Na bankierze pisano ostatnio, że „Pieniędzy przybywa w tempie 10%, ale inflacja wciąż nieobecna”. Wymarzona pożywka dla przeciwników złota. No bo skoro kasy przybywa, a ceny nie rosną, w tym zwłaszcza złota to goldbugs i reszta tej paczki to jakaś pomyłka, czyż nie?

 A właśnie, że nie!

Dziś szczypta historii, która pokazuje, że metale drożeją z opóźnieniem. A więc pieniędzy może przybywać przy braku zmiany ceny kruszcu lub nawet jego spadku. Do czasu rzecz jasna, do czasu…

Tym razem rzecz się dzieje w XVIII wiecznej Szwecji, pierwszym europejskim kraju, który wyemitował banknot (jeszcze w XVII wieku).

W 1745 roku rezygnuje ona z wymienialności banknotów na srebro. A metal, skoro wyrzucony za monetarną burtę, od razu daje pole do popisu drukarzom. O dziwo, papier spuszczony ze smyczy nie szaleje szczególnie silnie. Przynajmniej na początku. Utrzymuje się więc pewna stabilizacja, dzięki której ceny nie rosną skokowo. Sytuacja do złudzenia podobna do tej, którą widzieliśmy choćby w Cesarstwie Niemieckim, które przystąpiwszy do tzw. Wielkiej Wojny w 1914 roku zrezygnowało ze stosowania złota w roli pieniądza. Co zaczęło się dziać po 1918 rok dobrze wiemy. Do tego czasu podaż pieniądza rosła, a Niemcy jakoś nie dostrzegali horrendalnego wzrostu cen tudzież ciemnych chmur w swoich prognozach ekonomicznych. Wróćmy do Szwedów.

Wszystko co dobre szybko się kończy. I tak po ok. dekadzie, albowiem w 1756 roku Szwedzi przystąpili do wojny, o zasięgu światowym. Liczba zabitych miała być siedmiocyfrowa, to tak na marginesie. Rząd szwedzki, nie inaczej niż politycy innych państw, był gotowy wydać na to trochę pieniędzy. Z uwagi na to, że srebro nie było już pieniądzem to deficyty uzupełniano papierowymi banknotami. I to właśnie był początek przyspieszenia procesu „bogacenia się”.

Podaż – dalerów, a więc szwedzkich talarów – zaczęła zmierzać w kierunku północnym. Wzrosła niebywale w ciągu następnych lat. W tym czasie czołowy ekonomista Uniwersytetu w Uppsali, P.N. Christiernin, nie tylko określił przyczyny oraz przewidział konsekwencje inflacji, lecz co więcej zaproponował środki zapobiegawcze.  Jeszcze zanim wojna i błędy ekonomiczne zebrały swoje gorzkie żniwo nasz szwedzki ekonomista poinformował o tym jak uniknąć niepożądanego przebiegu wydarzeń! Taki ówczesny Schiff lub Rueff, jak kto woli.

Jaka była reakcje polityków? Wcale nie zaskakująca. Finansowanie wojny było ważniejsze, nawet pomimo przedstawionej czarnej perspektywy, która obrazowała spadek dobrobytu obywateli. To w końcu dla nich politycy wysyłali na front synów i mężów, którzy ginęli w imię „jedynie słusznych” idei i dla dobra przyszłych pokoleń. Drukarki chodziły pełną parą, a pieniążki trafiały do obiegu gospodarczego. Cóż zrobić… Homo politicus swoje wie, i nic ponad to. I wara od niego, a jak nie, to pilnować się, bo powiedzą żeś zdrajca.

Takie zachowanie to niemalże archetyp upodobany sobie przez historię, która regularnie do niego wraca.

Szwedzką scenę polityczną charakteryzowała w tamtym okresie rywalizacja dwóch partii, z których Hattpartiet, a więc Partia Kapeluszy obawiała się wpływów Rosji i skłaniała się z tego powodu ku sojuszowi z Francją, zaś opozycyjna, Mösspartiet, tj. Partia Czapek była prorosyjska. Ta pierwsza przez niemal ćwierćwiecze – od 1739 do 1765 roku – sprawowała rządy. Cieszyła się poparciem społeczeństwa, zwłaszcza od czasu przystąpienia do wojny. Działo się tak, ponieważ partia ta zwiększając podaż papierowego pieniądza pobudziła w sztuczny sposób gospodarkę. Dała jej „kopa”, po którym musiała nadejść „czkawka”. Ilość dalerów rosła.

