W ramach „Tygodnia z Bastiatem” prezentujemy 5. część eseju „Co widać i czego nie widać”. Wydawca „Dzieł zebranych” Bastiata z okazji „Tygodnia z Bastiatem” oferuje dwutomowy zbiór tekstów w bardzo promocyjnej cenie! Warto skorzystać i zakupić „Dzieła” przed 4 lipca: http://www.multibook.pl/1294,frederic-bastiat-dziela-zebrane.html
Polecamy również krótką filmową biografię francuskiego mistrza: http://www.youtube.com/watch?v=NzD80i2xjRU


*  *  *
Co widać i czego nie widać (część 5)
Pośrednicy
Społeczeństwo to ogół ludzi świadczących sobie wzajemnie usługi – pod przymusem lub dobrowolnie, to znaczy usługi publiczne i usługi prywatne.
Pierwsze, narzucone i ustanowione przez prawo, którego nie da się na ogół zmienić, kiedy by należało, mogą razem z owym prawem długo przetrwać na swój własny użytek i ciągle zachowywać nazwę usług publicznych, nawet gdy już wcale nie są usługami, nawet kiedy są już tylko publicznym przymusem. Drugie zależą od chęci, od indywidualnego poczucia odpowiedzialności obywatela. Każdy je świadczy, a w zamian dostaje, co chce i co może otrzymać. Takie usługi są zawsze uznawane za rzeczywiście użyteczne, a ich wartość dokładnie wyliczona.
To z tego względu usługi publiczne na ogół się nie zmieniają, podczas gdy usługi prywatne podlegają prawom postępu.
Przesadny rozwój usług publicznych, pociągając za sobą marnotrawienie zdolności i sił, zmierza do stworzenia wewnątrz społeczeństwa zgubnego pasożytnictwa. To dość osobliwe, że wiele współczesnych szkół, przypisując ten charakter wolnym i prywatnym usługom, stara się przekształcić profesje w stanowiska.
Szkoły te ostro protestują przeciwko temu, co nazywają pośrednikami. Z chęcią usunęłyby kapitalistę, bankiera, spekulanta, przedsiębiorcę, handlowca i kupca, oskarżając ich o to, że stają między produkcją a konsumpcją, że grabią jedną i drugą, a nie stwarzają żadnej wartości. Szkoły te pragną, by to państwo przejęło pracę, jaką trudnią się pośrednicy, gdyż ktoś musi to robić.
Sofizmat socjalistów, w tym względzie, polega na wskazaniu społeczeństwu, że płaci pośrednikom za ich usługi, a jednocześnie na ukrywaniu tego, co społeczeństwo musiałoby za to samo zapłacić państwu. To ciągła walka między tym, co widzą oczy, a tym, co dostrzega umysł, między tym, co widać, a tym, czego nie widać.
Zwłaszcza w 1847 roku, kiedy panował niedostatek, socjaliści rozpowszechniali z powodzeniem swoją zgubną teorię. Doskonale wiedzieli, że najbardziej absurdalna propaganda ma zawsze jakieś szanse powodzenia wśród ludzi, którzy cierpią; malesuada fames3 .
A zatem za pomocą doniosłych słów, takich jak: wyzysk człowieka przez człowieka, spekulacja bazująca na głodzie, kupno w celu spekulacji, zabrali się za oczernianie handlu i zasłanianie płynących z niego korzyści.
