Ponieważ pan Witold Falkowski wywołał na tych łamach temat wina (co prawda tylko jako pretekst do rozważań o przewagach rynku otwartego nad zamkniętym), postanowiłem co nieco napisać o winie w aspekcie wolnego rynku. Oczywiście tylko w zarysie, bo jest to temat-rzeka.



Patrząc na globalny rynek handlu winem, na twarzy każdego wolnorynkowa zagości szeroki uśmiech: konkurencja jest tu niemal doskonała. I to w każdym segmencie rynku. Wprawdzie na samym szczycie są prawie wyłącznie bordoskie i burgundzkie wina klasy gran cru z Francji, których ceny do niebotycznego poziomu podbili rosyjscy i chińscy multimilionerzy-nuworysze, jednak myślę, że niebawem ta sytuacja ulegnie zmianie. Po pierwsze – ich dotychczasowi odbiorcy nie będą mieć czasu na konsumpcję wina (zmagają się z kryzysem), a po drugie – producenci z Bordeaux czy z Burgundii coraz mocniej czują na plecach oddech konkurencji. Na całym świecie powstaje coraz więcej win wybitnych, które od francuskich superwin różnią się w zasadzie wyłącznie ceną. W pozostałych segmentach panuje ostra konkurencja, bowiem dobre i bardzo dobre wino  powstaje dziś pod każdą szerokością geograficzną, a ich dostępność zależy wyłącznie od gustów i operatywności lokalnych sprzedawców. Biorąc pod uwagę, że coraz większy udział w handlu winami ma sprzedaż przez internet, oraz że mało kto nie ma dziś karty kredytowej, nie ma się co dziwić, że nie wychodząc z domu można dzisiaj kupić praktycznie każde wino. Chyba się lekko zagalopowałem, trzeba jeszcze uwzględnić koszt wysyłki, ale wina z niezbyt odległych stron (Europa) jest całkowicie w zasięgu naszych możliwości.
wino_01
Nieco inaczej wygląda sytuacja z punktu widzenia producentów wina, którzy w większości państw wcale nie działają w warunkach, jakie zwykle kojarzymy w wolnym rynkiem. Produkcja win podlega bardzo rygorystycznym regulacjom prawnym, zarówno na etapie uprawy winorośli, jak i na etapie wytwarzania wina. Trudno mówić tutaj o wolnym rynku – każdy z producentów podlega ograniczeniom prawnym: jedni mniejszym, inni większym.
Teraz pozwolę sobie na bardzo osobistą dygresję. Wyjaśnię, co w winach fascynuje mnie najbardziej. Otóż, wyobraźmy sobie, że są dwie winnice, odległe od siebie, powiedzmy, o dwa kilometry, w których uprawia się ten sam szczep winogron – przyjmijmy, że jest to sauvignon blanc. Załóżmy, że na owe winnice oddziałują te same, a właściwie bardzo zbliżone warunki klimatyczne (opady, temperatura, nasłonecznienie), że zbioru winogron dokonuje się w tym samym mniej więcej czasie, co więcej – poddaje się je winifikacji w podobny sposób (tzn. wedle mniej więcej takich samych zasad) i w podobnych warunkach wina z obu winnic podlegają starzeniu. No i co, jak myślicie, czy oba wina smakują i pachną tak samo? „W życiu!!!”, jak mawialiśmy w dzieciństwie. Każde ma właściwy tylko dla siebie smak i aromat, często różniące się jak dzień od nocy. To w winach właśnie mnie urzeka. Kosztowanie wina, którego nigdy wcześniej nie piłem, jest jak wyprawa w nieznane – za każdym razem doświadczam nowych wrażeń. To się nie może znudzić. Prawię pewnie truizmy, bo w taki sam sposób o winie mówią setki, o ile nie setki tysięcy, ludzi, ale nic na to nie poradzę – tak to czuję i już!
Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedzią jest magiczne francuskie słowo: terroir. W uproszczeniu termin ten oznacza właściwości terenu, na którym uprawia się winorośl i obejmuje on klimat, ukształtowanie terenu, nasłonecznienie (tzw. właściwa ekspozycja), warunki wodne, skład chemiczny gleby i jej fizyczne właściwości. Już dawno zauważono, że w określonych miejscach wino udaje się lepiej, niż gdzie indziej. Stąd było już blisko, do zawłaszczenia unikalnych własności tych rejonów przez tych, którzy tam uprawiają winorośl i wytwarzają z niej wino. Tak właśnie powstały systemy apelacji.
