Kiedyś globalny podział na modele gospodarcze był oczywisty. Mieliśmy blok kapitalistyczny i socjalistyczny. Potem sprawa stała się jeszcze jaśniejsza, bo kapitalizm zwyciężył i historia podobno się skończyła.

Oczywiście niektórzy malkontenci – jak choćby Peter A. Hall, David Soskice czy Gosta Esping-Andersen – przebąkiwali o tym, że tak zwany „kapitalizm” ma swoje bardzo rozmaite odmiany. Wciąż mówiło się też jeszcze o azjatyckich tygrysach i modelu państwa rozwojowego. Co do zasady byliśmy jednak niemal pewni, że wszystkie łodzie nie tylko podnosi ten sam wolnorynkowy przypływ, ale i że w skali globalnej te łodzie zmierzają w tym samym kierunku.

W ostatniej dekadzie sprawy zaczęły się komplikować. Pojawiła się cała grupa krajów, gdzie państwo ma coraz większy, a nie mniejszy wpływ na gospodarkę. I nie są to bynajmniej kraje realnego socjalizmu, tylko swoistego kapitalizmu. Co więcej, nie są to też skanseny minionej epoki. Należą przecież do tej grupy na przykład Chiny, Indie, Indonezja i Singapur. Jak te kraje nazwać i czy są one szansą, czy raczej zagrożeniem globalnej gospodarki? Czym różnią się między sobą? W swojej nowej świetnej książce pod tytułem „State Capitalism” [„Kapitalizm państwowy”] odpowiedzi na te pytania proponuje Joshua Kurlantzick i po raz kolejny stara się odczarować mity narosłe wokół powszechnie nadużywanych pojęć.

Państwo głupcze!

Kurtlantzicka czytelnik „Nowej Konfederacji” zapewne pamięta z tekstu, w którym rozprawiał się z mitem demokracji, której, rzekomo, zawsze bronią klasy średnie przed ludowymi trybunami. Pokazywał, że często z tą obroną bywa co najmniej różnie. Teraz w podobny, bezpardonowy sposób Kurlantzick postępuje z opowieścią o zachodnim kapitalizmie z połowy lat 90. jako o globalnym „boskim objawieniu”. Kurlantzick to ekspert Council on Foreign Relations, zajmujący się głównie Azją Wschodnią, stąd też rozdziały poświęcone Chinom, Singapurowi, Indonezji czy Tajlandii są, jak to u niego, szczególnie ciekawe, zaś te, gdzie skupia się na Rosji czy Kazachstanie, mogą być dla polskiego czytelnika znacznie mniej odkrywcze. Warto też podkreślić, ogólnie rzecz ujmując, że jest to książka powstała na kanwie ekspertyz dla rządu USA i jako taka jest pisana trochę z pozycji „doradcy” księcia, który czasami tłumaczy rzeczy oczywiste dla mieszkańców innych części świata, a czasami sugeruje polityki, które daleko wykraczają poza moc sprawczą kraju takiego jak choćby Polska. Niektóre z zagrożeń, jakie  zdaniem autora tworzy kapitalizm państwowy, są też zagrożeniami raczej z punktu widzenia USA jako globalnego hegemona niż z punktu widzenia nowych, aspirujących potęg gospodarczych.

Mimo to książka jest czymś znacznie, znacznie więcej niż tylko ćwiczeniem z cyklu „jak Amerykanie widzą świat”. Jest to pod wieloma względami przełomowe postawienie problemu nie na zasadzie: „wszyscy maszerujemy różnymi drogami do jednego celu”, tylko „wszyscy chcemy rozwoju, ale to, jak go w końcu osiągamy, prowadzi nas często w różnych kierunkach”. Kraje nowoczesnego kapitalizmu państwowego nie są bowiem monolitem w takim stopniu, jak dawny blok wschodni, ani nawet jak wczesne państwa rozwojowe (Japonia, Korea, Tajwan).

Przy braku jasnego metodologicznego konsensusu Kurlantzick stosuje kryterium posiadania przez kapitał państwowy większościowego pakietu w co najmniej 30 proc. z 500 największych firm. W efekcie spośród sześćdziesięciu liczących gospodarek pod definicję kapitalizmu państwowego podpadają następujące kraje (w kolejności wielkości gospodarek): Chiny, Brazylia, Indie, Rosja, Indonezja, Arabia Saudyjska, Argentyna, Norwegia, Iran, Tajlandia, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Malezja, Singapur, Egipt, Kazachstan, Algieria, Katar, Wenezuela, Kuwejt.   

