W związku z planami Komisji Europejskiej obrony OFE przed polskim podatnikiem reprezentowanym przez polski rząd i nałożeniem „kagańca” inwestycyjnego na „prywatne instytucje”, jakimi są OFE kilka słów o istocie systemu emerytalnego.

Wprowadzono go pod koniec XIX wieku w Niemczech w myśl hasła, że państwo nie może pozwolić, aby ludzie na starość „umierali z głodu na ulicy”. Co ciekawe, hasło było socjalistyczne, ale przejął je konserwatysta Bismarck. Twórcy pomysłu „ubezpieczeń społecznych” wychodzili z założenia, że ludzie są nieodpowiedzialni, więc nie odłożą na emeryturę, nie wszyscy też dobrze wychowają dzieci, aby one zajęły się nimi w razie potrzeby. Dlatego trzeba stworzyć zawczasu przymusowy system „oszczędzania”. Dowcip polegał tylko na tym, wszyscy płacili „składki” a statystycznie nikt nie pobierał emerytury, bo średnia długość życia była niższa niż wiek emerytalny. No i pieniądze ze składek poszły na kolejne wojny i kolejne inwestycje. Ale podczas drugiej wojny światowej jeden z „wykształciuchów” – mówiąc barwnym językiem Pana Ludwika Dorna – wynalazł penicylinę. No i ludzie zaczęli dożywać wieku emerytalnego. Trzeba więc było podwyższyć składki ubezpieczeniowe dla tych, którzy byli w wieku produkcyjnym. I zaczęły się problemy.
Po pierwsze zaczęła rosnąć piramida demograficzna. Jeszcze w latach 60-tych znani ekonomiści byli przekonani, że zawsze będzie się więcej ludzi rodziło, niż umierało. Mylili się. W pewnym momencie w krajach europejskich ta tendencja się odwróciła. Właśnie za sprawą przymusowych ubezpieczeń społecznych. Ludzie mają naturalną skłonność do martwienia się o przyszłość. Przez całe wieki swoistą „polisą ubezpieczeniową” na starość były dzieci. A przez cały wiek XX politycy wmawiali obywatelom, że to państwo się o nich zatroszczy. Więc po co płodzić dużo dzieci? Jedno – dwoje w zupełności wystarczy. A żeby mieć spokojną starość wystarczy dobrze zagłosować raz na cztery lata. To dużo łatwiejsze niż zmienianie pieluch, a ludzie mają też naturalną skłonność do „chodzenia na łatwiznę”. Więc poszli. Co więcej, czują się usprawiedliwieni, bo poza „klinem demograficznym” mamy jeszcze „klin podatkowy”. Państwo, żeby mieć na „naszą” emeryturę, nas ograbia, więc nie za bardzo możemy sobie pozwolić na wiele dzieci, bo nie mamy za co ich utrzymać. No i koło się zamyka.
Jak je rozerwać? Przede wszystkim musimy sobie uświadomić, jak wygląda SYSTEM. Żartem można odwołać się do Pisma Świętego, które powiada: „poznacie prawdę a prawda was wyzwoli”. A prawda o systemie jest taka, że nie ma w nim żadnych pieniędzy. Płacąc składki, nie odkładamy na nasze emerytury, tylko płacimy podatek, z którego finansowane są emerytury naszych dziadków i rodziców. Nasze emerytury, będą zaś pochodziły z podatków naszych dzieci i wnuków. Oczywiście pod warunkiem, że je spłodzimy, a one nie wyjadą do pracy za granicę. Żeby nie musiały wyjeżdżać trzeba przyjąć takie rozwiązania prawne, dzięki którym można uczciwie pracować nie borykając się z biurokracją i fiskalizmem. Dziś, gdy przedsiębiorca pokona wszystkie bariery i zdecyduje się zatrudnić młodego człowieka do pracy, to  płacąc mu 2.000 zł. „na rękę”, musi jeszcze dopłacić państwu 1.600 zł. – bo tyle łącznie wyniesie zaliczka na PIT i składki ubezpieczeniowe. Państwo pobiera więc haracz  w wysokości 80% wynagrodzenia netto!!! I natychmiast je wydaje!!! Ale oszukuje, że ma. ZUS zapalczywie liczy nawet nasz „kapitał początkowy” na indywidualnym koncie. Tylko że nie ma żadnego kapitału. Już dawno został wydany. Co najwyżej są długi. Bo na emerytury nie wystarcza sama składka emerytalna, ani dotacja z budżetu. ZUS musi jeszcze wspierać się kredytami bankowymi. Istna paranoja.
Co więcej, tych pieniędzy nie ma nie tylko w ZUS-ie. Nie ma ich nawet na naszych indywidualnych kontach w OFE. Fundusze te nie mogą inwestować za granicą. Nie mogą nabywać nieruchomości w związku z czym na wzroście wartości nieruchomości korzystali przez kilka lat cudzoziemcy, bo ich fundusze emerytalne mogły w Polsce w ziemie inwestować.  A co robią nasze OFE? Za większość pieniędzy (około 60%) kupują… obligacje skarbu państwa. A skarb państwa pieniądze od OFE przekazuje do… ZUS, żeby starczyło na bieżącą wypłatę emerytur. Pieniądze wędrują od podatników przez ZUS, OFE i budżet państwa z powrotem do ZUS. Druga czysta paranoja. A za kilka lat skarb państwa będzie musiał wykupić obligacje od OFE z odsetkami. Skąd na to weźmie? Z podatków. Podatnicy zapłacą więc odsetki od pieniędzy, które raz już im odebrano. I to trzecia paranoja. I w tym sensie ograniczenia inwestycyjne nałożone na OFE są absurdem. Ale jest to taki sam absurd jak same OFE.