Dawało to wymierne korzyści. Jeżeli był popyt na wino z obszaru X, to ten, kto potrafił udowodnić, że jego wino pochodzi z X, miał przewagę nad tym, kto robił gorsze, a właściwie mniej pożądane przez konsumentów wino w Y. Dlatego systemy określania win przez miejsce pochodzenia stały się pierwowzorem wszystkich innych systemów. Zalicza się do nich powstały w latach 30. francuski system AOC (Appelation d’Origine Contrôlée) czy włoski IGT (Indicatione Geografica Tipica). Z czasem zaczęto regulować przepisami nie tylko zasięg obszaru upraw, ale również określać, jakie odmiany winorośli można uprawiać na danym terytorium. Każdy, kto chciał określać na etykiecie pochodzenie swojego wina, musiał się tym przepisom podporządkować. Z drugiej strony, na straży wyłączności używania tych znaków przez uprawnionych stało państwo ze swoim aparatem przymusu – sankcje dotykały każdego, kto produkując wino np. w Apulii ośmieliłby się pisać na etykiecie, że pochodzi ono z Veneto. Terytoria takie nazywamy zwykle apelacjami kontrolowanego pochodzenia, albo po prostu apelacjami. System taki był wygodny dla winiarzy, bo przekładał się na wyniki finansowe.
wino_02
Jednak chyba nie tylko o to chodziło. Determinantą każdego poważnego winiarza jest produkcja wina o niepowtarzalnym smaku i aromacie. Takiego, które wdepcze konkurentów w ziemię i które przyniesie łatwo odczuwalne po ciężarze portfela profity. Dobre wina dobrze się sprzedają, to chyba oczywiste. Jednak wymaga to ogromu zaangażowania, wysiłku, wiedzy i doświadczenia, a najczęściej po prostu miłości do wina. Wiedza taka była gromadzona przez pokolenia, przekazywana z ojca na syna (córkę także). Naśladowanie postępowania rodziców w winnicy owocowało nabyciem doświadczeń nieosiągalnych w inny sposób. Szybko dostrzeżono, że prawdziwa jest ludowa mądrość „w jedności siła”, dlatego już od dawna winiarze bardzo często współdziałali z potencjalnymi konkurentami, bo dostrzegli, że im się opłaca. Wyrazem tej filozofii były wyżej wspomniane systemy apelacji. Najczęściej sami winiarze inicjowali prace legislacyjne w tym zakresie.
Ostatnie dwieście lat przyniosło doświadczenia wręcz bezcenne. Najpierw plagi filoksery i mączniaka w XIX wieku prawie wyniszczyły europejskie winnice. W wieku XX rozwój agrotechniki upraw o mało co nie sprowadził wina do poziomu zwykłego bimbru – okazało się bowiem, że wzrost wydajności winogron z hektara upraw nie idzie w parze z jakością wyprodukowanego z niej wina. To chyba przesądziło o karierze systemów kontroli jakości, które świetnie uzupełniły systemy kontroli miejsca pochodzenia. W efekcie we współczesnej Europie mało gdzie nie stosuje się ograniczania wielkości zbiorów z hektara – najczęściej poprzez odpowiednią gęstość nasadzeń krzewów, a w okresie wegetacji – poprzez tzw. „zielone żniwa”, czyli po prostu przecinkę kiści winogron: na krzaku pozostają i dojrzewają tylko grona najlepsze. Poznany kiedyś Włoch, członek znanej winiarskiej familii mówił, że są trzy sekrety produkcji dobrego wina: „Po pierwsze – dobre winogrona, po drugie – dobre winogrona, po trzecie – dobre winogrona”. Proces winifikacji też ma znaczenie, ale przede wszystkim liczy się jakość surowca. Nie do końca robi się to jednak spontanicznie. Podział terytorium kraju na regiony, a tych na apelacje, spowodował, że w każdej z nich istnieją bardzo rygorystyczne przepisy prawne precyzyjnie określające maksymalną lub minimalną powierzchnię działek przeznaczonych pod uprawę, maksymalną gęstość nasadzeń krzewów, maksymalną wydajność winogron z hektara, a często nawet sposób