Oto, jak w praktyce wygląda sprawdzający się od stuleci sztandarowy wzór wprowadzania protekcjonizmu: producenci naciskają na rząd, domagając się zmniejszenia konkurencji zza granicy. Rząd ulega ich presji, wprowadzając restrykcje handlowe, a konsumenci cierpią z powodu wyższych cen. Rząd osiąga w ten sposób dochód w dwóch formach: podatkach zwanych cłami oraz pieniężnym wyrażeniu wdzięczności przez producentów.

Obecna wojna handlowa odbiega od normy na wiele różnych sposobów. Nie została ona rozpoczęta przez nacisk lobbystów. Przeciwnie, wiele firm, których sektory są najbardziej dotknięte protekcjonizmem, lobbuje odwrotne rozwiązanie, starając się dogadać z administracją państwową, by tylko położyć kres temu szaleństwu. „Politico” cytuje nawet przedstawiciela Białego Domu, który twierdzi, że tych działań nie popiera sama rządowa administracja: „[…] wprowadzać restrykcje są skłonni jedynie prezydent i [Peter] Navarro”.

To prawda, że firmy takie jak Whirlpool naciskały na wprowadzenie ograniczeń importu. Administracja Trumpa była z tego powodu aż nazbyt szczęśliwa. Konsekwencją tych działań była decyzja o wprowadzeniu ceł na stal i aluminium, które znacznie zawyżyły ceny tych materiałów. Dzisiaj ceny akcji tej firmy spadły o 15%. Podczas gdy ceny nieuchronnie rosną, zyski i sprzedaż wciąż spadają.

Negatywne efekty tej wojny handlowej objawiają się w niespodziewany sposób. Utrata rynków zagranicznych i trudności w zrozumieniu sytuacji skutkują magazynowaniem w różnych instytucjach rekordowych ilości mięsa.

Kolejną kwestią jest niezadowolenie rolników, którzy utrzymywali się z handlu z zagranicą.

Kevin Scott, rolnik zajmujący się uprawą soi w Południowej Dakocie oraz sekretarz American Soybean Association w rozmowie z dziennikarzem magazynu „New York Times” stwierdził: „Chciałbym powiedzieć panu prezydentowi: >>Człowieku, niszczysz nasz rynek!<<”. Rolnicy tacy jak on tracą rynki i mierzą się z konsekwencjami niszczenia relacji handlowych, które budowano przez dziesięciolecia.

Należy również wspomnieć o sprawie Harleya-Davidsona, kwintesencji amerykańskiego przemysłu motorniczego. Większość klientów tego producenta stanowią ludzie spoza granic USA. Spełnianie ich potrzeb oznacza przenoszenie przemysłu poza Stany Zjednoczone, co skutkuje tym, że więcej ludzi traci pracę.

Innym przykładem nieprzewidzianych konsekwencji opisywanej polityki jest fakt, że amerykański wytwórca gwoździ, którego właścicielem jest firma mająca siedzibę w Meksyku, może wkrótce zniknąć z rynku z powodu wysokich kosztów oraz utraty rynków zbytu. Mieszkańcy Poplar Bluff w Missouri, gdzie wspomniany producent gwoździ ma swoją siedzibę, zagłosowali na Trumpa podczas wyborów, a teraz patrzą na to, jak miejsca ich pracy zostają niszczone przez politykę protekcjonistyczną.

Samochody i handel

Porozmawiajmy o samochodach. Bazując na jakiejś romantycznej idei „amerykańskiego auta” pochodzącej z lat 70., administracja Trumpa grozi wprowadzeniem 25% cła na pojazdy importowane. Problem jest następujący: w dzisiejszych czasach auta nie są produkowane wyłącznie w jednym kraju. Amerykańskie pojazdy są produkowane na całym globie, a wiele międzynarodowych przedsiębiorstw działa na terenie USA i zatrudnia obywateli tego państwa. Jest to teraz globalny biznes. Cła krzywdzą dosłownie każdego.

To właśnie z tego powodu wytwórcy odwiedzili Kapitol – by podnieść larum w obronie wolnego handlu. Jak wyjaśnia serwis Marketplace: „Granica między zagranicznymi a rodzimymi wytwórcami samochodów, granica między beneficjentami a poszkodowanymi przez te cła jest dzisiaj bardziej przezroczysta aniżeli kiedykolwiek w przeszłości […]. „Wszystkie firmy członkowskie działają teraz na terenie całego globu, więc każda zostanie w jakiś sposób dotknięta tymi cłami” stwierdziła Jennifer Thomas, przedstawicielka Alliance of Automobile Manufacturers. Dodała, że przez cła pojazdy podrożałyby, a sprzedaż by spadła. Konsekwencją tego byłoby postawienie na szali pracy wielu Amerykanów. „Nie ma żadnych przedsiębiorstw samochodowych, które byłyby stricte amerykańskie, japońskie czy niemieckie”, powiedziała Emily Blanchard, wykładowca Dartmouth’s Tuck School of Buissnes”.