Z 6,9 mln w 1745 roku zrobiło się ich 13,7 mln w 1755 roku. Rok później było to już 20,9 mln. Wojna dobiegła końca. Czy to oznacza, że dodruk się zakończył? Nie. Podaż pieniądza dalej rosła.

Co więc wyszło z dodruku papierowego pieniądza? Początkowo ludzie zaczęli odczuwać wzrost dobrobytu, gdyż mając więcej pieniędzy było stać ich na więcej. Wstrzyknięty do gospodarki pieniądz zasilił kieszenie konsumujących obywateli. Przez pierwszych kilka lat, mniej więcej do przełomu dekad, obywatele żywili przekonanie, że partia rządząca mądrze prowadziła kraj.

W tym miejscu mógłby zabrzmieć głos tzw. goldhejtera: „Pieniędzy przybywało, a ceny nie rosły, a już na pewno nie złota i srebra… i co? Łyso?”

„Spokojnie” – odpowiedzieć należy. Zanim alkohol przeniknie do krwiobiegu musi minąć trochę czasu. A gospodarka to też organizm, który reaguje podobnie i nie od razu. We wszystkim potrzebny jest czas. Przed pewnymi rzeczami uciec się po prostu nie da. Tak przed promilami we krwi jak i wzrostem cen na skutek wzrostu podaży pieniądza (bez zwiększenia podaży dóbr). Dlaczego?

Dlatego, że mechanizmy ekonomiczne są nieubłagane i działają tak samo od tysiącleci! Rachunek musiał być ostatecznie wystawiony. W 1760 roku ceny miały rozpocząć swą wędrówkę do góry. Nastąpił koniec tłustych lat, a ludzie zaczęli być niezadowoleni. Byliby ewenementem, gdyby zareagowali inaczej. Ceny rosły, ale sakiewek rząd już nie napychał w sztuczny sposób.

W 1762 roku podaż pieniądza sięgnęła aż 44,6 mln. Oznacza to, że w ciągu 17 lat wzrosła o 546%.

Następnie podaż szwedzkich talarów zaczęła się stopniowo zmniejszać. Ale czy ceny zaczęły spadać? Nie! Dlaczego? Dlatego, że za wzrostem cen nie tylko stoi wzrost podaży pieniądza i kredytu (który zwiększa podaż depozytów), ale również ludzkie emocje. Ludzie widząc wzrost cen w obawie przed kontynuacją trendu kupują na zapas, co winduje popyt. Samospełniające się proroctwo zaczęło działać. I tak ceny towarów i usług rosły w górę. Podobnie kurs wymiany szwedzkiej waluty. Doszło nawet do tego, że zawieszono wymianę banknotów na drobne monety z miedzi, ponieważ – jakże absurdalnie – na uzyskanie monety z określonym nominałem potrzebna była taka ilość banknotów, która nominalnie była wyższa. To tak jakby za 5 groszy wykonanych z miedzi należało zapłacić 10 groszy papierowych. Trąci to nieco brakiem logiki… 5 jest równe bowiem… 10! Podobnie rzecz się miała ze złotem i srebrem. Ich wartość rosła nie tylko dlatego, że traktowano je jako towar (którymi w istocie są), ale również dlatego, że miały dodatkową funkcję, w której zawsze są najlepsze (funkcję bycia pieniądzem 🙂 ).

Kolokwialnie rzecz ujmując banknotowe promile przestały napływać do gospodarczego krwiobiegu. Ekonomia zaczęła trzeźwieć, ale ból głowy w postaci cen bezlitośnie wzmagał. Nie trwało to tylko do wieczora.

Wzrost cen utrzymywał się do 1765 roku. W tym czasie naiwny tłum w swym niezadowoleniu wskazał w wyborach na opozycyjną do tamtej pory Partię Czapek. Zapewne w nadziei, że nowo wybrani politycy lepiej sobie poradzą z zaistniałą sytuacją. Licząc także, że „Czapki” zaaplikują jakiś ekonomiczny Alka Seltzer. Wielu wówczas myślało, że gorzej być już nie mogło. Tymczasem, okazało się, że jednak mogło.

Tak się składa, że konsekwencje aplikowania zbyt dużych dawek używek mają wiele wspólnego z nadużywaniem pieniądza. Ot choćby powiedzenie, że „Na kaca najlepsza jest ciężka praca”. I słusznie, to co podnosi bowiem gospodarki z kolan to wzrost produktywności, a więc praca z trzeźwym umysłem i w pocie czoła, dzięki czemu rośnie podaż dóbr.