winifikacji, zwłaszcza minimalną długość okresu dojrzewania wina w beczce. Świetnym przykładem jest włoski system DOC/DOCQ, czy system francuski. Jeśli ktoś chce produkować w Italii wino, które będzie mógł oznaczać jako Chianti Classico DOCG, to po pierwsze – musi nabyć grunt w granicach regionu winiarskiego Chianti Classico (apelacji Chianti Classico) w Toskanii w jednym z siedmiu okręgów, którym przyznano status DOCG (Denominazione di Origine Controlata e Garantia), musi odpowiednią jego część obsadzić odpowiednią ilością krzewów odmiany sangiovese, zbierze winogrona w ilości nie większej niż pozwalają na to przepisy apelacji Chianti Classico i wytłoczy z nich sok, z którego zrobi wino, które, po jedenastu miesiącach dojrzewania w beczce i pewien okres czasu, wedle uznania winiarza (nie za długi, bo to kosztuje) w butelkach, będzie mogło dopiero trafić do hurtowników. No i jeszcze drobiazg: przez kilka pierwszych lat swojej działalności jego wina będą klasyfikowane jako wina stołowe. Jeżeli przez kilka lat będzie utrzymywał wysoki poziom swoich win, to w końcu komisja zezwoli mu na umieszczenie na etykiecie dumnego znaku Chianti – czarnego koguta oraz oznaczenia DOCG.
wino_03
Analizując historię powstania systemów apelacji kontroli pochodzenia i kontroli jakości, bez trudu dostrzeżemy dwie kwestie, które legły u ich podstaw. Po pierwsze – ekonomia. Gołym okiem widać, że beneficjenci systemów, to jest winnice, które znajdują się na terenach apelacji i stosują się do regulujących je przepisów prawa winiarskiego, mają zapewnione wyższe ceny swoich produktów. Automatycznie mają więcej pieniędzy na inwestycje, a konkurencja zostaje w tyle. System taki ma również wady: prowadzi do gigantycznego wzrostu cen gruntów (w regionie Montalcino w Toskanii ceny za hektar rozpoczynają się od 2-3 mln euro) i wzrostu cen win. Wina stają się nieosiągalne dla ludzi, którzy mają więcej dobrego smaku, niż pieniędzy. Ogranicza to rozwój całej branży i wystawia ją na atak konkurencji z zewnątrz. Po drugie – jakość win. Nie da się ukryć, że rygorystyczne przepisy wymuszają dobrą jakość win. Wystarczy choćby porównać chianti obecnie produkowane w Toskanii, z chianti sprzed dwudziestu lat – tanią, cienką masówką pakowaną w plecione koszyczki.
Ponadto systemy apelacji stają się zbyt ciasne dla wielu winiarzy. Obowiązek wytwarzania win ze ściśle określonych szczepów, z góry określony poziom zawartości alkoholu w winie czy narzucony czas dojrzewania wina powodują, że co rusz ktoś buntuje się przeciwko takim ograniczeniom. Słynne supertoscany to nic innego jak wyraz takiego buntu. Są to wyśmienite wina, nie ustępujące w niczym najlepszym winom produkowanym w ramach systemu apelacji, a formalnie klasyfikuje się je jako zwykłe wina stołowe.
Tak jest w Europie. Nowy Świat cieszy się większą swobodą. Systemy apelacji kontroli pochodzenia i jakości występują tam zwykle w formie zalążkowej, a mimo to i tam robi się wina wybitne, zwłaszcza w krainie kangurów. Jednak co rusz pojawiają się tam oddolne inicjatywy zmierzające w kierunku wypracowanym przez nasz kontynent. Póki co winiarze w obu Amerykach i Australii mogą cieszyć się swobodą, o jakiej w Europie można tylko pomarzyć.
Na koniec – jako zadeklarowany wolnorynkowiec stoję przed wielkim dylematem. Z jednej strony widzę, jak winiarskie przepisy krępują ludzkie działanie i deformują rynek, który bez nich poradził by sobie doskonale. Z drugiej strony obawiam się, że np. bez przymusu ograniczania wielkości zbiorów, zamiast kieliszka wspaniałego burgunda sączyłbym pewnie teraz jakiś wyrób winopodobny, bez cudownej głogi aromatu i o płaskim smaku. Czy można w tym przypadku znaleźć złoty środek?
Sławomir Kowalczyk