Śledzę na bieżąco te cechy omawianej wojny handlowej, które wyjątkowo odstępują od normy. Kolejną nieprawidłowością jest fakt, że klasa handlowców była przeciwna poczynaniom administracji prezydenta. Ten konkretny przykład protekcjonizmu nie zrodził się ze strategii, ale z ideologii. Powodem tego wszystkiego jest ekonomiczny nacjonalizm. Nowa polityka – którą Trump obiecywał przez całą swoją kampanię wyborczą – ma na celu całkowitą restrukturyzację amerykańskiej gospodarki na wzór teorii produkcji, która nie ma nic wspólnego z realiami współczesnego świata. W dłuższym okresie nie ma ona szans na powodzenie.

Opór rośnie

Rada Biznesowa, Izba Handlowa, praktycznie wszystkie grupy wytwórców, a nawet „progresywni” zwolennicy energii odnawialnej (którzy są wściekli na cła dotyczące paneli słonecznych) jednoczą się, prawdopodobnie po raz pierwszy w historii, i tworzą wspólny front przeciwko protekcjonizmowi, front na rzecz wolnego handlu.

Washington Post informuje, że  „tą zrodzoną w złej wierze decyzją o ukaraniu naszych najbliższych partnerów handlowych – Kanady, Meksyku i Unii Europejskiej – poprzez wprowadzenie wysokich ceł, zwolennikom tej polityki udało się zjednoczyć grupy wielkiego biznesu, lewicujących Demokratów, Europejczyków, Kanadyjczyków oraz specjalistów od polityki zagranicznej o skrajnych poglądach”.

Jak donosi „The Economist”, „kalkulacje sugerują, że stosunek firm sprzeciwiających się protekcjonizmowi Trumpa do tych popierających politykę prezydenta wynosi 3000 do 1”.

Dla ludzi kochających wolność gospodarczą są to wieści niezwykle zachęcające. Istnieje jednak problem. Cała władza nad gospodarką skupiona jest w rękach prezydenta. Stoi to w oczywistej sprzeczności z tym, co znajduje się w konstytucji Stanów Zjednoczonych. Pozostaje więc pytanie: skąd wzięła się ta zmiana? Kongres dawno temu zrezygnował ze swojej władzy pod płaszczykiem, wydawać by się mogło, racjonalnych motywacji, że polityka handlowa nie powinna być przedmiotem legislacyjnych machlojek, których rządzący tak chętnie się dopuszczają.

Takie podejście działa, dopóki scentralizowana władza jest po stronie wolnego handlu. Jednak kiedy dostaje się ona w ręce zagorzałego zwolennika protekcjonizmu – a Trump był nim już od dziesięcioleci – grupy opozycyjne wspierające wolny handel nie są dopuszczane do głosu, a przez to mają mniejszy wpływ na politykę i gospodarkę. Oto problem centralizacji władzy: jest w stanie działać tylko wtedy, gdy dzierży ją właściwy człowiek.

Delikatny stan równowagi

Każde rządowe działanie ma niezamierzone i nieprzewidziane konsekwencje. Powodem tego stanu rzeczy jest to, że ludzkie wybory i czyny tworzą porządek niemożliwy do ujęcia umysłem, zapisania na papierze, czy kontrolowania przez biurokratów i polityków. Brak strachu przed tym porządkiem jest dowodem arogancji: wszelkie próby ingerencji w jego strukturę mogą okazać się niebezpieczne, a wręcz katastrofalne, w skutkach na sposoby, których nie da się przewidzieć. Granice państwowe z każdym rokiem stanowią coraz mniejszą przeszkodę dla międzynarodowego handlu. Konsumenci, światowe bogactwo oraz sama wolność — wszystko to odniosło korzyść z handlu. A teraz pojawił się jeden człowiek, który czarnym markerem zmienia granice oraz stawia zapory i mury, o które nikt nie prosił i na których tym bardziej nikt nie korzysta. Głównym celem pięćsetletniej tradycji liberalnej było przeciwdziałanie takim aktom profanacji.

Co możemy zrobić? Patrząc w przeszłość na to, w jaki sposób Richard Cobden oraz John Bright w końcu zdołali doprowadzić do uchylenia tzw. ustaw zbożowych, droga do sukcesu wiedzie przez edukację, agitację oraz argumentację na rzecz wolnego handlu oraz dobrobytu konsumentów. Zadaniem zwolenników wolnego handlu jest teraz podniesienie głosu w imię podstawowych zasad życia gospodarczego oraz praw człowieka.

Tym razem jednak wolny handel ma to szczęście, że klasa przedsiębiorców jest po jego stronie.

Jeffrey Tucker
Tłum: Krystian Pospiszyl

Foto.: pixabay.com

Artykuł pochodzi ze strony Instytutu Misesa…

1 KOMENTARZ

  1. Cła to kolejna okazja do rabunku podobnie jak akcyza czy koncesje. Chcąc sprowadzić do Polski zabytkową wersję księgi Adama Smitha czy wielu innych z USA musiałbym zapłacić majątek za przepuszczenie przez granicę. Problem jest znacznie szerszy niż kokekcja drogich antyków i równie łatwy do naprawy co użycie czarnego markera.

Comments are closed.