Gdyby nie to, że przewidzenie trwającej obecnie recesji i określenie kierunku jej rozwoju nie wymagało zdolności wieszczych, ostatnie wydarzenia w Grecji można by uznać za spełnienie się kolejnego kasandrycznego proroctwa ekonomistów Szkoły Austriackiej. Mieszanka bankowości centralnej, odgórnie narzuconego pieniądza fiducjarnego i keynesistowskiej recepty na pobudzanie rozwoju gospodarczego poprzez deficytowe wydatki ponownie okazała się wybuchową.
Wypadki greckie zdają się znamionować nadejście drugiego etapu recesji – po kryzysie instytucji finansowych przyszła pora na kryzys długu publicznego. W istocie są one przedsmakiem tego, co może przydarzyć się i Stanom Zjednoczonym, jeśli tamtejsza administracja kontynuować będzie działania oparte na przeświadczeniu, iż z zapaści gospodarczej można wydobyć się metodami politycznymi, bądź – by użyć dosadniejszego synonimu – nakazowo-rozdzielczymi. Jeśli natomiast feralnym skutkom tych ostatnich spróbuje się ona przeciwstawić poprzez monetyzację zaciągniętego długu, wówczas kryzys wejdzie w swą trzecią i zarazem ostatnią fazę – fazę załamania walutowego.
Bardzo podobny scenariusz grozi też strefie euro. Poza funkcjonowaniem parytetu kruszcowego (lub szerzej – towarowego), jednym z głównych ograniczników inflacyjnej samowoli dowolnego banku centralnego jest możliwość osłabienia się emitowanej przez niego waluty względem innych walut narodowych. Kluczowym ogranicznikiem budżetowej nieodpowiedzialności dowolnego rządu jest z kolei groźba, że to na jego kadencję przypadnie konieczność ogłoszenia niewypłacalności bądź programu oszczędnościowego niezbędnego do jej uniknięcia. Projekt polityczny, jakim jest wspólna waluta europejska, usuwa oba te ograniczniki – skutkuje on zjawiskiem „tragedii wspólnoty”, a więc pojawieniem się wśród krajów członkowskich strefy euro pobudki do tego, by zadłużać się kosztem swoich co zapobiegliwszych partnerów. Pobudka ta, co nietrudno było przewidzieć, bardzo szybko udzieliła się wszystkim członkom wspólnoty, co niemal całkowicie pozbawiło ją cnoty zapobiegliwości. Dość wspomnieć, że co prawda nie wszystkie kraje eurostrefy znajdują się obecnie w sytuacji Grecji (czy powoli zmierzających w jej ślady Hiszpanii czy Portugalii), ale żaden z nich nie spełnia uzgodnionych wspólnie kryteriów dyscypliny budżetowej (włączając będące ich głównym orędownikiem Niemcy).
Rzecz nie tylko w czysto ekonomicznej, oczywistej obserwacji, że nie jest w stanie przetrwać jakakolwiek wspólnota gospodarcza, której wszyscy członkowie są względem siebie dłużnikami. Rzecz również w spostrzeżeniu natury moralnej, że we wspólnocie wyposażonej we wspólną walutę i mogący mnożyć ją na zawołanie biurokratyczny lapis philosophorum, każdy uczestnik zostaje poddany pokusie ukradkowego redystrybuowania tytułów własności od ogółu posiadaczy w kierunku siebie i swojej bezpośredniej klienteli; co więcej, każdy jego sukces na tym polu tym mocniej skłania pozostałych do podjęcia podobnych, w dłuższej perspektywie destruktywnych dla całości działań. Tak było w przypadku amerykańskiego kartelu polityczno-bankowego i tak jest w przypadku „kartelu” złożonego z krajów eurostrefy, w ramach którego Europejski Bank Centralny już w tej chwili udziela bankom komercyjnym świeżo wytworzonych, niskooprocentowanych pożyczek, akceptując jako porękę wyżej oprocentowane obligacje greckiego rządu.
W świetle powyższych uwag coraz prawdopodobniej brzmi prognoza Jima Rogersa, wedle której eurowalucie pozostało jeszcze najwyżej 20 lat życia. Warto jednak w tym kontekście dodać, że słabością euro nie jest jego „wyłączność” ani „pojedynczość”, lecz to, że jest ono jedynie kolejnym pieniądzem fiducjarnym. Aby takim być przestało, konieczne byłoby zlikwidowanie szeregu biurokratycznych przeszkód, począwszy od zniesienia wobec euro (oraz fiducjarnych walut narodowych) statusu wyłącznego środka płatniczego oraz zniesienia podatku od obrotu złotem (bądź jakimkolwiek innym kruszcem lub towarem mającym szansę na stanie się powszechnie akceptowanym, twardym zabezpieczeniem tytułów własności wykorzystywanych w transakcjach rynkowych).
Rezultatem wyżej wymienionych zmian byłaby prywatyzacja (lub rozumiana po hayekowsku „denacjonalizacja”) pieniądza, która z kolei wymusiłaby prywatyzację strat nieodpowiedzialnych rządów oraz ich klienteli w sektorze bankowym. Podobny rozwój wydarzeń nie tylko zabezpieczyłby własność prywatną politycznie nieustosunkowanych jednostek, ale też wyeliminowałby pokusę nadużycia wśród tych dobrze ukorzenionych w świecie polityki.
Czy wypadki greckie stwarzają jakiekolwiek szanse na pójście spraw w tym kierunku? Wydaje się, że faza kryzysu długu publicznego jest tu znacznie bardziej obiecująca niż poprzedzająca ją faza kryzysu instytucji finansowych. O ile punktem zapalnym tej pierwszej były kłopoty podmiotów powszechnie uznawanych za wolnorynkowe, podczas gdy ich etatystyczne fundamenty zdołały skutecznie ukryć się w tle, o tyle niewypłacalność rządową i deficyty budżetowe trudno w jakikolwiek sensowny sposób powiązać z domniemanymi słabościami gospodarczego liberalizmu. Trudno też będzie w związku z tym pozostać dłużej w ukryciu rzeczywistym winowajcom – i nawet jeśli społeczna reakcja na aktualne wydarzenia przybierze formę apelu o zastąpienie złego etatyzmu dobrym, będzie to musiał być etatyzm dużo potulniejszy, oszczędniejszy i mniej uciążliwy dla wolnego rynku niż ten obecny. A to oznacza, że w obliczu rozgrywającej się na naszych oczach „pięknej katastrofy” pozostaje miejsce na ostrożny, ale optymistyczny uśmiech.
Jakub Bożydar Wiśniewski

1 KOMENTARZ

Comments are closed.