33 KOMENTARZE

  1. Oczywiście, że można znaleźć złoty środek – precz z protekcjonizmem i interwencjonizmem państwa będącego pod wpływem wąskiej grupy winiarzy i narzucającemu różne ograniczenia pozostałym nie tylko winiarzom jednego kraju ale również innym krajom. Niech żyje wolna konkurencja w każdej branży czy samochodowej czy winiarskiej, absolutna wolność z bankructwem, jako odpowiedzialnością dla psujących jakość auta czy wina. Ten artykuł jest dowodem na socjalizm w Unii Ewropejskich Republik Sowieckich, dowodem na socjalizm w rolnictwie w ogóle, a w winnicach i winach w szczególe. Smutne, że może być więcej wina, dobrego wina i taniego wina, a biurokratyczne i monopolistyczne przepisy narzucone przez polityków i biurokratów nie dopuszczają do tego. Kto traci? Konsument i odbiorca. Kto zyskuje – wąska grupa cwanych winiarzy oraz politycy i biurokraci biorący od tych pierwszych forsę na kampanie wyborcze albo w innej formie nagrody(czy nie nazwa się to łapówka czasem?)

  2. Wydaje mi się, że z wolnym rynkiem w winach nie jest tak źle, a dylemat, który dręczy Autora świetnego artykułu, można jednak rozwiązać. Otóż dopóki przynależność do quasi-korporacji, jakimi są apelacje, nie jest obowiązkowa, i dopóki wina „bezapelacyjne” mogą konkurować z apelacyjnymi, wszystko jest w porządku. Dobrowolne poddanie się kontroli jakości nie wypacza wolnego rynku, tylko służy jego rozwojowi. Inna rzecz, że w Europie wtrąca się w to wszystko państwo. Na szczęście jest jeszcze Nowy Świat ze znakomitymi winami, które „bezapelacyjnie” biją na głowę Francuzów – pod względem stosunku jakość/cena.

  3. Najlepiej wywoływać gusta i guściki i wmawiać, że coś jest dobre albo złe albo bardzo złe albo bardzo dobre albo…i zmówić się i zorganizować monopol. Najlepszyą kontrolą jakości jest smak pijących wina, a smaki są bardzo różne jak i gusty. A starożytni mawiali, że o gustach się nie dyskutuje – jednemu będzi smakowć podłe wino francuskie innemu wyborne wino argentyńskie a jeszcze innemu sikacz z niechcic. Sztuczne wywoływanie zapotrzebowanie na jedne produkty lub blokowanie innych nazwa sie manipulacją czyli KŁAMSTWEM.

  4. Kilka dni temu w publicznej tvp pokazywali program z kucharzem panem Makłowiczem pt: „podróże kulinarne…”. Tym razem był w Mołdawii, a jak chcą co nie którzy w Mołdowii. Oprowadzał po winnicach mołdawskich i twierdził, że wina z tych winnic są wyśmienite. Oprowadzał, a właściwie objeżdżał piwnicę z winami, której korytarze ciągną się 200 km i bez samochodu trudno po nich się poruszać. Wina mające klikanaście lat są tam przechowywane w olbrzymich beczkach i omszałych butlach i bitelkach. Niesamowite. I prorokował, że jak będą inwestycje i reklama to wina moldawskie stana się tygrysami winiarstwa. Teraz moja uwaga jak wejdą do UE to francuzy, hiszpany, włosi i inni narzucą takie restrykcje obszarowe upraw, zasadzeń krzaków winnych i inne, że zanim Mołdawia zacznie to już skończy się. Cała tajemnica wybornych win od żabojadów, makaroniarzy i podobnych krajów winnych. Każdy z nich ma różną specyfikę gleb, klimatu, sposobów produkcji wina i trzeba im dać ze sobą konkurować swobodnie i bez żadnych ograniczeń. Klienci zasmakują i będą decydować co kupować, zwłaszcza, że ceny będą musiały być na kieszenie różnych pijusów. To nie może decydować nalepka z takimi czy innymi skrótami od nazw jakiś cwaniaków i uzurpatorów wszystko niby wiedzących o winie i jego smaku. Może zorganizujmy konkurs win – po jednej butelce z: Portugali, Hiszpani, Francji, Włoch, Grecji, Bułgari, Rumuni, Mołdawi, Węgier i Chorwacji, czerwonego półwytrawnego i jeden z członków komisji nalewa bez podawania jakie to wino z jakiego kraju, a reszta z pięciu ocenia. Za kilka dni podobny konkurs z winami z Armeni, Gruzji, Niemiec, Austri, Słoweni, Serbi, Kaliforni, Chile, PołudniowejAfryki i Australi i podobna próbowanie. Pięć pierwszych z jednego i z drugiego próbowania weszłaby do trzeciego finałowego etapu. Punktacja trzy stopniowa: dobre(bo innych win nie ma), bardzo dobre i wyśmienite. Wino które uzyskałoby najwięcej stanie się wzorcowe dla nas domorosłych kiperów. Co zrzucamy się na zakup wina i organizację konkursu wewnątrzpiotrkowskiego winasmakoszy?

