Moja tablica rejestracyjna Stanu Virginia zdobi obydwa zderzaki napisem FREE TRADE (Wolny Handel). Zawsze wspominam o tym swoim słuchaczom w czasie spotkań, aby wiedzieli dokładnie jakie jest moje stanowisko w kwestii tego, jak konsumenci powinni wydawać swoje dochody na towary i usługi zagraniczne.
Jestem dumnym, całkowicie oddanym, pokładającym zaufanie, bezwarunkowym wolnorynkowcem. Żaden z wielu padających zewsząd „alecozów?” nie jest dla mnie przekonywającym argumentem przeciwko wolnemu rynkowi.
Pytacie czym jest „alecoz?”. „Alecoz?” to najczęstsza odpowiedź tego, który wątpi w skuteczność wolnego rynku, przedstawiona w formie pytania, które, jak się mu wydaje, jest zabójcze np.: „Ale co z deficytem w handlu?” albo „Ale co z wieloma robotnikami zagranicznymi, którzy otrzymują zaledwie ułamek tego, co zarabiają Amerykanie?”
Pytań tych jest wiele i są one różne. Jednak najczęściej spotykanym jest pytanie: „Ale co z pracownikiem, który traci pracę z powodu konkurencji zagranicznej?”. Jak pytającemu usprawiedliwić w takiej sytuacji wolny rynek? Sugeruje on, że wolny rynek jest nieskuteczny, jeżeli jego zwolennicy nie potrafią satysfakcjonująco uzasadnić swojego stanowiska tym pracownikom, którzy stracili pracę w wyniku zagranicznej konkurencji.
Ponieważ to pytanie pada najczęściej, zdaję sobie sprawę, że odpowiedź na nie jest istotna, a zarzut ten powinien zostać starannie obalony.
Szczerze przyznaję, że utrata pracy to nieszczęśliwe i często druzgoczące doświadczenie. Naprawdę współczuję pracownikom, którzy nie ze swojej winy zostali bezrobotni. Jednak pytam: „Ale co z pracownikami, którzy stracili pracę wskutek protekcjonizmu?” Jak uzasadnić mu wysokie cła czy ograniczenia nakładane na import? Jak widać częstym błędem „alecozów?” jest przeoczenie tego, że protekcjonizm w sposób nieunikniony prowadzi do utraty miejsc pracy.
Kiedy rząd nakłada cło bądź wprowadza ograniczenie importowe, powiedzmy dla Amerykanów, którzy chcą zakupić stal z zagranicy, to jednym z celów tej polityki jest ochrona miejsc pracy w amerykańskim przemyśle stalowym. I rzeczywiście poprzez podniesienie Amerykanom kosztów zakupu stali z zagranicy, rząd w sztuczny sposób podtrzymuje popyt na amerykańską stal i tak utrzymuje niektórych pracowników hut stali w zatrudnieniu, którzy w przeciwnym wypadku straciliby je.
Jednak poprzez sztuczne ograniczanie zakupu stali z zagranicy, protekcjonizm redukuje również ilość dolarów jaką otrzymują producenci stali zagranicznej. Przy mniejszej ilości dolarów do wydania, obcokrajowcy muszą ograniczyć zakup amerykańskich towarów i usług – powiedzmy oprogramowania komputerowego. Ponieważ poprzez protekcjonizm Amerykanie są zmuszeni by zapłacić więcej za stal, muszą wydać mniej na inne towary i usługi, często krajowe.
Zatrudnienie w tych gałęziach przemysłu krajowego spada. Pracownicy amerykańscy, którzy zachowaliby miejsca pracy gdyby nie wprowadzone cło na import stali, będą musieli nie z własnej winy stać się bezrobotnymi. Zatem uzasadnienie, że wolny rynek redukuje miejsca pracy w kraju nie jest argumentem przeciw niemu, bowiem ograniczanie wolnego rynku – czyli protekcjonizm daje taki sam skutek.