„Dlaczego – pytali – sprowadzanie towarów ze Stanów Zjednoczonych czy Krymu mamy powierzać kupcom? Dlaczego państwo, departamenty, gminy nie sprowadzają towarów i nie tworzą magazynów rezerw? Wtedy towary byłyby sprzedawane po kosztach produkcji, a naród, biedny naród, byłby uwolniony od kosztów, jakie wiążą się z wolnym handlem, czyli handlem egoistycznym, indywidualistycznym i anarchicznym”. Koszty, jakie naród płaci kupcom, widać, natomiast kosztów, jakie naród płaciłby państwu lub jego urzędnikom w systemie socjalistycznym, nie widać. Na czym polegają te rzekome koszty związane z handlem? Mianowicie na tym, że dwóch ludzi świadczy sobie wzajemnie usługi, w sposób zupełnie wolny, w warunkach konkurencji i po wynegocjowanej cenie. Kiedy głodny żołądek jest w Paryżu, a zboże, które może go nakarmić, w Odessie, to jedyną szansą na zaspokojenie głodu jest ich wzajemne zbliżenie. Istnieją trzy sposoby, by doszło do tego zbliżenia. Pierwszy polega na tym, że ludzie głodni sami wyruszają po zboże. Drugi występuje wówczas, gdy zwracają się do tych, którzy trudnią się tym zawodowo. Trzeci, kiedy organizują składkę i to zadanie zlecają urzędnikom publicznym.
Który z tych trzech sposobów jest najbardziej korzystny?
Od zawsze, w każdym kraju, a tym bardziej od czasu, kiedy ludzie cieszą się wolnością, kiedy są bardziej oświeceni, bardziej doświadczeni, z własnej woli wybierają sposób drugi. Przyznaję, że w moich oczach jest to powód wystarczający, by przychylić się do tego rozwiązania. Nie mogę bowiem uwierzyć, by cała ludzkość myliła się w sprawie, która tak bardzo jej dotyczy.
Przeanalizujmy jednak ten problem.
Nie można zaprzeczyć, że jest niewykonalne, by trzydzieści sześć milionów obywateli wyruszyło do Odessy po potrzebne im zboże. Pierwszy sposób jest nic niewarty. Konsumenci nie mogą działać sami, są zmuszeni korzystać z usług pośredników, czyli urzędników lub kupców.
Zauważmy jednak, że ten pierwszy sposób byłby najbardziej naturalny. W gruncie rzeczy, jeśli ktoś jest głodny, powinien postarać się o zboże. To trud, który dotyczy jego osoby; to usługa, którą jest winien sam sobie. Jeżeli ktoś inny, z jakiegokolwiek powodu, wyświadcza mu tę usługę i bierze na siebie związany z nią trud, wówczas ten ktoś ma prawo do rekompensaty. Pragnę tutaj powiedzieć, że usługi pośredników wiążą się nieuchronnie z wynagrodzeniem. Jakkolwiek by było, skoro trzeba skorzystać z pomocy kogoś, kogo socjaliści nazywają pasożytem, to który z tych pasożytów jest mniej wymagający? Kupiec czy urzędnik?
Handel (zakładam, że wolny handel, bo czy w przeciwnym razie mógłbym prowadzić te rozważania?), handel – powtarzam – dla własnej korzyści musi badać pory roku, dzień po dniu sprawdzać stan zbiorów, gromadzić informacje ze wszystkich stron świata, przewidywać potrzeby, z góry się zabezpieczać. Ma przygotowane statki, wszędzie swoich wysłanników, a w jego bezpośrednim interesie jest zakup po najbardziej korzystnej cenie, oszczędzanie na wszystkich etapach operacji oraz osiąganie najlepszych rezultatów przy najmniejszym wysiłku. To nie tylko francuscy kupcy, lecz kupcy
z całego świata pracują, by dostarczyć towary do Francji na konkretny dzień. A jeżeli w ich interesie leży wykonywanie swojej pracy po najniższych kosztach, to konkurencja, jaką tworzą między sobą, tak samo zmusza ich do podzielenia się z konsumentami uzyskanymi oszczędnościami. Zboże dotarło. Teraz kupiec musi sprzedać je jak najszybciej, aby zmniejszyć ryzyko, zebrać fundusze i rozpocząć operację od nowa, jeżeli zachodzi taka potrzeba. Porównawszy ceny, rozprowadza żywność po całym obszarze kraju, zaczynając zawsze od najdroższego miejsca, to znaczy od tego, gdzie potrzebę daje się odczuć najbardziej. Nie można sobie zatem wyobrazić organizacji, która lepiej działałaby w interesie tych, którzy są głodni, a piękno tej organizacji, niedostrzegalne dla socjalistów, bierze się dokładnie stąd, że jest wolna. Oczywiście konsument jest zmuszony zwrócić kupcowi koszty transportu, przeładunku, magazynowania, prowizji itd. Ale czy istnieje jakiś system, w którym ktoś, kto potrzebuje zboża, nie pokrywa kosztów związanych z jego sprowadzeniem? Nie ulega wątpliwości, że trzeba jeszcze zapłacić wynagrodzenie za wyświadczoną usługę. Ale jeżeli chodzi o jego wysokość, to dzięki konkurencji jest ono ograniczone do minimum; a co do słuszności tego wynagrodzenia, to byłoby dziwne, gdyby paryscy rzemieślnicy nie pracowali dla kupców z Marsylii, skoro kupcy z Marsylii pracują dla rzemieślników z Paryża.
