W ocenie Adama Smitha, ojca wolnorynkowej ekonomii, jedyny sposób by spółka akcyjna mogła konkurować z firmami zarządzanymi przez właścicieli, to „subsydia” w postaci ograniczonej odpowiedzialności. Piszą o tym John Micklethwait i‎ Adrian Wooldridge w książce „The Company: A Short History of a Revolutionary Idea”.

Na początku publikacji jej autorzy zauważają, że niemiecki filozof Georg Hegel (1770-1831) przewidywał, iż podstawową komórką społeczną nowoczesnego społeczeństwa będzie państwo, Karol Marks, że komuna, Lenin i Hitler wskazywali na partię polityczną. Wcześniej sukcesja świętych i mędrców twierdziła to samo o kościele parafialnym, dworze feudalnym i monarchii.

Autorzy stawiają zaś tezę, że najważniejszą organizacją na świecie jest firma, bo jest ona „fundamentem zachodniego dobrobytu”. Dla większości z nas jedynym rywalem w konkurencji o czas i energię dla firmy jest rodzina. Mimo to rola jaką firma odegrała w cywilizacji jest często pomijana.

W najnowszych biografiach premiera Wielkiej Brytanii Williama Gladstone`a (1809-1899), tzw. Companies Act, XIX-wiecznej ustawie, którą uważa się za kamień milowy w historii spółek, a której promotorem był właśnie Gladstone, poświęca się zaledwie jedno zdanie.

Robert Lowe, intelektualny ojciec nowoczesnej firmy, jest lepiej pamiętany za swoją pracę na rzecz edukacji i gderliwą opozycję w stosunku do powszechnego prawa wyborczego. W tomie historii Anglii „New Oxford History of England”, który obejmuje lata 1846-1886 i ma 720 stron, o powstaniu koncepcji nowoczesnej firmy nie ma nawet zdania.

Nowoczesna korporacja powstała z inicjatywy państwa, ale jej potęga nie wynika głównie z faktu, że dzięki niej produktywność rośnie. Jej główny atut – zdaniem autorów – jest taki, że ma większość praw takich, jakie mają ludzie, ale nie ma ograniczeń wynikających z biologii, czyli mówiąc wprost: firma sama z siebie nie umiera.

Gros książki dotyczy spółki akcyjnej, a jedną z najważniejszych cech tej organizacji jest to, że odpowiedzialność akcjonariuszy jest ograniczona tylko do włożonego kapitału. Pierwsze spółki akcyjne powstały jako wyjątki od reguły nieograniczonej odpowiedzialności i miały działać tylko przez określony czas.

Za pierwszą nowoczesną spółkę akcyjną uważa się brytyjską Kampanię Moskiewską powołaną do życia w 1555 r. Traktowano ją jak zło konieczne do osiągnięcia celu, którym były bardzo ryzykowne przedsięwzięcia kolonialne (co ciekawe, istnienie zakończyła dopiero w 1917 r. w wyniku wybuchu Rewolucji Październikowej, choć już po 1630 r. jej aktywność bardzo osłabła). Jeszcze długo potem spółki akcyjne działające na większą skalę były ewenementem. Na przykład u progu rewolucji francuskiej największy bank we Francji zatrudniał trzydzieści osób.

Korporacje od początku swojego istnienia wzbudzały kontrowersje. Angielski sędzia, a później polityk, Edward Coke (1552-1634) skarżył się, że „firmy nie mogą popełnić zdrady albo zostać wyjęte spod prawa czy ekskomunikowane, ponieważ nie mają one duszy”. Ten wątek powrócił dwa wieki później w słowach lorda kanclerza Edwarda Thurlowa (1731-1806). Mówił on: „Korporacje nie mają ani ciał, by je ukarać, ani dusz by je skazać na potępienie, a zatem czynią tak, jak mają ochotę”.

Autorzy przyznają, iż wielkie firmy zasłużyły na swoją reputację, odpowiadając za wiele rozlewów krwi i praktykując niewolnictwo.

Co ciekawe, swoje zarzuty wobec korporacji wyrażał także ojciec wolnorynkowej ekonomii Adam Smith (1723-1790). Był on zszokowany m.in. zachowaniem przedstawicieli Kompani Wschodnioindyjskiej w Bengalu.