W tym zestawieniu według Kurlantzicka mamy zarówno kraje rozwijające się szybko i nader pomyślnie, jak i te, które utknęły w martwym punkcie jak Iran, Egipt, Rosja czy choćby nieszczęsna Wenezuela, której grozi już zupełnie poważna klęska głodu. Zgodnie z rozmaitymi rankingami w grupie tej pojawiają się wzorcowe demokracje jak Norwegia i kraje o przeciętnym, ale przyzwoitym standardzie rządów demokratycznych jak Brazylia, Indie czy Indonezja. Są jednak też kraje częściowo niedemokratyczne jak Malezja, Singapur, Tajlandia czy Wenezuela. Są jednak też kraje zupełnie niedemokratyczne: Chiny, Iran, Rosja, Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty i Egipt.

Już samo to zestawienie obala pewne mity, co potwierdzają też bardziej szczegółowe analizy znane lepiej specjalistom. Po pierwsze więc, fakt dużego udziału państwa w gospodarce nie oznacza, że ta gospodarka musi być automatycznie mniej efektywna. To może zaszokować ortodoksyjnych wolnorynkowców, ale dane średniookresowe nie pozostawiają wątpliwości, zaś długookresowo, jak mawiał John Maynard Keynes, i tak „wszyscy jesteśmy martwi”. A przecież nie tak dawno sama definicja kapitalizmu państwowego, czyli systemu, w którym państwo aktywnie angażuje się w nastawioną na zysk działalność gospodarczą, brzmiała jak oksymoron. Nawet chiński model we wczesnych latach dwutysięcznych był znacznie bardziej oparty o kapitał prywatny niż obecnie. 

 Po drugie, związek pomiędzy demokracją a stanem gospodarki nie jest wcale oczywisty. Zdaniem Kurlantzicka stosunkowo duże upaństwowienie gospodarki nie oznacza na przykład, że państwo musi być mniej demokratyczne. Co więcej, krótkoterminowo związek pomiędzy demokratyzacją rządów a rozwojem gospodarczym jest mało widoczny. Do jego analizy można jeszcze dodać konstatację, że to raczej stabilny rozwój, również generowany przez państwo, jak w przypadku Norwegii, wspiera demokrację już istniejącą niż na odwrót. O czym zresztą już od dawna pisał choćby Adam Przeworski.

Po trzecie, i chyba najważniejsze, niemal wszystkie najszybciej rozwijające się kraje mają potężne sektory gospodarki, w których państwo odgrywa rolę dominującą. Można w tym kontekście do analizy Kurlantzicka dodać konstatację, że to nie przypadek, że w grupie aspirujących potęg, czyli BRICS (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny i Południowa Afryka), tylko RPA nie jest typowym krajem kapitalizmu państwowego, a i tam udział skarbu państwa w gospodarce jest niemały. Jak na razie w tej grupie wyraźne oznaki stagnacji widać tylko w Rosji oraz RPA i są one spowodowane zarówno czynnikami zewnętrznymi, jak i wewnętrznymi, a nie samym tylko upaństwowieniem dużej części gospodarki.

Jeśli zestawić wyniki, które osiągają te kraje, ich coraz większe wpływy ekonomiczne i polityczne oraz krytykę antypaństwowego neoliberalizmu na samym Zachodzie, to wypadałoby zakrzyknąć: „państwo, głupcze”! Byłby to jednak okrzyk przedwczesny, zważywszy na to, jak wiele rzeczy należałoby sobie najpierw wyjaśnić. Nie ma jednego modelu państwowego kapitalizmu, a decydując się na ten kierunek, kraj podejmuje naprawdę ogromne ryzyko. Chcąc stać się nowym Singapurem, bardzo łatwo bowiem skończyć jak druga Wenezuela, co zresztą Kurlantzick na każdym kroku podkreśla.

Dlaczego?

Główne powody sięgnięcia po narzędzia kapitalizmu państwowego, zwłaszcza w krajach szybko rozwijających się, są w ujęciu Kurlantzicka trojakie. Po pierwsze, coraz większe trudności z wygenerowaniem w czysto rynkowy sposób taniego kapitału, który napędzałby gospodarkę, a przy okazji dawał miejsca pracy i stabilny rozwój. Po drugie, wielkość firmy nadal w wielu gałęziach gospodarki liczy się bardziej niż pierwotnie przewidywano. Trzecim powodem jest chęć pośredniego zastosowania narzędzi protekcjonistycznych.