Co by się działo, gdyby tak zgodnie z zamysłem socjalistów państwo zastąpiło kupców? Powiedzcie mi, w jaki sposób społeczeństwo by na tym zaoszczędziło. Czy na kosztach zakupu? Wyobraźmy sobie delegatów czterdziestu tysięcy gmin, którzy przybywają w danym dniu, kiedy nastąpi taka potrzeba, do Odessy. Wyobraźmy sobie, jak wpłynęłoby to na ceny towarów. A może zaoszczędzilibyśmy na kosztach? Jednak czy potrzeba będzie mniej statków, mniej marynarzy, mniej przeładunków, mniej magazynów? Czy tych kosztów nie musielibyśmy pokrywać? A może zaoszczędzilibyśmy na prowizji kupców? Ale czy wasi delegowani urzędnicy wyruszą do Odessy za darmo? Czy będą podróżowali i pracowali na zasadzie braterstwa? Czyż nie muszą oni z czegoś żyć? Czyż ich czas nie powinien być opłacony? I sądzicie, że te wszystkie koszty nie przekroczą tysiąc razy tych dwóch czy trzech procent, jakie zarabia kupiec, czyli tej stawki, na którą jest gotów przystać?
Ponadto pomyślcie o kłopotach związanych z podniesieniem podatków, z rozdzielaniem takiej ilości żywności. Pomyślcie o niesprawiedliwości, nadużyciach, które nieodparcie wiązałyby się z takim przedsięwzięciem. Pomyślcie o odpowiedzialności, jaka ciążyłaby na rządzie.
Socjaliści, którzy wymyślili te bzdury i którzy w trudnych czasach głoszą je społeczeństwu, chętnie określają się mianem ludzi postępowych, a istnieje niebezpieczeństwo, że jeżeli będą często publicznie tak siebie nazywać, to społeczeństwo zacznie w końcu ich w ten sposób postrzegać. Postępowi! To słowo zakłada, że ci panowie widzą trochę dalej niż pospólstwo; że ich jedynym błędem jest to, że wyprzedzają swoją epokę, a jeżeli nie nadszedł jeszcze czas, by zlikwidować prywatne usługi, rzekomo pasożytnicze, to wina leży po stronie społeczeństwa, które nie nadąża za socjalizmem. Moja dusza i umysł mi podpowiadają, że prawda leży po stronie przeciwnej, i nie wiem do jakiego wieku barbarzyństwa musielibyśmy się cofnąć, by odnaleźć w tym względzie poziom wiedzy socjalistów.
Współcześni zwolennicy tej szkoły bez przerwy przeciwstawiają zrzeszenie obecnemu społeczeństwu. Nie biorą pod uwagę faktu, że w wolnym ustroju społeczeństwo jest prawdziwym zrzeszeniem, dużo lepszym niż wszystkie te, które pochodzą z ich płodnej wyobraźni.
Wyjaśnijmy to za pomocą przykładu.
