Wiele doskonałych pomysłów, które nie zostały docenione w swoim czasie, może się teraz stać źródłem inspirujących innowacji – twierdzi Steven Poole w książce „Rethink. Why the Future of Innovation Depends On the History of Ideas”.

Jak pisze Steven Poole w swojej książce (jej polski tytuł to „Przemyśl to jeszcze raz. Dlaczego przyszłość innowacji zależy od wcześniejszych pomysłów”), zwykle postrzegamy przeszłość tak, jakbyśmy byli wtedy mniej intelektualnie rozwinięci niż obecnie. I często tak bywa. Było jednak także wiele doskonałych pomysłów.

Mało kto wie, że pierwszy elektryczny samochód zbudowano już w 1837 r. (zrobił to chemik z Aberdeen Robert Davidson) a pod koniec XIX w. po Londynie, Paryżu, Berlinie i Nowym Jorku jeździła flota elektrycznych taksówek ze względu na charakterystyczne buczenie elektrycznego silnika zwanych kolibrami (ang. humming bird, czyli dosłownie „buczący ptak”).

Elektroniczne (nie)nowinki

Na przełomie XIX w. i XX w. tylko po amerykańskich drogach poruszało się 30 tys. elektrycznych aut. Były one bardziej popularne od spalinowych. Robiły mniej hałasu i nie wydzielały zanieczyszczeń z rury wydechowej. Panowało powszechne przekonanie, że XX wiek będzie należał do takich samochodów. Odkrycie dużych złóż ropy naftowej, a przede wszystkim sprzedaż przez Henry’ego Forda aut benzynowych po cenie o połowę niższej od elektrycznych praktycznie zabiła rynek samochodów na prąd. Dlatego kiedy w 2004 r. Elon Musk założył firmę produkującą nowoczesne elektryczne auta Tesla, prawie wszyscy byli przekonani, że to zły pomysł.

– Inwestorzy uciekali gdzie pieprz rośnie – wspominał J.B. Straubel, współzałożyciel Tesli.

Na szczęście Musk mógł sam sfinansować pierwszą fazę rozwoju firmy. W 2015 r. sprzedał 50 tys. elektrycznych aut rocznie, a na rynek elektrycznych aut weszły renomowane koncerny motoryzacyjne (Nissan, BMW).

Kolejny interesujący przypadek to historia elektronicznych papierosów. Ich oficjalna historia mówi, że wymyślił je w 2003 r. chiński farmaceuta Hon Link, który palił trzy paczki tych tradycyjnych dziennie, a chciał rzucić. Dziś sprzedaje się na całym świecie e-papierosy za 7 mld dol.

Coś zadziwiająco podobnego wymyślił i opatentował w 1965 r. Amerykanin Herbert A. Gilbert. Jego wynalazek nigdy nie został wprowadzony do sprzedaży. Pokazywał go szefom firm chemicznych, farmaceutycznych i tytoniowych, a po prezentacjach pokazywano mu drzwi. Lata 60. był to bowiem złoty okres dla firm tytoniowych. Zaledwie 1/3 Amerykanów podzielała opinię, że palenie powoduje raka, papierosy były w modzie i nie było zapotrzebowania na mniej szkodliwą alternatywę. Na początku XXI w. już nikt rozsądny nie wątpił w szkodliwość palenia, mnóstwo ludzi próbowało je rzucić i szukało na to sposobów. Rynek dojrzał do elektronicznych papierosów.

Złote drzewo istnieje

Po kilku ciekawych przykładach odkrytych na nowo biznesowych pomysłów z przeszłości autor podaje dość zadziwiające przypadki z innych dziedzin. Powołuje się na alchemię uważaną dziś za coś na granicy parapsychologii, pseudonauki i zwykłego oszustwa. Według XVII-wiecznych zapisków alchemików zasianie specjalnego „złotego nasionka” miało doprowadzić do wyrośnięcia złotego drzewa. To drzewo miało być prekursorem bardziej znanego kamienia filozoficznego (który z kolei miał zamieniać ołów w złoto) Na pierwszy rzut oka kompletna bzdura.

Dekadę temu Lawrence Principe, amerykański chemik i historyk nauki, postanowił sprawdzić, czy przypadkiem nie ma w tej koncepcji ziarna prawdy. Wykorzystał tzw. rtęć filozoficzną, formę rtęci, o której przeczytał w alchemicznych zapiskach niejakiego Roberta Boyle’a, skądinąd jednego z ojców współczesnej chemii. Zgodnie z jego recepturą zmieszał filozoficzną rtęć ze złotem i zapieczętował powstałą miksturę z szklanym jaju. Na jego oczach mikstura zaczęła wytwarzać bąbelki, a następnie rosnąć jak bochenek chleba, by w końcu zamienić się w ciecz. Po kilku kolejnych dniach podgrzewania ta zamieniła się w strukturę z gałęziami, czyli po prostu… złote drzewo.

Jeśli ktoś uzna, że uwiarygodnianie alchemii za pomocą anegdot albo pojedynczych przykładów za nadużycie, to w dalszej części książki czeka go więcej niespodzianek. Oto historia Ruperta Sheldrake’a, dobrze zapowiadającego się naukowca, który na początku lat 80. XX w. opublikował książkę „A New Science of Life” (Nowa nauka o życiu). Recenzent renomowanego magazynu „Nature” nazwał ją „ćwiczeniem w pseudonauce” i „najlepszą od lat kandydatką do spalenia”. Sheldrake napisał później także książkę o rzekomej zwierzęcej telepatii zatytułowaną „Dogs That Know When Their Owners Are Coming Home (Psy, które wiedzą, kiedy ich właściciele wracają do domu), która znalazła pół miliona nabywców.

Autor podaje przykład Sheldrake’a jako kogoś, kto próbował postawić tezę stojącą w sprzeczności ze stanem wiedzy i został potraktowany jak trędowaty. Odmawiano mu pieniędzy na badania, przestano go zapraszać na konferencje naukowe. Poole nie rozstrzyga, czy Sheldrake miał rację, ale uważa, że nie można od razu skazywać na ostracyzm każdego, kto zaproponuje ideę sprzeczną z tym, co się powszechnie uważa. Te przełomowe pomysły, które zmienią świat, często są na początku odrzucane przez większość.

To nie jest sposób

Doceniam Poole’a za zebranie wielu ciekawych przypadków, ale wrzucanie do jednego worka samochodów elektrycznych, telepatii, alchemii i homeopatii wydaje się lekkim nadużyciem. Sceptycyzm establishmentu wobec różnych szalonych pomysłów jest najczęściej uzasadniony i mam wątpliwość, czy pojedyncze przypadki, gdy autorytety się myliły, istotnie zmieniają sprawę.

Interesujące byłoby natomiast znalezienie lepszych metod analizy, które pozwoliłyby na to, by dobrych pomysłów nie trzeba było odkrywać na nowo po kilkudziesięciu latach. Według Poole’a receptą jest otworzenie się na pozornie absurdalne i niepoparte żadnymi naukowymi dowodami koncepcje. Mnie ta teoria nie przekonuje. Wydaje się, że jej skutkiem może być zalew wykorzystujących ludzką naiwność do zarobienia pieniędzy szarlatanów.

Jan Piński

Otwarta-licencja