnie; jej zaś towarzysz sprawił na mnie wrażenie bardzo zażenowanego sytuacją i nie odezwał się ani razu. Na wstępie oświadczyłem, że stawiłem się wyłącznie w celu odnotowania mojej obecności, zaś żadnemu badaniu nie poddam się, traktując je jako oczywisty – i poniżający mnie – odwet Tulei, za mój wniosek o jego wyłączenie. Biegła zignorowała to oświadczenie, odpytując mnie najpierw z danych personalnych i wpisując je do protokołu. Następnie – będąc przekonana o własnym, nadzwyczajnym sprycie – zaczęła mi zadawać „podchwytliwe” pytania… „badawcze”! Zapytałem więc, czy dotarła do niej treść mojego wstępnego oświadczenia. Na to ona: „Ależ dlaczego nie chce pan odpowiedzieć na moje pytanie, o zawód ojca? Wstydzi się pan?” Sytuacja powtórzyła się 2-3 razy, po czym – zirytowany – pożegnałem się i wyszedłem.

Na szczęście – żadnych konsekwencji więcej już nie poniosłem. Prawdopodobnie dlatego, że owa biegła – z zamiłowania do wyłudzania „kasy” podatników! – sporządziła jednak „ekspertyzę psychiatryczną”, dotyczącą mojej skromnej osoby. Na jakiej podstawie, skoro nie zgodziłem się na poddanie badaniu?! Ano „na podstawie” – uwaga! – treści moich… pism procesowych!!! Zaś w tej „ekspertyzie” zdiagnozowała mi „psychozę paranoidalną” (lub tym podobną brednie, bo nie zajrzałem do archiwum)! Co usatysfakcjonowało – prawdopodobnie – przebierańca Tuleyę.

Dodam tu jeszcze, że gdy zobaczyłem ową „ekspertyzę” (w aktach sprawy), wówczas niezwłocznie udałem się na skargę do Prezesa Sądu Okręgowego w W-wie, któremu podlegają biegli sądowi. [A także złożyłem skargę na piśmie.] O ile dobrze pamiętam, Prezes nie dopatrzył się tu żadnych uchybień i nie odpowiedział na moje pismo. [Zaś „biegła” nie poniosła żadnych konsekwencji!]

  1. W kolejnych rozprawach zostali przesłuchani świadkowie, wskazani przeze mnie. Warto tu podkreślić, że jedynym świadkiem oskarżenia była niewiasta, będąca matką mojej córki. [Co istotne – nawet ona nie wskazała żadnego świadka, który mógłby potwierdzić jej kłamliwą wersję, jakoby córka mieszkała z nią; tak bardzo była pewna wyroku na mnie, który „zlecono” Tulei.]

Na ostatniej już rozprawie doszło do „cudu”; zadziwiającego dla mnie, ale i dla wielu chyba z Czytelników, którzy dotrwali do końca mojej relacji. Zabrała bowiem głos pani prokurator (w swoim końcowym wystąpieniu), która wygłosiła… pochwałę mojej osoby, jako ojca, oraz… wycofała swój akt oskarżenia! [Tu chciałbym wyrazić swój szacunek dla pani prokurator. Każdy bowiem może popełnić błąd, a choćby i złamać prawo – jak to ewidentnie miało miejsce – pod naciskiem przełożonych „zleceniodawców”. Bardzo jednak cenię przyzwoitość i zdolność do wycofania się z popełnionych błędów; zgodnie z własnym sumieniem!]

A cóż uczynił wówczas ów przebieraniec Tuleya? Ogłosił przerwę i… pobiegł do telefonu po… instrukcje! Po kwadransie wrócił i zawyrokował, że „sprawa jest nadzwyczaj skomplikowana, wobec czego nie może wydać orzeczenia w dniu dzisiejszym”! [Co – jak sądzę – było naruszeniem prawa.] Zapowiedział wydanie go za 3 lub 6 tygodni (bo w tej chwili nie pamiętam). Tym sposobem dręczył mnie przez kolejne tygodnie i tyle jeszcze było żałosnej satysfakcji owego niezawisłego – ma się rozumieć – przebierańca! [Po upływie tego terminu umorzył postępowanie, bo innego wyjścia nie miał; gdyż na tyle był jeszcze rozgarnięty, że wiedział, iż każde inne – niekorzystne dla mnie orzeczenie – zostanie „wdeptane w glebę” przez każdy sąd II instancji. A przecież w planach miał – niewątpliwie – błyskotliwą karierę, której jesteśmy – niestety – świadkami!]

Na zakończenie dodam – tytułem podsumowania – kilka jeszcze uwag. Nie wiedząc nic wcześniej o I. Tulei (20 lat temu), zauważyłem od razu, że jest to osoba… nie zanadto rozgarnięta (żeby nie powiedzieć dosadniej)! Obecnie – z perspektywy 20 lat – dodam, że takie osobniki są szczególnie groźne dla „wymiaru sprawiedliwości”, bo – świadome swoich ułomności intelektualnych, a jednocześnie: powodowane bezpodstawnymi ambicjami – są bardzo podatne na naciski polityczne (i inne), więc stają się poręcznym narzędziem do łamania prawa, na zlecenie mocodawców! [Nie mówiąc o tym, że jego upiorna wada wymowy – choć przyznaję, że przez 20 lat znacznie ją złagodził – powinna stanowić nieprzekraczalną przeszkodę do mianowania go sędzią, gdyż to ośmiesza powagę sądów!]

Potwierdzeniem powyższych uwag – o tzw. dyspozycyjności przebierańca Tulei – jest to, co znalazłem w sieci (na jego temat), gdy już wyemigrowałem w końcu (w 2006 r.) do Australii. Dowiedziałem się wówczas, że nie dostałem się – bynajmniej – „w łapki” jakiegoś zupełnie przypadkowego, nierozgarniętego „sędziny”. Zostałem wręcz „wyróżniony”, przez grożących mi telefonicznie SB-eków! Bo ów przebieraniec otrzymywał sprawy z pierwszych stron gazet; orzekając w „niepozornym” Sądzie Rejonowym dla W-wy Mokotowa! [Podkreślam tu, że wówczas nie istniała jeszcze procedura losowania sędziów do sprawy!] A mianowicie – to właśnie Tuleya odmówił sądzenia L. Rywina, zwolnił z więzienia J. Kaczmarka oraz sądził (chyba już delegowany do SO?) osławionego kardiologa G. Etc., etc., etc. Czegóż chcieć więcej?!

Bogdan Czajkowski