Aby jakiś człowiek, przebudziwszy się, mógł włożyć na siebie ubranie, trzeba najpierw ogrodzić ziemię, wyrównać ją, osuszyć, zaorać, obsiać jakimś rodzajem roślin; następnie owce muszą się nimi żywić, aby dały wełnę; tę wełnę trzeba prząść, tkać, farbować i zrobić z niej sukno; sukno zaś trzeba pociąć, zszyć, aż wreszcie powstanie ubranie. A ta seria operacji pociąga za sobą całe mnóstwo innych działań. Zakłada bowiem korzystanie z narzędzi rolniczych, owczarni, fabryk, węgla kamiennego, maszyn, powozów itd.
Gdyby społeczeństwo nie było rzeczywistym zrzeszeniem, człowiek, który chciałby sprawić sobie ubranie, byłby zmuszony do pracy w osamotnieniu, to znaczy sam wykonywałby niezliczone ilości działań z tej całej serii, począwszy od pierwszego uderzenia motyką, które rozpoczyna proces, aż po ostatnie przeciągnięcie igły, które ów proces kończy.
Ale dzięki skłonności do życia w grupie, która wyróżnia nasz gatunek, operacje te są rozdzielane między wielu pracowników i dzielą się coraz bardziej, w miarę jak wzrasta konsumpcja, aż w końcu każde odrębne działanie wykonuje nowa gałąź przemysłu. Następnie dochodzi do podziału zysku, który dokonuje się zgodnie z wkładem, jaki każdy wniósł do całego dzieła. I jeśli to nie jest zrzeszenie, to pytam – co to jest?

Zauważcie, że żaden z pracowników nie wydobył najmniejszej cząstki materii z nicości. Ograniczyli się oni do świadczenia sobie usług, do pomagania sobie wzajemnie w realizacji wspólnego celu, a wszyscy mogą być uważani, jedni wobec drugich, za pośredników. Jeżeli na przykład w trakcie jakiejś operacji transport jest tak ważny, że wymaga zaangażowania jednej osoby, przędzenie wymaga drugiej, a tkanie trzeciej, to dlaczego ta pierwsza osoba ma być uważana za większego pasożyta niż dwie pozostałe? Czyż transport nie jest konieczny? Czy ten, kto się go podejmuje, nie poświęca swojego czasu i sił? Czy nie jest on niezbędny dla swoich wspólników? Czy ci ostatni robią więcej albo coś innego niż on? Czyż oni wszyscy nie zasługują w równym stopniu na wynagrodzenie, to znaczy na podział zysku zgodnie z prawem wynegocjowanej ceny? Czyż, przy zachowaniu wolności, nie jest sprzyjające dla dobra wspólnego, by istniał taki podział prac i by zawierano takie układy? Czy pragniemy więc, by przyszedł jakiś socjalista i zniszczył nasze dobrowolne umowy, zatrzymał podział pracy, zastąpił połączone wysiłki wysiłkami pojedynczego człowieka i sprawił, że cywilizacja zaczęłaby się cofać?
Czy to zrzeszenie, które tutaj opisuję, nie jest zrzeszeniem tylko dlatego, że każdy bierze w nim udział dobrowolnie, sam wybiera swoje miejsce, dokonuje wyboru na własną odpowiedzialność, wnosi do niego swój wkład i dba o osobisty interes? Czy aby zasługiwało na swoją nazwę, potrzebujemy, by rzekomy reformator narzucał nam swoją formułę i wolę oraz skupiał, że tak powiem, ludzi na samych sobie?
Im bardziej przyglądamy się tym postępowym szkołom, tym mocniej jesteśmy przekonani, że w gruncie rzeczy dostrzec tutaj można tylko jedno: ignorancja ogłasza swą nieomylność i w imię tej nieomylności domaga się despotyzmu.
Niech czytelnik zechce wybaczyć mi tę dygresję. Być może nie jest ona tak całkiem zbędna w czasach, kiedy tyrady przeciwko pośrednikom, żywcem wzięte z książek saintsimonistów i fourierystów, opanowują gazety i trybuny i w poważny sposób zagrażają wolności pracy i umów.
Frédéric Bastiat – „Co widać i czego nie widać” w: Dzieła zebrane t. 1, Warszawa 2009, Wydawnictwo Prohibita Paweł Toboła-Pertkiewicz.