  5. Konkurs rzecz niegłupia, ale nie wiem czy nie należałoby tego rozłozyc na więcej niż dwa dni, ponieważ nie wyobrażam sobie żeby wypluwać degustowane wino do spluwaczek, no, chyba że byłoby podłe… Bo przy takiej ilości butelek (krajów), w pewnym momencie trudno juz byłoby dostrzegać różnice… 🙂

  6. Gdyby to było takie proste… Obawiam się, że problem nieprędko da się rozwiązać. Póki co, wygląda na to, że Europa jednak przoduje. Faktem jest, że wina z Nowego Świata mają lepszą relację ceny do jakości (i dzięki Bogu!). Jednak od kilku lat obserwuję, że najlepsze czerwone wina argentyńskie czy australijskie upodabniają się, jeśli chodzi o styl, do najlepszych win europejskich. Wystarczy skosztować wina Mauricio Lorca z Valle de Uco w Argentynie (najlepiej w ciemno)by później się zakładać, że piło się gran cru z Bordeuax, że nie wspomnę o modzie na świeże owocowe (styl, nie surowiec) wina, która zaczęła się w Europie i ogarnia powoli resztę świata (nowe produkcje z Urugwaju, Chile, Nowej Zelandii i in.). Natomiast bezsprzecznie Nowy Świat dominuje pod względem technologii upraw i winifikacji (chociaż ostatnio i w Europie, choćby w Portugalii, pojawiają się ciekawe technologie). Mój dylemat bierze się stąd, że niestety kanony w winiarstwie ciągle zdaje się wyznaczać przeregulowana Europa, a nie wolny (jeszcze) Nowy Świat.

  7. „piwosz” nie pisza, że ma się degustacja odbyć w jeden dzień. Myślę, że dwa dni co trzy tygodnie byłoby dobrym rozwiązaniem na początek konkursowania winnego i należałoby połączyć to z serami, boczkami, szynkami i innymi smakołykami; wina słodkie i białe chyba należałoby smakować z ciastami czy innymi deserami.

  8. A co z winami z innych owoców niż winogrona to jak je nazwać jeżeli Ewropejska Unia Krajów Socjalistycznych nazwę wino zarezerwowała dla win tylko z winogron. Pamietam jak Polska i kraje skandynawskie, bodajże, że Szwecja i Finlandia protestowały przy nazwie wódka tylko nie pamiętam czy ze zbóż czy z ziemniaków i nie bardzo pamiętam jak się ta cała alkoholowa aferka skończyła. Wiadomo przecież, że marchewka jest owocem tak mądrzy z odpowiedniej komisji ewropejskiej zdecydowali i mamy się temu bez szemrania podporządkować jak i w innych wszelkich sprawach. Gdzie polska dusza rogata,gdzie sprzeciw do uciskającej władzy, wszelkiej władzy – okupacyjnej czy zaborczej czy własnej również, ech gdzież ona gdzie???

  9. Piwosz podsuwa ciekawe propozycje degustacyjne. Pytanie tylko, czy ma jakiegoś sponsora. Bo wino to jedno, ale – jak proponuje: sery, boczki, szynki> rozumiem, że n ie chodzi o wina za 10 zł, jak i wędliny za 10 zł. Poniżej szynek parmeńskich nie ma co schodzić. Wina też powinny trzymać jakiś poziom. Dla lubiących wina a nielubiących płacić za nie zbyt dużych pieniędzy dodam, że najlepszą pod tym względem oferte ma „Biedronka”. Obecnie ma na stanie pijalne portugalczyki, francuzy (choć tu juz gorzej) i wina hiszpańskie (niektóre naprawdę smaczne) – przedział cenowy 10-29 zł. Nawet chilijski Casillro del Diablo, kosztujący zwykle w innych sklepach od 34 do 50 zł, w „Biedronce” można kupić za 24 zł. Pewnie paru importerów win, czerpiących dotacje z UE, zrobi wkrótce aferę, że w „Biedronce” wyzyskują ludzi!!!
    Przy okazji… Zauważyłem, że nawet na stronie internetowej Magazynu wino” http://www.magazynwino.pl, na dole są unijne gwiazdki. Kupuje ten magazyn od początku, choć obecnie będę robił to z lekką niechęcią 🙁

  10. E tam, w tej „Biedronce” to są podróby i działają w szarej strefie przeciw naszej kochanej i uczciwej Unii Europejskiej.

