W dawnych czasach, kiedy istniał system całkowitej rezerwy w złocie, banki były instytucją zaufania. W końcu przechowywały rzeczywistą walutę – uniwersalny pieniądz pozwalający na wymianę produktów pracy. Jak pokazuje przypadek Cypru, banki nie są już bezpiecznym schronieniem dla naszych oszczędności – cóż, w końcu pewna jest tylko śmierć i podatki, jak stwierdził Benjamin Franklin.



Myliłby się jednak ten, kto by uważał, że bankom nie sposób nic zarzucić, bo to przecież rząd cypryjski sięgnął do kieszeni podatników. Wbrew pozorom banki już od dawna nie są częścią rynku, ale… systemu rządowo-państwowego.
Teza wydaje się śmiała, ale tylko do czasu, kiedy nie przyjrzymy się zasadom funkcjonowania banków. Istnieją cztery kluczowe dla bankowości pojęcia i w każdej z nich bank nie występuje jako samodzielna instytucja, lecz w najlepszym przypadku jako partner rządu, a najczęściej jako jego uniżony sługa. Jako że nie sposób służyć dwom panom, konsument, który wydawałby się naturalnym kandydatem na pana i władcę usług bankowych, znajduje się tam, gdzie mieszczą się wszystkie rządowe cudowności – w czarnej dupie.
Te cztery kluczowe kwestie to produkt, odpowiedzialność, bezpieczeństwo i niezależność. Wydaje się, że każdy wie, o co chodzi – bank udziela kredytów i przyjmuje depozyty, a jest odpowiedzialny za bezpieczeństwo tych transakcji niezależnie od działań innych podmiotów. To rzeczywiście ładnie brzmi. Niestety, tylko ładnie brzmi.
Produktem w banku są pieniądze. Nie wnikając w naturę pieniądza, dość powiedzieć, że pieniądz nie istnieje. Nawet jeśli występuje pod postacią złota czy innych realnych przedmiotów, to przecież kawałek metalu to wciąż kawałek metalu. W historii ludzkości pieniędzmi były też muszelki, liście tytoniu, sól, bydło itp. Były pieniędzmi, to znaczy – z jakichś względów ludziom było wygodnie posługiwać się tym konkretnym przedmiotem jako środkiem wymiany produktów pracy. Pieniądz to zatem byt czysto wirtualny, ale przede wszystkim to – jakbyśmy dziś powiedzieli – instrument pochodny. Instrument, bo jego celem nie jest istnienie samo w sobie, ale transfer wartości, a pochodny – bo mający przyczynę w owej wartości, a dokładniej w produkcie pracy.
Co z tego wynika? Dopóki bank był posiadaczem produktów pracy albo ich rzeczowego ekwiwalentu (np. złota), to inwestowanie pieniądza (tzn. udzielanie kredytów) i przyjmowanie depozytów (tzn. zaciąganie kredytów) opierało się na realnych podstawach. Jednakże od kilkudziesięciu lat obowiązuje system pieniądza fiducjarnego, czyli opartego na wierze, wierze chyba wyłącznie w lepszą przyszłość, i to raczej pozagrobową. Otóż, obecny pieniądz ma jedno zabezpieczenie – obietnicę emitenta, że ten pieniądz ma pokrycie w produktach (dobrach, wartościach, towarach i usługach). Zaś tym emitentem jest rząd państwowy, a dystrybutorem – bank centralny. To zresztą nie ma nawet znaczenia, w jakim stopniu rolę kreowania i podaży pieniądza wykonuje konkretna instytucja. Ważne jest to, że o produkcji i emisji pieniądza nie decyduje rynek, czyli konsument wymieniający własną pracę na pracę innych osób, ale mniej lub bardziej gramotne grono facetów, którzy tradycyjnie zawsze „wiedzą lepiej”, co dla nas dobre.