Żeby ludzie robili dzieci, które nie będą wyjeżdżały za granicę, trzeba radykalnie obniżyć koszty pracy. Ale w zamian trzeba uświadomić wszystkich, którzy wkraczają na rynek pracy, że od państwa na starość dostaną niewiele. Reszta zależy od nich samych.
Tymczasem mój pomysł równych emerytur dla wszystkich wzbudził wielkie kontrowersje. Usłyszałem nawet, że to pachnie socjalizmem. Śpieszę więc wyjaśnić, że nie pachnie tylko śmierdzi i nie ma w tym nic zaskakującego, bo obowiązkowe „ubezpieczenia społeczne” z gruntu rzeczy są socjalistyczne, a pomysły urynkowienia socjalizmu do niczego dobrego nie prowadzą. Jak się komuś nie podoba socjalizm, to niech ma odwagę zgłosić postulat likwidacji przymusu ubezpieczeniowego w ogóle. Ale takich odważnych to nie ma.
To, że ludzie się sami nie ubezpieczą, jest poważnym argumentem za tym, żeby państwo wypłacało ludziom starszym zasiłki emerytalne. Ale nie jest to wcale argument za tym, żeby te zasiłki miały różną wysokość. Twierdzenie, że skoro płacimy różne składki, to powinniśmy otrzymywać różne emerytury, bo w różnym stopniu na nie „oszczędzamy” jest bałamutne z dwóch powodów. Po pierwsze, podatki też płacimy w różnej wysokości, a mamy do czynienia z takimi samymi sądami i policją – bez względu na to, kto ile zapłacił. Po drugie, „składka na ubezpieczenie zdrowotne” też jest procentem wynagrodzenia. A przecież nikt o wyższych dochodach nie domaga się, żeby go leczyli lepsi lekarze. Co najwyżej leczy się prywatnie.
W systemie rynkowym zróżnicowanie dochodów w okresie efektywności zawodowej jest czymś oczywistym i naturalnym. W systemie nierynkowym zresztą też – nawet w socjalizmie wynagrodzenia były różne. Zasłużeni w budowie socjalizmu mięli pensje wyższe, niż mniej zasłużeni. I ta zasada przenosiła się także na okres po zakończeniu aktywności zawodowej czyli na emeryturze. Nie było absolutnie widomo dlaczego ktoś miał większą pensję i tym samym większą emeryturę. Nie działał bowiem żaden rynkowy mechanizm kształtowania wynagrodzeń. Natomiast z rynkowego punktu widzenia zróżnicowanie wynagrodzeń jest efektem różnicy wkładu do PKB wycenianego przy pomocy prostego mechanizmu popytu i podaży na daną pracę i danego pracownika. Zasada ta nie przenosi się jednak w wiek emerytalny, kiedy przestajemy wnosić swój wkład do PKB, a stajemy się jedynie beneficjentami tego, co wytworzą przyszłe pokolenia. Jeśli ktoś jest naprawdę dużo mądrzejszy i bardziej przydatny społeczeństwu w okresie swojej aktywności zawodowej, to powinien się zabezpieczyć na starość – spłodzić więcej dzieci, wykupić polisę, oszczędzać. A jeśli tego nie zrobił, to znaczy, że wcale nie był taki mądry i może rynek go „przecenił” wtedy, gdy pobierał pensję.
Oczywiście przeczy temu twierdzenie o różnych wkładach do systemu w postaci różnych składek. Ale tych „składek” nie ma. Co więcej, górnicy przy pomocy kilofów i sędziów Trybunału Konstytucyjnego wykazali, że nie musi istnieć związek przyczynowo-skutkowy między tym, co się zapłaciło, a tym, co się otrzymuje. O emeryturach wypłacanych przez ZUS zawsze będzie decydowała polityka, bo posłowie którzy raz przestraszyli się górników, innym razem mogą się przestraszyć innej grupy zawodowej. I nie chodzi jedynie o polityczny nacisk. Trybunał Konstytucyjny swoje uchylenie się od rozpatrzenia skargi konstytucyjnej na ustawę o wcześniejszych emeryturach dla górników uzasadnił tym, że inni ubezpieczeni nie są stroną sporu z górnikami. Pośrednio przyznał więc rację poglądowi, że w pierwszym filarze nie ma żadnej ekonomii – tylko polityka. Dlatego będę bronił tezy, że w odniesieniu do emerytów objętych socjalistycznym systemem przymusowych „ubezpieczeń społecznych” powinna obowiązywać socjalistyczna zasada równości żołądków. Państwo nie tylko nie musi, ale nawet nie powinno różnicować wysokości świadczeń społecznych. A emerytura wypłacana przez ZUS była, jest i będzie świadczeniem społecznym. Twierdzenie, że koniecznie należy je różnicować przeczy zresztą jedynemu argumentowi przemawiającemu za utrzymywaniem przymusu ubezpieczeniowego. Jeśli trzeba go utrzymywać, bo „ludzie i tak przyjdą z roszczeniami do państwa”, to oczywiście łatwiej będzie bronić się przed naciskiem jakiejś grupy o zwiększenie świadczeń tylko dla niej dzięki łatwemu i czytelnemu przekazowi: wszyscy mają równo, a wy chcecie mieć więcej. I proszę bardzo niech górnicy przyjeżdżają pod hasłem: nam się należy więcej niż pielęgniarkom.
Robert Gwiazdowski
Źródło: www.blog.gwiazdowski.pl