  11. co do sponsora na degustacje to nie można wystąpić do odpowiednich agend Unii Europejskiej o dofinansowanie Winnej Komisji Regionalnych Smakoszy Piotrkowskich, przeciez Unia Europejska daje pieniądze na tego rodzaju działalność śmiesznych komitetów? Uzasadnienie wymyślimy a papiery umiejętnie wypełnimy z dowodem, że mamy te 60 do 80% wkładu własnego. Stać nas, Polak potrafi.

  12. Translacje, Interakcje, Performens i podobne dziwolągi mają poparcie władz wszelkiego rodzaju to my nie możemy na działalnośc smakoszy w ramach popularyzowania kultury picia wina wycisnąć pieniędzy? Nie ma prawników i innych wydrwigroszy co wiedzą jak to zrobić?

  13. A słyszeliście o śliwowicy łąckiej, a o muzeum samogonu na podlasiu? To jest polska tradycja i jeszcze większa miody pitne a sytne oraz piwo, a nie wino. Polacy pijali wpierwej miody, piwo, wino a w producji siwuchy i samogonu zaczęli sie specjalizować na samym końcu Polski w XVIII wieku. Niestety. Co wy z tym winem siwucha, wódki, nalewki różne jarzębiaki, wiśniówki, żubrówki i podobne to jest polska, nasza specjalnośc a nie te żabojadzkie i makarońskie płyny. Ech jakich ja czasów dożyłem, trzeba umierać, ginie tradycja w narodzie. Z win to węgrzyn jedynie miał markę w Polsce, a reszt….Szkoda gadać!

  14. Wina, wódki kolorowe i czyste, koniaki, brendy, piwa i inne różne napitki są dla ludzi. Jest jeden problemik odpowiedni trunek, w odpowiedniej ilości, w odpowiednim czasie i z odpowiednimi ludźmi należy delektować. I tu jest butelka pogrzebana – co to znaczy odpowiedni trunek, odpowiednia ilość, odpowiedni czas i odpowiedni ludzie, a jaki rodzaj napoju jest sprawą drugorzędną. Zgodzi się ktoś czy nie z tą myślą?

  15. Są jeszcze miody pitne i miody sytne oraz starki, winiaki i ich zagraniczne odmiany czyli cherry, są siwuchy i denaturat równiez. Trochę smakowitości do delektowania czy sączenia jest, nie tylko wino. Rozumiem, że trzeba się snobować i wyróżniać z tłumu pijących wódę ale bez przesady, że tylko wino i nic więcej.

  16. A o drinkach i koktajlach słyszeli, aaa! Do nich oprócz alkoholi słabych i mocnych potrzebne są owoce, soki, napoje i nektary oraz lody i kremy. Co lepsze od wina czy takie same? zwłaszcza, że często wino plus soki plus wódka plus owoce daje niesamowite wrażenia smakowe i wizualne, słyszeli, aaa! Smakowali, sporządzali,aaaa!

  17. Co z tym konkursem smakoszy? Może zmniejszyć ilość win na 5 za dwa / trzy dni następna 5 i za następne dwa / trzy dni z tej dziesiątki wyselekcjonować pierwszą 3. Robimy zrzutke i tworzymy fundusz konkursowy już bez tych smakowitych zagryzek jak chce „piwosz” czy jak mu tam? Faktycznie dzisięć win wypić to do domu nie ma powrotu, to zmniejszmy ilości smakowanych win za to zwiększmy częstotliwość degustowania go. Tylko ta forsa i ten sponsor. W Piotrkowie powstała jakaś Loża Kulturalna oraz dziwoląg Ośrodek Działań Artystycznych, to może trzeba z nich brać przykład jak brać forsę z kasy publicznej czyli miejskiej. Życie, dobr życie na cudzy koszt jest fajną sprawą, a użycie jeszcze lepszą.

