Jeszcze do niedawna nasze członkostwo w strukturach europejskich było dogmatem, z którym nawet nie wypadało na salonach dyskutować. Przeciwnicy integracji lub ci, którzy już po niej stali na swoim zostali wykluczeni z życia politycznego i przeniesieni na jego margines. Co do przyjęcia przez nasz nieszczęsny kraj waluty Euro, co bardziej zapobiegliwi figuranci także usiłowali wpisać się w jedynie słuszny nurt proeuropejskiej propagandy, ale już bez takiego entuzjazmu. Tymczasem wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że pomimo braku na salonach akceptacji dla rzeczywistości, ta sprawiła wszystkim figiel. Bo kto mógł przypuszczać, że cała integracja, a przede wszystkim wspólna waluta wiszą na włosku i w każdej chwili mogą runąć zmieniając się co najwyżej w jawną już hegemonię silniejszych nad słabszymi. Bo gdy braknie dóbr nadchodzi czas podziałów, a ich praprzyczyną zawsze jest lewacka demagogia i próba wcielenia jej w życie przez oddanych sprawie idiotów.
Zamiennym jest, że jeszcze niżsi rangą lub miej spostrzegawczy figuranci pieją pełne zachwytu pieśni na temat jednej Europy niczym jeszcze kręcąca się zacięta płyta winylowa, ale ci bardziej rozważni już zamilkli. Na naszych oczach salon zaczyna wycofywać się z prounijnej retoryki i rozpaczliwie szuka nowego suwerena i nowej dialektyki, pod którą można by było się podpiąć w opowiadaniu frazesów ciemnym tubylcom. Najgorsze, że nie ma pomysłu na nowy repertuar, więc zapanowało dziwne milczenie.



Operacja się udała ale pacjent nie wytrzymał – powtarzają sobie w kuluarach nasi do niedawna euroentuzjaści. Jedyny sposób to w tej chwili stanąć na burcie tego tonącego okrętu zwanego Unią i choć przez chwilę popieprzyć patetyczne kawałki o konieczności ratowania Europy, bo nie wszystko jeszcze stracone. Tymczasem stara, doświadczona załoga statku już dawno zajęła ratownicze szalupy, pozostawiając frajerów z prowincjonalnego kraju na lodzie, to znaczy na wystającym jeszcze ponad powierzchnię fragmencie łajby. Dowodów na to nie należy szukać specjalnie daleko. Widać wyraźnie, że kraje „poważne” nie przejmują się w ogóle Unią, prowadzą własną politykę i mają gdzieś integrację, na której ich kraje nie mogą skorzystać choćby w formie rynków utrzymania zbytu. My tymczasem snujemy rozważania na temat konieczności powołania europejskiej armii, które przypominają dysputy o ilości aniołów mogących zmieścić się na łebku do szpilki.
Sytuacja europejska przekłada się na krajową. Wcześniej opowiadano dyrdymały o unijnych cudach na kiju, a teraz na trzy tygodnie przed terminem wyborów nagle wszyscy zamilkli i poza ogólnymi, ocierającymi się wręcz o intelektualny debilizm frazesami nie słychać żadnych rozsądnych programowych głosów. Po co coś zmieniać, gdy wszystko jest idealnie?
Wniosek
Jako naród trwale podbity, z przetrąconym karkiem nie wyobrażamy sobie funkcjonowania bez jakiegoś suwerena, albo jesteśmy „jak lawa”. W drugim przypadku powstaje w tej chwili poważna światopoglądowa dziura, której nie jest w stanie swoją frazeologią zająć żaden z oficjalnych, parlamentarnych nurtów politycznych. Naturalną konsekwencją jest zatem wyłonienie się nowej filozofowi patrzenia na nasz kraj, nasze sprawy publiczne, który to nowy model zastąpiłby skutecznie zmurszały już model okrągłego stołu. Nie dziwą zatem odbywające się w naszym kraju polityczne manewry odciągające naszą świadomość od naprawdę istotnych spraw (patrz emaile znikąd posłanki Kępy), czy cuda nad urną zanim została ona jeszcze postawiona. Mam tu na myśli zachowania PKW, w świadomości której nie mieści się pewnie fakt, że istnieją kraje, w których wyborca sam może do listy kandydatów dopisać własnego.
Muszę przyznać, że jako zadeklarowany republikanin i konserwatysta z samą UE mam pewien problem. Gdyby europejską współpracę pozostawić tak, jak wymyślili ją jej ojcowie założyciele, ograniczając ją wyłącznie do gospodarki, Europa byłaby w miejsce zadłużonego po uszy zaścianka być może najpotężniejszą siłą na świecie, emanującą swą kulturą na wszystkie inne kontynenty. Jednakże demontaż zaczął się od kultury i pozbawienia jej chrześcijańskich korzeni skazując ten neokulturowy, lewacki twór na uschnięcie. Potem doszła jeszcze przeregulowana wewnątrz kolonialna polityka umocniona traktami uprawomocniającymi naszą rolę wasala.
Co zatem począć?
Odrzucić nadbudowę i zacząć szukać nowych, inaczej myślących elit, nie nauczonych ograbiana swych obywateli z owoców ich pracy.
Adam Kalicki

1 KOMENTARZ

  1. Wrocic do korzeni Drogi Autorze. Czyli do gospodarki. Wtedy wszystko na nowo rozkwitnie. Zadnych nowych elit, te tylko sie za chwile skrzykna i skorumpuja jak wszystkie poprzednie. Gospodarka i na jej czele kontrolowani przez LUD menedzerowie. Nie przypadkiem Szwajcaria trzyma sie jeszcze najlepiej bo bandzie UE trudno jest rozwalic cos, na co zgodne musi wyrazic 50 czy 100 tys. obywateli w bezposrednim referendum.

Comments are closed.