Co do pierwszego powodu, to jest on związany z faktem, że coraz większa część globalnej gospodarki to już nie usługi czy też produkcja, ale rodzaj wielkiego kasyna. Kurlatzick pisze o tym mniej, ale jest to dla jego analizy bardzo istotne. W owym kasynie zaś, jak to w kasynie, bogatemu nikt zagrać nie zabroni, a biedny spłucze się bardzo, ale to bardzo szybko. Na przykład, według George’a Gildera, autora książki „Scandal of Money” [„Skandal pieniędzy”], nawet 95 proc. obrotu walutami to dziś czysta spekulacja, która nie ma nic wspólnego z handlem. Co gorsza, jak podkreśla Kurlantzick, kapitalizacja giełd w mniejszych ośrodkach raczej spada (przeciętnie wynosi ona dziś 43 proc.), a pieniądz ciągnie do dosłownie kilku potężnych globalnych centrów finansowych, gdzie kapitalizacja przekracza grubo 100 proc.

W takiej sytuacji rynki niezwykle łatwo wysysają kapitał z biednych krajów. Często akurat wtedy, kiedy jest on tam pilnie potrzebny do budowania gospodarki. Co gorsza, ze źródeł innych niż analiza amerykańskiego autora wiadomo, że zwykle to wysysanie bezpośrednio dotyka życia konkretnych osób kupujących, jak polscy frankowi cze, instrumenty finansowe, których działania nie rozumieją. W obliczu takich procesów reakcją Chin i wielu innych państwowych kapitalizmów była ostra regulacja sektora finansowego i uprzywilejowanie banków należących do państwa. 

 Narzędzia regulacyjne zdaniem Kurlantzicka stworzyły w krajach państwowego kapitalizmu atmosferę tzw. represji finansowej, a więc mniejszą potencjalną stopę zwrotu z lokat. Innymi słowy, nie pozwalano ludziom inwestować swoich pieniędzy w zagraniczne fundusze inwestycyjne i inne narzędzia finansowe, tylko wymuszano inwestycje ich oszczędności w nieruchomości lub po prostu umieszczanie ich na koncie w państwowym albo krajowym banku. Taka polityka zapewne ograniczała to, ile zwrotu ludzie mogli uzyskać ze swoich inwestycji i lokat, ale równocześnie dawała bankom dużo wolnego kapitału, który mogły potem pożyczać firmom krajowym na niski procent. Te zaś ten kapitał inwestowały, budując miejsca pracy i wzmacniając gospodarkę.

W krajach państwowego kapitalizmu pojawiła się więc, według amerykańskiego autora, swoista umowa społeczna: ludzie godzą się na mniejsze zyski kapitałowe w zamian za stabilizację i, przynajmniej w Chinach, Singapurze czy innych azjatyckich gospodarkach, zwykle to dostają. Rozwijając myśl Kurlantzicka, nietrudno zgadnąć, że taka umowa jest szczególnie korzystna dla tych, którzy mają mało kapitału i mało wiedzy ekonomicznej, a więc dla przeciętnych obywateli. Jest zaś znacząco mniej korzystna dla tych, którzy mają dużo kapitału i dużo wiedzy, czyli przysłowiowego 1 proc. Tak oto, przy braku globalnych regulacji i przejrzystych procedur w przypadku rynków finansowych, klasyczny kapitalizm przestał się, tak po prostu, zwykłym globalnym Kowalskim opłacać. Niedawno przyznał to nawet Bank Światowy, odnotowując skuteczność represji finansowej jako narzędzia rozwoju.