6 KOMENTARZE

  1. Proste,czytelne,logiczne.Tylko jakie praktyczne nauki z tego wynikają?Co ma robić „zjadacz chleba” ?Strajk głodowy?Bojkot wyborów wszelakih?Założyć komando i walczyć zbrojnie?Usiąść i płakać?

  2. pełna słuszność, tylko, że zbliżam się powolutku do wieku emerytalnego i ciarki mi po plecach przechodzą… Logika pańskiego wywodu jest mniej więcej taka: Składki niby procentowe, ale właściwie z kapelusza, więc i dla ułatwienia sobie życia i uwiarygodnienia socjalizmu: „Niech będzie g… byle po równo”. Niby logika w tym jest, tylko dlaczego płacę już tyle lat tak horrendalne haracze po to by na koniec i tak dostać może 1/10 tego co sam bym z tych pieniędzy uzbierał korzystając wyłącznie z banku? Do tego cudowny II filar do którego jak się okazuje też właściwie nie mam już prawa, bo to już nie moje tylko państwowe pieniądze… może wypada, żeby właśnie pan jako człowiek rozpoznawalny nazwał tak normalnie to co się dzieje : podłość, złodziejstwo i oszustwo wykonywane przez panów Millerów, Olejniczaków, Dornów, Kaczyńskich, Palikotów, Buzków, Lepperów, Tusków Kwaśniewskich, Wałęsów i wszelaką inną hołotę nazywaną dla niepoznaki politykami.

  3. I znowu diagnoza bardzo dobra i świetnie podana, a ja się pytam jakie leczeni, jakie recepty, jaka terapia, co robić, w jakiej kolejności, co będą za minusowe efekty i za dodatnie przedsiębranych kroków zaradczych. Mi to wszystko, przepraszam za wyrażenie śmierdzi utyskiwanie i użalaniem się nad sobą, a brak jest planu działania w rozwiazywaniu klęsk wszelakich.

  4. Nie twierdziłbym, że nie ma planu. Bo wiadomo co zrobić, by zejść z drogi socjalizmu. Problem w tym, że nie ma kto tego zrobić. Te sitwy okopały się u władzy i łatwo jej nie oddadzą. Pewnie prawicowa dyktatura mogłaby pewne sprawy popchnąć do przodu. Tylko… No właśnie, jak do niej doprowadzić i kto miałby być dyktatorem?

  5. Właśnie o tym piszę. Kto i kiedy i jak zrobi reakcyjną kontrrewolucję? Do towarzysza generała Jaruzelskiego Wojciech mam właśnie głównie o to żal i pretensje, że wprowadzając stan wojenny nie miał planu naprawy gospodarki. A mógł przykład brać od towarzyszy chińskich i z nimi się konsultować, którzy w tym czasie odchodzili od co niektórych komunistycznych zasad w gospodarce, a później poszło u nich tak, że są obecnie pierwszą gospodarką świata. A my od 1981 mogliśmy być pierwszą gospodarką Europy i drugą świata tuż za Chinami. Wracając do sprawy – to kto robi ten przewrót, Polsce jest potrzebny Franco, Salazar i Pinochet w jednym, bo trzeba naprawić i gospodarkę i politykę zagraniczną i wojsko, a Ci wymienieni Panowie potrafili to. To kto i kiedy i gdzie, bo w Warszawie się nie uda, na Wybrzeżu już było i ten wariant nie przejdzie, pozostaje Śląsk, Wielkopolska albo Kraków.

  6. wszystko się zgadza, wszystko pięknie brzmi w teorii, a prawda jest taka ze i za 100 lat się nic nie zmienie. Zus dalej bedzie łupić, dowalą kolejna składkę itd itd. I kto jeszcze wierzy w to że nie ma na świecie niewolnictwa?

Comments are closed.