  18. Czy jest możliwość do skłonienia Pana Stanisława Michalkiewicza do napisania artykułu na temat wina w ogóle, a francuskiego w szczególe oraz wolności w branży winnej i innej alkoholowej, gdyż podobne problemy jak przypuszczam są w wódkach, koniakach itp. Oraz drugie pytanie – na konserwatyzm.pl jest wypowiedź Pana Stanisława Michalkiewicza na temat postawy Radia Maryja przed wyborami oraz o opini prezesa jarosława kaczyńskiego na temat Traktatu Lizbońskiego, czy będzie umiesczona na prokapitalizm.pl? Na swoim sprzęcie komp. nie jestem w stanie go odtworzyć, za słaby. Może tekst pisany będzie lepszym rozwiązaniem?

  19. O ile dobrze zauważyłem, ten dział na prokapie, nazywa się kultura wina, a nie wódki czy piwa. A pan „bimbrownik”, „zakąska”, „stary starka” (po stylu wyczuwam, że to jedna i ta sama osoba), ciągle swoje. Jasne, że mozna dyskutować, ale cóż można odpowiedzieć na pytanie: „Czy o śliwowicy słyszeli?” Jasne że słyszeli a może nawet i lubią… Ale tu chyba jest dział winiarski a nie śliwkarski?

  20. O ile wiem, nie ma takiego działu jak winiarstwo. I dobże jaszyż. A może się mylę?

  21. Dziękuje wejdę. Byłem przekonany, że chodzi o kulturę w ogóle jako takom, a nie tylko o kulture picia czegokolwiek.

  22. Wino jednoczy i nie ma barw politycznych!!! pan napieralski oseł z SLD zadeklarował się jako miłośnik alkoholi, szczególnie win, a jeszcze bardziej szczegółowo win czerwonych(wiadomo! CZERWONE!!!)półwytrawnych oraz win mołdawskich(?!???!). Na drugim miejscu wymienił wódki czyste ale nie pod śledzia, zboczeniec jakiś czy nie naszej polskiej krwi???

  23. Nikt z Panów nie poruszył sprawy wina czy alkoholu ideologicznego! Należy KUPOWAĆ WINA nie francuskie czy hiszpańskie ( bo to socjaliści i protekcjoniści-interwencjoności) ale wolnościowe: MOŁDAWSKIE właśnie smakuję, AUSTRIJACKIE, NOWOZELANDZKIE, CHILIJSKIE, BUŁGARSKIE, POŁUDNIOWOAFRYKAŃSKIE, ARGENTYŃSKIE, ITP!

  24. Piszę przecież, że prosto z Bułgarii i w Polsce na razie go nie ma. Czerwone i półwytrawne, trochę z owocowym smakiem, trudno mi określić smak owoców, chyba wiśni i porzeczek albo brzoskwinie z morelami, cierpkawe i słodkawe jednocześnie. Smakowite. Zakorkowane prawdziwym korkiem.

  25. na stronie „rzeczpospolita” z 14.X.2009, środa, dzień nauczyciela w pasku z ostatniej chwili jest informacja:” Otwieranie oiwniczek winnych na Morawach Poludniowych”. Krótka ciekaw, zapachniało smakami win różnych.

  26. KANONIER artylerii klasycznej mgr KORZON Piter do RAPORTU natychmiastowego się meldować !!!!!!! Pytanie brzmi o której mają być oddane salwy z luf gładkolufowych produkcji wszelkiej byleb nie FRANCOWATEJ., tfu w niej leży całe zło. Czy godzina ta jest 16.3o, 17.3o, czy 19.45 ???? Jaka by ona nie była salwa owa jest salwą żałobną i składać się powinna co najmniej z 7 luf gładkolufowych na jednego kanoniera. A jest strzelać za żałobny ton – robitej UPR i zdradzonej Polski. Przyszłość i to bardzo bliska oceni tych wszystkich drani co zdradzili Polskę i rozsiekli w tłuszczy amoku UPR na demokratyczną sieczkę. Więć rozkaz wygląda następująćo: „do godziny 14.oo podać godziny oddawania salw armatami gładkolufowymi i ile jest potrzeba bateri przynajmniej minimum ich oraz jakie są preferowane środki pirotechniczne, zaznaczam, żę francuckie będą rozbijane o mury obronne bez otwierania i od razu.”

  27. opiniotwórcza gazeta uruchomiła stronę: klubwinarzeczpospolita.pl; dość ciekawa

Comments are closed.