Choć niewiele różni tych, którzy stracili pracę wskutek wolnego rynku od tych, którzy stracili ją przez protekcjonizm (przez to unieważnia się argument mówiący, że wolny rynek jest okrutny czy podejrzany, jednak powoduje utratę pewnych stanowisk pracy) istnieją przynajmniej dwa czynniki, które odróżniają miejsca pracy utracone przez wolny rynek od tych utraconych wskutek protekcjonizmu. Czynnikami tymi są produktywność pracownika i zarobki.
Pracownicy w chronionych sektorach przemysłu są mniej produktywni niż pracownicy w przemysłach utrzymujących się bez protekcji. Istnieją dwie przyczyny tego stanu rzeczy. Po pierwsze osłonienie tarczą ochronną firmy przed konkurencją osłabia bodźce do zwiększania wydajności. Po drugie i ważniejsze – firmy mające względną przewagę nad konkurencją z zagranicy nie potrzebują ochrony przed importem. Gałęzie przemysłu oraz firmy szukające protekcji to zazwyczaj te, których towary nie cieszą zbyt dużym uznaniem wśród konsumentów. Firmy te znajdują się pośród najmniej wydajnych producentów krajowych.
Znalezienie się wśród najmniej wydajnych producentów krajowych oznacza, że produkt przypadający na jednego pracownika firm chronionych jest generalnie niższy niż produkt przypadający na jednego pracownika firm, które są dostatecznie wydajne, by przetrwać w warunkach konkurencji rynkowej bez protekcji. Zatem zarobki konkurencyjne w przemysłach chronionych są zazwyczaj niższe od zarobków otrzymywanych przez tak samo wykwalifikowanych pracowników krajowych, których praca zależy od wolnego rynku. Krótko mówiąc stanowiska pracy stworzone przez wolny rynek są generalnie lepiej płatne niż te utrzymywane przez protekcjonizm.
Protekcjonizm chroni miejsca pracy, które są stosunkowo niewydajne; eliminuje miejsca pracy względnie wydajne. Nie jest to środek mający na celu rozwój krajowej gospodarki.
Jednak jeszcze trafniejszą odpowiedzią na pytanie typu „ale co z bezrobotnym pracownikiem” jest stwierdzenie, że wolny rynek nie jest wyjątkowy pod względem eliminowania jednych i tworzenia innych miejsc pracy. Każda istotna zmiana w wydatkach czy oszczędnościach konsumenckich wyeliminuje pewne miejsca pracy a stworzy inne.
Na przykład jeśli zmiana gustów skłoni konsumentów do spędzania większej ilości czasu na siłowni a mniej w kręgielni, pracownicy niektórych kręgielni stracą pracę. Niektórzy pozostaną bezrobotni, może nawet przez długi czas. Ale co z nimi? Czy na tych z nas, którzy wspierają wolność konsumencką spocznie ciężar przekonywania bezrobotnych pracowników kręgielni, że taka wolność jest rzeczą pożądaną. Czy to, że prawie każde zmiany w wydatkach konsumenckich będą niszczyć niektóre miejsca pracy oznacza, że rząd powinien rozważyć zamrożenie wydatków konsumenckich raz na zawsze?
Oczywiście, że nie!
Jeśli ktokolwiek proponuje interwencję rządową, nie możemy pozwolić żeby powierzchowne fakty wprowadziły nas w błąd. Żaden fakt dotyczący wolnej wymiany nie jest bardziej powierzchowny niż konkretny punkt geograficzny, w którym sprzedającemu przyszło się znaleźć – żadnych jeśli, a, „ale co z?”.
Donald Boudreaux
(13 października 2008)
Tłum. Agnieszka Łaska
(Donald Boudreaux pracuje na wydziale ekonomii George Mason University oraz jest byłym prezesem FEE. Tekst publikujemy za zgodą Autora. Przedruk wyłącznie za podaniem źródła www.kapitalizm.republika.pl)