Produkt banku to zatem nie jest produkt banku, lecz produkt rządu. Bank jest tylko handlowcem, akwizytorem, magazynierem, stróżem czy kim tam jeszcze. Nie ma żadnego wpływu ani na jakość produktu, ani na jego ilość. To jakby facet produkujący gwoździe nigdy nie wiedział, czy od dostawcy dostanie szpilki czy hufnale oraz czy będą wykonane z metalu (choć aluminium to też metal), czy z plastiku. Ale tak to jest, kiedy jest się skazanym na dostawy od monopolisty.
Odpowiedzialność to trudna sprawa, bo odpowiedzialność to ta mniej przyjemna strona medalu o nazwie „wolność”. To coś jak ciemna strona mocy w „Gwiezdnych Wojnach”. Kiedy przychodzi czas poniesienia odpowiedzialności, jest tak jakby odwiedził nas osobiście Lord Vader i ściskając za jaja, wydyszał prosto do ucha: „Luke, przyłącz się do mnie.” Zajebista perspektywa.
Czy bank ponosi odpowiedzialność za działanie tego „swojego” produktu? Nie, i nie chodzi nawet o to, że prawdziwym producentem jest rząd, bo rząd też nie ponosi odpowiedzialności. Pytanie dotyczy samego operowania produktem, czyli transakcji, które bank zawiera. Otóż, bank nie może upaść! Tak po prostu – prawo upadłościowe się go nie ima. Kiedy przychodzi moment, w którym jasne jest, że kredyty zaciągnięte przez bank przewyższają kredyty udzielone (a właściwie chodzi o stosunek wartości netto tych kredytów, tj. z uwzględnieniem ich ściągalności), czyli mamy wtopę, Komisja Nadzoru Finansowego przejmuje nadzór nad taką quasi-upadłością i rozpoczyna się długotrwały i bolesny proces poszukiwania banku, którzy przejmie majątek i długi upadłego. Resztę dopłaci Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Co to za odpowiedzialność, jeśli rząd faktycznie „ratuje” cały interes? I tu znowu nie ma znaczenia, jaka instytucja zajmuje się upadłością banku, bo żadna z nich nie jest rynkiem. Ale co się dziwić – w jakimś stopniu rząd poczuwa się jednak do własnego produktu.
Dlaczego tak się dzieje, odpowiedź tkwi w pojęciu bezpieczeństwa. Jeśli mamy normalnego producenta, to ma on wpływ na jakość produktu, a jeśli powinie mu się noga – odpowiada za wszystkie długi, z upadłością włącznie. I właśnie ta możliwość upadłości w największym stopniu przemawia za bezpieczeństwem. Bo jeśli tylko udaję producenta, w rzeczywistości będąc dystrybutorem, a odpowiedzialność za mnie ponosi kto inny, to w żaden sposób nie mam w sobie odruchu dbałości o bezpieczeństwo.
Jednak w przypadku bankowości dochodzi jeszcze jeden problem, bo ceny za produkt nie ustala rynek ani nawet nie bank! Robi to – tradycyjnie, chciałoby się powiedzieć – rząd, tym razem pod postacią Rady Polityki Pieniężnej. To oni ustalają wysokość stóp procentowych, czyli cenę kredytu. W sumie to nawet logiczne – skoro bank nie ma wpływu na jakość i ilość produktu, a w przypadku pomyłki cały problem bierze na siebie rząd, to trudno oczekiwać, aby takiemu niesamodzielnemu podmiotowi powierzyć politykę cenową.
To jak za PRLu – państwo produkowało np. samochody, zajmowało się ich dystrybucją, dopłacało do nich, jeśli koszty produkcji były zbyt wysokie, wydawało talony na auta, to i cena w Polmozbycie była regulowana urzędowo. A że faktyczna cena samochodów na tzw. „czarnym rynku” była kilkukrotnie wyższa, to normalne, bo to właśnie ta cena była normalna – cena urzędowa była fikcyjna, jako że zabezpieczał ją podatnik. Faktycznie cena urzędowa jest kilka razy wyższa niż rynkowa, tyle że ukryta w kosztach biurokracji rządowej. W Polmozbycie obywatel płacił cenę fikcyjną w pieniądzu oraz realny koszt w postaci talonu, wartego kilkanaście razy więcej, na który „zrzutkę” robili wszyscy pozostali obywatele, niekoniecznie posiadający samochód. I w tym kontekście należy rozpatrywać cenę pożyczek tzw. chwilówek – w ich koszcie jest zawarty m.in. koszt ryzyka związanego z tym, że oficjalne banki korzystają z rządowej ochrony, czyli prowadzą nieuczciwą konkurencję. Za którą oczywiście płacimy my wszyscy.