Co do drugiego powodu, czyli kwestii skali, to, jak słusznie zauważa Kurlantzick, wbrew rozmaitym teoriom malejących niemal do zera kosztów produkcji nie wszystko można sobie samemu zrobić na drukarce 3D. Następuje wręcz zjawisko odwrotne: konkurując na globalnych rykach w wielu gałęziach przemysłu, trzeba być naprawdę dużym graczem i to pod każdym względem. Nawet poważnym firmom z wschodzących rynków trudno jest osiągnąć takie rozmiary bez kapitału pośrednio lub bezpośrednio pochodzącego od państwa. Przykładem podanym przez Kurlantzicka jest brazylijski Embraer, dziś największy producent małych i średnich odrzutowców na świecie. Kiedy na przełomie lat 60. i 70. tamtejsze ministerstwo lotnictwa powoływało do życia firmę, wielu ekspertów było sceptycznych, czy kraj taki jak Brazylia może w ogóle wejść na rynek  zdominowany przez zachodnich gigantów pokroju Boeinga. Dlatego miedzy innymi trudno było znaleźć inwestorów prywatnych. Obecnie Embraer nie jest już firmą państwową, choć Skarb Państwa nadal ma w nim znaczące udziały. Stał się za to bardzo dobrze prosperującą spółką akcyjną i brazylijskim „srebrem rodowym”.

W kwestii inwestowania przez państwo w zaawansowane technologie sceptyków nadal nie brakuje. W Polsce wątpliwości względem w sumie dość ograniczonego udziału państwa w rozwoju elektrycznych pojazdów i dronów wyrażał niedawno dosyć dobitnie Grzegorz Schetyna. Ten sceptycyzm nie jest bezpodstawny, nie powinien jednak być automatyczną, odruchową reakcją współczesnego polityka. A to dlatego, że i bez książki Kurlantzicka wiadomo, że począwszy od Doliny Krzemowej, którą początkowo finansował Pentagon, aż po koreańskie czebole, nie ma na świecie przykładów szybkiego rozwoju zaawansowanej technologii przemysłowej, który obywałby się bez bardzo silnego zaangażowania państwa.

Mało tego, nie ma rozwiniętego państwa, które nie stosowałoby na pewnym etapie rozwoju protekcjonizmu. Adam Smith i jego uczniowie powiedzieliby oczywiście, że bardzo źle robiły i dlatego też w okresach, kiedy tak postępowały, rozwijały się wolniej. Pewna ostrożność w usuwaniu ceł w myśl klasycznego liberalizmu nigdy nie powinna zaś przesłaniać nadrzędnego celu, jakim jest wolny handel. Zwolennik państwa rozwojowego odpowiedziałby jednak, że otwarcie rynku często następowało dopiero, kiedy było już czym konkurować i na pewnych etapach miało absolutnie zbawienne skutki. Spór ten trudno jest jednoznacznie rozstrzygnąć.

Warto jednak zaznaczyć, nieco na marginesie rozważań Kurlantzicka, że kraje rozwijające się i słabo rozwinięte mają teraz naprawdę pod górkę. Znacznie łatwiej było im kilkadziesiąt lat temu. Z jednej strony umowy handlowe wymuszają na nich otwarcie swoich rynków, z drugiej coraz bardziej drakońskie prawa i umowy międzynarodowe obligują do przestrzegania prawa własności intelektualnej. Pojawia się więc pytanie: jak dokładnie kraje te mają się rozwijać, skoro są często lata za konkurencją, nie mogą chronić rynków i nie mogą też tanio kopiować cudzych rozwiązań technologicznych czy też po prostu się ich uczyć? Nie dostają przecież ani wędki, ani ryby. Wydaje się wręcz, że rozwinięty świat oczekuje, że będą czekać na boskie oświecenie lub mannę z nieba. A kiedy one, zamiast cierpliwie oczekiwać, produkują wojny i rzesze biednych niewykształconych imigrantów, rozwinięty świat okazuje ogromne zdziwienie.

Jak zrobić to dobrze?

Pozostaje pytanie: „Jak?”. Jak to się dokładnie dzieje, że jedne kraje państwowego kapitalizmu kończą jak Wenezuela, a inne jak Singapur? Ponownie wypada wskazać trzy lub cztery podstawowe obszary i związane z nimi zagrożenia dla powstającego kapitalizmu państwowego. Po pierwsze, Kurlantzick stwierdza, że te kraje, którym się udaje, nie tylko się nie izolują jak dawne państwa socjalistyczne, ale wręcz otwierają na światową gospodarkę. Robią to jednak sprytnie i na własnych warunkach. Menadżerowie firm z kapitałem państwowym starają się sprawnie wchodzić w tak zwane globalne łańcuchy wartości, wykorzystując przy tym wiedzę i umiejętności państwowych służb dyplomatycznych oraz informacyjnych, przy czym narzędzia protekcjonistyczne są tutaj często stosowane tylko przejściowo lub stają się kartą przetargową w negocjacjach z zagranicznymi partnerami, na zasadzie coś za coś. Można zresztą powiedzieć, że zachodnie państwa robią z pochodzącymi z ich krajów firmami prywatnymi dokładnie to samo, chociażby oferując offsety przy zakupach zbrojeniowych.

