Banałem jest stwierdzenie, że utrzymywanie się jakiejś instytucji spowodowane jest wyłącznie przez dominujące nastawienie do niej, przez zestaw kategorii, w jakich ludzie zwyczajowo o niej myślą. Tak długo – i tylko tak długo – jak kategorie te są korzystne, instytucja żyje i zachowuje swą siłę.

Jednak gdy z jakiegokolwiek powodu ludzie w ogóle przestaną myśleć w tych kategoriach, instytucja słabnie i staje się apatyczna. W pewnym czasie określony zestaw kategorii dotyczących miejsca człowieka w naturze dał zorganizowanemu chrześcijaństwu władzę kontrolowania sumień ludzi i kierowania ich zachowaniem. Jednakże władza ta skurczyła się niemal do całkowitego zaniku i to bez żadnego innego powodu niż ten, że większość ludzi przestała myśleć w kategoriach władzy „chrześcijańskiej”. Utrzymywanie się naszego niestabilnego i niesprawiedliwego systemu ekonomicznego nie wynika z władzy wielkiego kapitału, wpływu propagandy, czy jakiejś innej siły lub kombinacji sił powszechnie podawanej jako jego rzekoma przyczyna. Wynika ono wyłącznie z pewnego zbioru kategorii, w jakich ludzie myślą o szansy do pracy. Uważają tę szansę za coś, co ma im być  dane.  Nie istnieje żadna inna teoria na ten temat poza koncepcją, że możliwość zastosowania pracy i kapitału do zasobów naturalnych w celu wytworzenia bogactwa jest ustępstwem, nie jest zaś w żadnym sensie prawem(1). I to jest wszystko, co trzyma nasz system przy życiu. Kiedy ludzie przestaną o nim myśleć w tych kategoriach, system zniknie, ale nie wcześniej.

Wydaje się całkiem jasne, że zmiany w kategoriach myślenia wpływające na jakąś instytucję można tylko w niewielkim stopniu przyspieszyć środkami bezpośrednimi. Do zmian tych dochodzi w sposób niejasny i okrężny, a pomagają w tym różne okoliczności, które wcześniej wydawały się zupełnie nie powiązane, tak że ich żrące, korodujące działanie wobec kategorii myślenia jest całkowicie nieprzewidywalne. Bezpośrednia kampania zmierzająca do wywołania takich zmian z reguły kończy się niczym lub – częściej – powoduje nawet ich opóźnienie. Są one w tak wielkim stopniu dziełem owych beznamiętnych i niewzruszonych czynników, wobec których książę Bismarck żywił ogromny szacunek i nazywał  imponderabiliami,  że każda próba zignorowania ich lub przełamania siłą – w dłuższej perspektywie zawodzi, a niekiedy nawet obraca się wniwecz.

Tak więc w tym zwięzłym przeglądzie historycznych losów pewnych idei próbujemy prześledzić genezę tej postawy umysłowej, owego zbioru kategorii, w których dzisiaj praktycznie każdy myśli o państwie, aby następnie rozważyć wnioski, do których nieomylnie to myślenie prowadzi. Zamiast uznać państwo za „wspólnego wroga wszystkich prawomyślnych, pracowitych i uczciwych ludzi”, przeciętni ludzie – z rzadkimi wyjątkami – uważają je nie tylko za byt nieodwołalny i nieodzowny, lecz także w dużej mierze dobroczynny. Masy ludzkie, nie znające jego historii, uważają jego naturę i cel za bardziej prospołeczne niż antyspołeczne. W tej wierze gotowe są oddać mu do dyspozycji nieskończony kredyt dla łotrostwa, zakłamania i szykanowania, z którego to kredytu jego dysponenci mogą czerpać do woli. Zamiast patrzeć na coraz to większe pochłanianie przez państwo władzy społecznej z odrazą i oburzeniem, jakie naturalnie odczuwaliby wobec działań jakiejś zawodowej organizacji przestępczej, masy ludzi wolą raczej zachęcać do tego procesu i pochwalać go w przekonaniu, że są jakoś utożsamiane z państwem i że przyzwalając na jego nieokreślone wywyższenie, przyzwalają na coś, w czym mają swój udział – że pro tanto wywyższają same siebie. Ortega y Gasset doskonale opisuje ten stan umysłu. Człowiek w tłumie – stwierdza – stając wobec zjawiska państwa, „postrzega je, podziwia, wie, że  ono tu istnieje  […] Co więcej, człowiek tłumu dostrzega w państwie anonimową władzę i czując się – podobnie jak państwo – anonimowym, wierzy, że państwo jest czymś jego własnym. Przypuśćmy, że w życiu publicznym jakiegoś kraju wyłoni się jakaś trudność, konflikt, czy problem – człowiek tłumu będzie wówczas skłonny domagać się, aby państwo natychmiast interweniowało i podjęło bezpośrednie działania dla załatwienia tego problemu przy użyciu swoich niezmiernych i niezwyciężonych zasobów […] Kiedy człowiek tłumu cierpi z powodu jakiegoś nieszczęścia lub po prostu odczuwa jakieś silne pożądanie, wielką pokusę dla niego stanowi ta stała i pewna możliwość otrzymania wszystkiego bez wysiłku, walki, zwątpienia czy ryzyka, jedynie przez naciśnięcie guzika i uruchomienie tej potężnej machiny”.