Podkreślmy, zdrowy rozwój wymaga WYSIŁKU. Bez tego ani rusz. Manipulowanie gospodarką za pomocą papierowego pieniądza ZAWSZE się źle kończy.

ZAWSZE. Dlaczego?

Dlatego, że człowiek obcuje z pieniądzem – zastosujmy tu przymiotnik stosowany przez samego Rueff’a – niezarobionym.

Jak to często bywa z politykami, którzy przejmują stery po latach bycia w opozycji , Partia Czapek postanowiła od razu zabrać się do ciężkiej pracy (brzmi znajomo?). Żywiąc – prawidłowe, trzeba to uczciwie przyznać – przekonanie, wedle którego spadek siły nabywczej pieniądza lub jak kto woli wzrost cen był spowodowany przyrostem papierowych banknotów, rządzący postanowili – tym razem bardzo błędnie! – wycofać je z obiegu w stopniu znaczącym. Czyniąc to, ceny rzeczywiście miały zejść w dół, lecz ów deflacyjny zabieg miał być wykonany sztucznie. W praktyce nie czyniło to różnicy, a nawet miało negatywne skutki uboczne. Cóż bowiem obywatelom z niższych cen, kiedy równocześnie z obiegu znikało równie wiele pieniędzy? Politycy wylali więc dziecko z kąpielą.

Zawsze tak robią. Chcą wszystko regulować, co jest totalnym idiotyzmem. Jak można chcieć regulować ceny, popyt, podaż pieniądza i szereg innych czynników z nadzieją, że utrzymają się one na jakimś stałym poziomie skoro GOSPODARKA JEST SYSTEMEM DYNAMICZNYM. Należy jej umożliwić rozwój poprzez utrzymanie jak najmniejszej liczby regulacji. Laissez faire!

Zanim jednak doszło do depresji w postaci spadków cen po deflacyjnym zabiegu „Czapek” na scenie pojawił się znów P.N. Christiernin. Ten sam, który słusznie wcześniej przewidywał już kilka lat wcześniej co wyjdzie z działań „Kapeluszy”. Wytłumaczył on wszystko w szczegółach, ale i dodał, że nagłe wycofanie pieniędzy z rynku wywoła depresję ekonomiczną. Lecz i tu znów, politycy wiedzieli „lepiej”.

Nakazali wycofywać banknoty, żeby zmniejszyć ceny. A te zgodnie z prognozą spadały, zaś ludziom starczało na mniej. Dlaczego? Bo mieli mniej pieniędzy. Przybywało im za to coraz więcej złości.

To co dziwi, to to, że prostota fundamentalnych zasad ekonomicznych rozbija się o umysły polityków niczym groch o mur. I nas obywateli też. Przecież nie oddawalibyśmy głosów na tych, w których widzimy niekompetentnych, czyż nie?

Szwedzi przełożyli swoją frustrację na głosy, dzięki którym w wyborach 1772 roku wygrać miała partia poprzednia. Dokładnie ta sama, która była odpowiedzialna za zburzenie pierwotnej stabilizacji i rozpoczęcie dodruku papierowych banknotów. O uniwersyteckiego ekonomistę nikt już nie pytał. Bo i po co? Ludzie preferowali uczyć się na własnych błędach.

I jak tu nie mówić, że historia się lubi powtarzać?

Nie będę odnosił się w tym kontekście do przyszłych cen metali. To chyba oczywiste.

Łukasz Chojnacki

Autor prowadzi własnego bloga… 

3 KOMENTARZE

  1. kazdy kto logicznie mysli widzi jedno: rynek jest zasypywany oferta ktorej nie towarzyszy w tym samym tempie przyrost pieniadza. Przyplyw kasy w wysokosci 10% to pikus jesli wydajnosc sprawia ze masa towarowa w tym samym czasie wzrasta o 100 %. Co z 90%? Mamy inflacje ale produktow a nie pieniezna. Prosta sprawa jak droga a tymczasem nikt tego nie rozumie wlczajac pana Chojnackiego.

  2. @Logik:”Przyplyw kasy w wysokosci 10% to pikus jesli wydajnosc sprawia ze masa towarowa w tym samym czasie wzrasta o 100 %.”
    Wyjaśnienie może być proste. Może ta „masa towarowa” jest klientom niepotrzebna. Ja widzę pełno towarów, których bym nie kupił. Nie wystarczy produkować. W komuniźmie też to potrafią (lokomotywy, czołgi, rakiety). Trzeba wiedzieć CO produkować i w jakich ilościach. To jedna z funkcji rynku.

Comments are closed.