 Drugim kluczowym dla przetrwania gospodarki o modelu państwowego kapitalizmu czynnikiem jest jawność i bezpardonowa walka z korupcją. Norweski rząd ma 67 proc. udziałów w Statoil, podobnie jak w wielu innych dużych firmach. Wszystkie one rządzą się jednak zasadą pełnej transparentności. Każdy obywatel jest traktowany jak ich ważny akcjonariusz i w każdej chwili może zapoznać się z informacjami oraz dokumentami na temat ich działania. Zupełnie inne porządki panują, dla porównania, w rosyjskim Gazpromie i wielu innych firmach z udziałem skarbu rosyjskiego państwa. Stają się one raczej łupem frakcji oligarchów niż dobrem wspólnym. Co stanowi zresztą potężne zagrożenie dla każdego kraju państwowego kapitalizmu.

Walka z korupcją to także w Rosji, Egipcie czy Wenezueli zupełna abstrakcja. Tymczasem na przykład w Indonezji od około piętnastu lat działa służba, przy której blednie nasze CBA. Słynna Agencja Wykorzeniania Korupcji (PKP) to struktura niemal zupełnie niezależna. Jej szef jest wybierany przez parlament niczym sędzia Sądu Najwyższego. W 86 sprawach dotyczących najwyższych urzędników aż po szczebel ministerialny służba nie pomyliła się dotąd ani razu, wszyscy oskarżeni zostali skazani. Nie trzeba dodawać, że bardzo podobne standardy panują w Singapurze, choć Chiny już borykają się z korupcją na dość wysokim poziomie.

Ostatnim zaś kluczem do sukcesu państwowego kapitalizmu jest merytokracja i w miarę uczciwa konkurencja z podmiotami prywatnymi. Potężnym zagrożeniem w przypadku państwowego kapitalizmu jest bowiem tłamszenie tych podmiotów. To, że państwo może pomóc firmie zdobyć kapitał lub wiedzę, nie znaczy, że powinno chronić ją przed zewnętrzną i wewnętrzną konkurencją, a przynajmniej nie powinno tego robić w nieskończoność. Konkurencja wymusza bowiem lepsze standardy zarządzania, analogiczne do tych, jakie panują w sektorze prywatnym.

Z państwem źle, bez niego niedobrze

Państwo w ujęciu Kurlantzicka wydaje się tworem bardzo dwuznacznym. Angażując je w gospodarkę, można zyskać wiele, ale i wiele stracić. Czy jest to jednak wiedza aż tak nowa? Sprowadza się raczej do konstatacji, że państwo jest potężnym narzędziem interesu zbiorowego. Można za jego pomocą budować potężne gospodarki, ale też całkiem dobrze funkcjonujące gospodarki zupełnie niszczyć. Jaki jest więc przepis na sukces? W oparciu o analizę Kurlantzicka i inne źródła wydaje się, że w przypadku małych i średnich gospodarek, które nie wykształciły sobie zakorzenionych w społeczeństwie elit i instytucji oraz nie mają dobrych antykorupcyjnych praktyk, przyjęcie modelu kapitalizmu państwowego w całości jest skrajnie niebezpieczne. Nie oznacza to jednak, że nawet takie państwa, ba nawet neoliberalne czy też „globalistyczne” ugrupowania wewnątrz owych państw, nie mogą w ograniczonym zakresie wyciągać z doświadczeń państwowego kapitalizmu wniosków. Nie oznacza to też, że państwa udanego kapitalizmu rynkowego nie powinny się starać kapitalizmu państwowego zrozumieć.

 Tezy Kurlantzicka bardzo ciekawie współgrają z niedawnym artykułem w „Foreign Affairs”, autorstwa Jeffa Colgana i Roberta Keohane (czołowego przedstawiciela amerykańskiego neoliberalizmu). Obaj autorzy podobnie jak Marcin Król wychodzą od stwierdzenia, że „byliśmy głupi” i nawołują do tego, aby zacząć dla dobra samego liberalizmu oddzielać jego komponent ekonomiczny od politycznego. W efekcie, na polu stosunków międzynarodowych, apelują oni do amerykańskich decydentów, aby byli bardziej otwarci na rozmaite podejścia do gospodarki i nie wymuszali „wolnorynkowości”, nie rezygnując jednocześnie z pewnych pryncypiów aksjologicznych.