To właśnie do genezy takiej postawy, takiego stanu umysłów, oraz wniosków, które w sposób nieubłagalny wynikają z jej dominacji, próbujemy dotrzeć w naszym obecnym przeglądzie. Wnioski te być może należy krótko zapowiedzieć już teraz, aby czytelnik, który z jakiegoś powodu nie ma ochoty ich przyjąć, poczuł się ostrzeżony i zamknął książkę.

Bezmyślne, zdeterminowane, a nawet agresywne trwanie przy tej postawie, którą Ortega y Gasset opisuje w taki podziwu godny sposób, stanowi oczywiście życie i siłę państwa. Równie oczywisty jest fakt, że jest ona obecnie tak utrwalona i powszechna – bez przesady można nazwać ją uniwersalną – że żadna bezpośrednia próba nie będzie w  stanie zerwać tego zakorzenienia czy go zmodyfikować, a już w żadnym wypadku nie można żywić nadziei na jakieś oświecenie. Postawę tę mogą jedynie podważyć czy podminować doświadczenia niezliczonych pokoleń, cechujące się w swych dziejach licznymi nawrotami przerażających nieszczęść. Kiedy już raz dominacja takiej postawy w jakiejś danej cywilizacji się zakorzeni – co zupełnie wyraźnie nastąpiło w cywilizacji Ameryki – wszystko co można zrobić, to zostawić ją w spokoju, aby sama utorowała sobie drogę do wyznaczonego jej celu. Historyk o filozoficznym nastawieniu może zadowolić się wskazaniem i jasnym wyjaśnieniem jej konsekwencji, jak uczynił to Ortega y Gasset, z pełną świadomością, że potem nie może już uczynić nic więcej. „Rezultat tej tendencji – pisze – będzie fatalny. Spontaniczne działania społeczne będą raz za razem rozbijane przez interwencje państwa – żadne nowe nasiona nie będą w stanie przynieść owoców(2). Społeczeństwo będzie musiało żyć dla państwa, człowiek dla machiny rządowej. A ponieważ w końcu jest to tylko machina, której istnienie i utrzymanie jest uzależnione od życiodajnego wsparcia jej otoczenia(3), po wyssaniu ze społeczeństwa samego szpiku państwo pozostanie bezkrwiste, jak szkielet, martwe śmiercią maszynerii przeżartej przez rdzę, bardziej makabryczną niż śmierć jakiegokolwiek żywego organizmu. Taki był żałosny koniec cywilizacji starożytnej”.

Albert J. Nock

Fragment książki Alberta J. Nocka „Państwo – nasz wróg”, która ukazała się nakładem wydawnictwa Prohibita

Przypisy:

1. Rozważmy na przykład obecną sytuację. Nasze zasoby naturalne, choć mocno naruszone, są wciąż ogromne, nasze zaludnienie wcale nie jest gęste, dochodząc zaledwie do dwudziestu czy dwudziestu pięciu osób na milę kwadratową, zaś kilka milionów tej ludności jest w chwili obecnej „bezrobotnych” i prawdopodobnie pozostanie nimi, ponieważ nikt nie chce czy nie może „dać im pracy”. Nie chodzi o to, że ludzie na ogół poddają się temu stanowi rzeczy lub że akceptują go jako nieunikniony, ale że nie dostrzegają w tym niczego nienormalnego czy nieregularnego właśnie z powodu utrwalonego przekonania, że praca jest czymś co się daje [i otrzymuje].
2. Obecny paraliż produkcji [1935 rok w Stanach Zjednoczonych – red.] spowodowała wyłącznie interwencja państwa i niepewność dotycząca dalszych interwencji.
3. Wydaje się, że ludzie nie w pełni rozumieją, że koszt interwencji państwa musi być pokrywany z produkcji, gdyż jest to jedyne źródło, z którego można czerpać jakiekolwiek finanse na cokolwiek. Interwencja opóźnia produkcję, potem wynikające stąd ograniczenie pieniądza i utrudnienia umożliwiają następną interwencję, która z kolei jeszcze bardziej opóźnia produkcję i proces ten nasila się tak długo, aż – jak w Rzymie w trzecim stuleciu – produkcja nie ustanie całkowicie i nie wyschnie źródło finansów.