Co to ma wspólnego z bezpieczeństwem? Bardzo dużo. Jeśli o cenie kredytu decyduje rynek, to kredyt otrzymują ci, co do których istnieje duże prawdopodobieństwo, że kredyt spłacą – albo dodatkowymi aktywami poza własną pracą, albo większą wydajnością własnej pracy (co w sumie na jedno wychodzi). Charakterystyczną cechą kredytu jest to, że dziś otrzymujemy pieniądze, których sami nie byliśmy w stanie uzyskać w tej ilości własną pracą, a w umówionym czasie mamy oddać równowartość większej ilości pracy. Dlatego tak ważne z punktu widzenia bezpieczeństwa jest to, aby ocena ryzyka kredytowa była oparta wyłącznie o kryteria rynkowe. Jeśli jednak o cenie kredytu nie decyduje rynek, lecz rząd, to może dojść do sytuacji, kiedy stopa procentowa kredytowanego pieniądza ustalona przez rząd będzie niższa niż stopa ustalona przez rynek. Im większy rozdźwięk pomiędzy tymi wartościami, tym większe ryzyko, bo to oznacza, że kredyt dostają ludzie, których na niego nie stać, a więc wzrasta prawdopodobieństwo, że go nie spłacą. Jak to wygląda w praktyce, widzieliśmy w 2008r., kiedy konsumpcja hipoteczna pompowana sztucznie niskim kredytem ustalonym przez FED i gwarancjami tzw. Fannie Mae doprowadziła w końcu do tego, że cały system się zawalił. Bezpieczniej się od tego nie zrobiło, lapidarnie rzecz ujmując.
I w końcu niezależność. Wspomniany Bankowy Fundusz Gwarancyjny to twór ustawowy, który głównie za pieniądze wszystkich banków (czyli za pieniądze ich depozytariuszy) oraz za pieniądze rządowe (czyli wszystkich obywateli) zabezpiecza wypłaty depozytów do określonej ustawowo wysokości, zdejmując tym samym problem niewypłacalności z barków konkretnego banku. Jak zatem łatwo zauważyć, banki są całkowicie zależne od rządu w zakresie jakości produktu, jego ilości, bezpieczeństwa i ceny, mając w zamian zapewnione wsparcie w kluczowym dla rynku momencie, jakim jest upadłość, czyli weryfikacja kosztów funkcjonowania i jakości produktu.
Banki stały się zatem narzędziem polityki monetarnej rządu, a tym samym zostały wyłączone z systemu rynkowego. Czy można się zatem dziwić, że wciąż w naszym systemie tkwi prawno-finansowy nowotwór w postaci bankowego tytułu egzekucyjnego, czyli możliwość jednostronnego zdefiniowania przez bank zobowiązania drugiej strony bez jakiejkolwiek weryfikacji sądowej? Cóż, rząd dba o swoich. I to jest na dzisiaj jedyna kwestia pewna „na bank”.
Paweł Budrewicz
Autor jest radcą prawnym i ekspertem Centrum im. Adama Smitha. Prowadzi bloga stopsocjalizmowi.pl

Foto.: thehindu.com

1 KOMENTARZ

  1. 1000 slow a tylko trzy prawdziwe: pieniadz nie istnieje. Ciekawe dlaczego autor – tak kumaty w temacie – nie postuluje zniesienia pieniadza i likwidacji bankow. Pewnie dlatego, ze nie mialby wtedy tematow do pisania i zarobienia – jak to w kapitalizmie – troche mamony za wierszowke. To tez potwierdza, ze czlowiek nie chce normalnego swiata, bo by sie w nim zanudzil na smierc.

Comments are closed.