W polityce wewnętrznej Colgan i Keohane radzą natomiast zadbać o widoczną redystrybucję korzyści płynących z globalizacji pośród gorzej wykształconych i gorzej sytuowanych. Jest to teza ze wszech miar warta rozważenia zarówno globalnie, jak i lokalnie. Nawet w polskim kontekście wydaje się, że krytykowanie PiS za działania związane z  polityką instytucjonalno-medialną jest bardziej uprawnione niż zapowiedzi likwidacji CBA czy też nazywanie za Jackiem Rostowskim planu Morawieckiego „dyrdymałami”. Państwo jako gracz ekonomiczny, czy tego chcemy, czy nie, wróciło. Politycy rozmaitych opcji na całym świecie muszą się zacząć do tej myśli przyzwyczajać.

Michał Kuź

Artykuł ukazał się w magazynie „Nowa Konfederacja”. Przedruk za zgodą redakcji.

12 KOMENTARZE

  1. Po przeczytaniu o tym, że „ortodoksyjnych wolnorynkowców może zaszokować” jakaś mniejsza czy większa „efektywność”, trudno się oprzeć wrażeniu, że poglądy ortodoksyjnych wolnorynkowców autor zna z opisu zamieszczonego w jakichś lewackich pisemkach 🙂

  2. Panstwowy kapitalizm? A co to kur…jest? Nie ma czegos takiego przeciez. Kapitalizm oznacza wlasnosc prywatna i pelna swobode ruchow rynkowych bez mieszania sie jakiejkolwiek wladzy. Juz to dyskredytuje kapitalizm jako system skoro panstwo musi mu pomagac w istnieniu i przetrwaniu. A moze haslo „panstwowy kapitalizm” to dysktretne przyznanie sie ze cos takiego jak kapitalizm nie dziala? A to ze nie dziala – to fakt bezsporny.

  3. Tyyyyyyle tekstu o niczym.
    Kapitalizmu nie ma, nie było i nigdy go nie będzie.

  4. Kapitalizm okazal sie doktrynalna utopia. Amerykanski neoliberalizm okazal sie narzedziem pozwalajacym pejsowym korporacjom na wejscie na obce rynki ich drenaz i opanowanie gospodarczo-polityczne calych krajow. Standardu zycia miejscowych neoliberalizm nie poprawil co wiecej nie mial nawet takiego zamiaru. Azjaci i w czesci Skandynawowie ratowali sie wlasnoscia panstwowa eufemistycznie nazywana przez manipulatorow politycznych kapitalizmem panstwowym, dzieki czemu nie zjadly ich (jeszcze) pejsowe hordy a ludzie nie stoczyli sie do rynsztoka biedy. Az strach pomyslec jakby wygladal poziom zycia przecietnego Norwega gdyby tamtejsze zloza ropy opanowaly pejsy. Mielibysmy Wenezuele Europy w tym kraju. Z drugie strony jakby wygladal poziom zycia w Wenezueli, gdyby ich ropa byla wydobywana przez miejscowe firmy i przez nie sprzedawana. Mielibysmy Norwegie w Wenezueli. Kapitalizm to juz skompromitowana ideologia odchodzaca do lamusa. System chciwosci sam sie zresetowal. Czas na wielke odnowienie swiata i likwidacje zlodziejskich korporacji i ich pejsowych panow.

  5. @Logiku wyjaśnij nam łaskawie: w jaki sposób „pomaganie” państwa jest konieczne do „istnienia i przetrwania” pierwszego-lepszego czarnego rynku, albo do tego, żeby dwóch koczowników w jakiejś dżungli wymieniało skórki bobrów na kurarę do strzał ? 🙂