Zdaniem Smitha korporacje miały na sumieniu dwa główne grzechy: pierwszy to fakt, że działały w warunkach ustalonego i gwarantowanego przez polityków monopolu, choć miały także miejsce regularne próby złamania tego monopolu. W ocenie słynnego Szkota kompanie „namaszczane” przez państwo monopolem były albo „uciążliwe” albo „bezużyteczne”. Druga przewina polegała na tym, że spółki akcyjne były znacznie mniej efektywne od pojedynczych przedsiębiorców.

W szczególności martwił go tzw. problem z delegowaniem władzy: uważał on, iż wynajęci menedżerowie nie będą z równym zaangażowaniem dbać o interes firmy jak ci, którzy są jej właścicielami. W ocenie Smitha jedyny sposób, by spółka akcyjna mogła konkurować z zarządzanymi przez właścicieli firmami to „subsydia” w postaci ograniczonej odpowiedzialności.

Co ciekawe, w XIX w. w Wielkiej Brytanii był silny opór wśród większości uznanych przedsiębiorców przed przyznawaniem spółkom ograniczonej odpowiedzialności. Pytali, czy ograniczona odpowiedzialność nie przerzuci ryzyka prowadzenia biznesu na dostawców, klientów i wierzycieli. Oraz czy możliwość nie ponoszenia konsekwencji swoich działań nie przyciągnie ludzi „najniższego sortu” do robienia interesów.

Ale były też argumenty za. John Stuart Mill i Richard Cobden zwracali uwagę na to, że ograniczona odpowiedzialność pomoże niezamożnym osobom zakładać biznesy. Mill także obawiał się, czy najemni menadżerowie będą w stanie dorównać menadżerom-właścicielom, ale uznał, że dla dużych przedsiębiorstw jedyną alternatywą w stosunku do spółek akcyjnych była kontrola rządu. Ograniczenie odpowiedzialności przedsiębiorców podobało się także chrześcijańskim socjalistom, którzy uważali, że poprawi to sytuację niezamożnych i zmniejszy napięcia społeczne.

Brytyjczycy nie mogli sobie pozwolić na zbyt długie debatowanie nad przyznaniem firmom prawa do ograniczenia odpowiedzialności. Już bowiem na początku lat 50. XIX w. około 20 angielskich firm założono w formie spółek z ograniczoną odpowiedzialnością we Francji, choć kosztowało to ok. 4000 funtów (wartych tyle, co dzisiejsze 392 tys. funtów).

Właśnie ucieczka brytyjskich biznesmenów do Francji i USA było głównym argumentem Edwarda Pleydella-Bouverie, wiceprezesa Izby Handlu (ang. Board of Trade), którego użył w 1855 r. by doprowadzić do „przepchnięcia” Ustawy o Ograniczonej Odpowiedzialności (ang. Limited Liablity Act) w parlamencie.

Do końca wiele osób nie mogło uwierzyć, że to prawo weszło w życie. Autorzy sugerują, iż mogło to mieć związek z faktem, że rząd premiera Palmerstona chciał móc twierdzić, iż robił coś więcej poza głosowaniem za kolejną transzą pieniędzy na Wojnę Krymską.

John Micklethwait i‎ Adrian Wooldridge piszą w podtytule publikacji, iż będzie to „krótka historia”. I faktycznie dotrzymują słowa, ponieważ ma ona 271 stron, z czego ok. 1/5 to bibliografia. Autorzy nie są historykami, tylko dziennikarzami (w czasie pisania książki pracowali dla tygodnika „The Economist”) i ich zadaniem było zebranie materiału z innych publikacji.

Z tego zadania wywiązali się bardzo dobrze, bo „The Company” to solidna popularno-naukowa książka, z naciskiem na słowo „popularna”, co należy rozumieć tak, że dobrze się ją czyta.

Micklethwait i Wooldridge w krótkiej książce opisali historię firmy od czasów starożytnych aż do współczesności.

W konsekwencji jedynie pobieżnie traktuje ona większość wątków. Ja sam chętnie bym przeczytał więcej, na przykład o działalności pierwszych kompanii brytyjskich czy holenderskich. Podsumowując: „The Company” to pozycja godna polecenie, choć osoby zainteresowane tematem nie znajdą w niej odpowiedzi na wszystkie pytania dotyczące tej tematyki.

Aleksander Piński

Foto.:pixabay.com

http://prokapitalizm.pl/wp-content/uploads/2015/07/Otwarta-licencja.png

1 KOMENTARZ

  1. „fundamentem zachodniego dobrobytu” nie jest firma tylko niewolnicy zwani dzisiaj tez „Korpos” czyli podpory korporacji oddane jej do ostatniego tchu.

Comments are closed.