  6. Niewazne kto: sa wazniejsze sprawy niz twoje slowne gierki. Np. takie:
    ” – Sprzedawcy nie dostaną dwóch tygodni urlopu latem, bo nie ma ich kto zastąpić. Kasjerki płaczą po kątach. Są przemęczone. Piotr Adamczak, szef NSZZ Solidarność w Biedronce opowiada, że pracownicy Biedronki zostali poinformowani, że nie dostaną latem dwóch tygodni urlopu. Będzie to możliwe dopiero w późniejszym terminie, choćby jesienią. To urlop dla poratowania zdrowia! – Ludzie w Biedronce harują, a tu taka wdzięczność? – dziwi się Adamczak. – Co chwilę ktoś się zwalnia, a w zamian nie przychodzi nikt nowy”.
    Czytaj więcej: http://www.dzienniklodzki.pl/strefa-biznesu/wiadomosci/a/pracownicy-biedronki-nie-pojda-latem-na-dwa-tygodnie-urlopu-stanowisko-firmy,12088293/
    Przyklad Biedronki to cala twarz tak tutaj promowanego super kapitalizmu. Niewolnik ma pracowac, do upadlego, a nie pytac o wolne, urlop i pensje. Az dziw bierze ze tam istnieje zwiazek zawodowy bo to w kapitalizmie barykada jakiej nie wolno tworzyc.

  7. Czyli jest sposób na Biedronki. Niech się wszyscy, a nie tylko niektórzy, zwolnią. @Logik – dobry pomysł?

  8. Sorry ale na idiotyczne komentarze pozbawione jakiejkolwiek merytortyki, za to prowokujace nie odpowiadam. Dam ci rade: idz, zatrudnij sie w Biedronce a potem pogadasz tutaj inaczej.

  9. Sorry, ale to było pytanie do @Logika a nie do @Waldemara. Sypnąłeś się chłopie. @Logik i @Waldemar to jeden i ten sam Troll. Pisz sobie dalej te swoje dyrdymały do kwadratu @LogiMarze

  10. Oj nieładnie Logiku / Waldemarze. Zamiast odpowiedzi na postawione pytanie ukradkiem zmieniasz temat. Skoro sam z własnej inicjatywy rozpocząłeś dyskusję o tym czy kapitalizm może istnieć to wtedy uważałeś ten temat za ważny. No i wystarczyło niecałe 32 godziny i kilka postów żebyś nagle uznał go za nieważny. Maskujemy odwrót bo logicznych argumentów brakło ??? 🙂

  11. „Państwo jako gracz ekonomiczny, czy tego chcemy, czy nie, wróciło. Politycy rozmaitych opcji na całym świecie muszą się zacząć do tej myśli przyzwyczajać.” Ja bym wolał zwalczać niż się przyzwyczajać.

  12. Głąby bez edukacji podstawowej w temacie chcą udowadniać, że kapitalizmu nigdy nie było. No to jests stara goebbelsowsko-leninowska szkoła propagandy. Ciekawe na czym zbudowały się USA przed 1913 rokiem. Tylko proszę nie bredzić mi o niewolnictwie, bo z niewolnika nie ma pracownika. Biedronka? ŚMIECHU WARTE przykłady jak to strasznie tam, jakby kogoś trzymano tam na siłę. Ciekawe co by zrobili bez pracowników szukających nowej posady. Drzwi otwarte, droga wolna, wolno się przebranżowić. Do pracy w Biedronce nie trzeba mieć żadnych kwalifikacji prócz języka polskiego. A kłamcy z ruchu sierot po PRL (bo Solidarność to komunistyczne postulaty) działają od dawna normalnym ludziom na nerwy. Biorą jakieś skrajne przykłady i wyolbrzymiają je jako normę. U mnie w firmie mikro nikt nigdy nie miał prawa z urlopem, ale ze swoim podejściem i efektywnością to już owszem. Niczego lepszego niż kapitalizm nie wymyślono i żaden wymyślony neoliberalizm nim nie jest. Gówniarzom tu piszącym polecam lekturę książek w temacie i to najlepiej w oryginale po angielsku. Terapia wiedzą działa, a nie jakąś lewacką pierestrojką polityczną.
    Można czytać tekst i go nie rozumieć, to się nazywa analfabetyzm funkcjonalny. Artykuł nigdzie nie sugeruje, że państwo musi się mieszać w gospodarkę miast zapewnić podłoże do jej wolnego i efektywnego działania. Państwo lubi to robić, bo to oznacza tłuste synekury i łup do podziału. Doskonale widać to po działaniach agentury na przełomie PRL/IIIRP. Antysemickich bredni nie chce mi się komentować, bo każdy z tych ciemnych dyletantów zdziwiłby się jakie korzenie mają globalne korporacje i to bez przywoływania sztandarowego przykładu Forda.

Comments are closed.