Ostatnie wydarzenia z Krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych pokazały ponownie, że poszanowanie dla prawa w Polsce to coś zupełnie obcego dla przedstawicieli najwyższych władz. Po raz kolejny okazuje się, że najłatwiej jest u nas zgnębić zwykłych ludzi, organizacje charytatywne, czy drobnych przedsiębiorców za prozaiczne braki formalne, a kiedy przychodzi zastosować podobne standardy wobec władz, to wszyscy umywają ręce. Jest to tym bardziej bulwersujące, że łamanie prawa powtarza się dosyć regularnie i nie zawsze są to kwestie ograniczające się do formalności.


Minister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski w towarzystwie mediów, wkroczył do budynku Instytutu, żeby za pomocą topornej zagrywki PRowskiej pokazać, jak bardzo organom rządowym zależy na wyjaśnieniu przyczyn katastrofy smoleńskiej. Gdyby tylko tam wszedł, to nie byłoby problemu. Rzecz w tym, że postanowił sobie odsłuchać bez zgody prokuratury wojskowej materiały ze śledztwa. Wątpię, że minister Kwiatkowski zrobił to ze swojej inicjatywy. Ktoś najwyraźniej go podpuścił. Nie ma znaczenia, czy tzw. „sprężyna” znajdowała się w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, czy w samym Instytucie. Istotne jest to, że skoro już minister znalazł się w takiej sytuacji i przespał moment, w którym można było temu zapobiec, to powinien przyznać się do błędu i przeprosić, a nie zasłaniać się nieprawdziwym faktem, jakoby wysłuchał jedynie materiału poglądowego. Każdy może przecież porównać fragmenty odsłuchanych przez Kwiatkowskiego fragmentów z rosyjską wersją stenogramów opublikowaną już jakiś czas temu. Można bez większych problemów odnaleźć te same fragmenty, co zresztą trafnie wskazały niektóre media. Krok ministra sprawiedliwości jest godny krytyki, ale nie wydaje mi się, aby mógł on stanowić wyłączną podstawę do jego odwołania. Tym bardziej, że Krzysztof Kwiatkowski jest jednym z nielicznych ministrów tego rządu, którzy spisują się nieźle na swoim stanowisku, choć powiedzieć „dobrze” mogłoby już być uznane za nadużycie. Nagięcie prawa razi, ale jest to nic w porównaniu z tym, co robili członkowie tego rządu w przeszłości, nie ponosząc żadnych konsekwencji.
Sztandarowym przykładem działalności, za którą w sektorze prywatnym idzie się często do więzienia, jest działalność ministra finansów Jana Vincenta-Rostowskiego. Mowa jest tutaj o kreatywnej księgowości, jaka jest stosowana w Ministerstwie Finansów. W rzeczywistości dług Polski już dawno przekroczył 50% próg ostrożnościowy w relacji do PKB. Minister finansów za pomocą zmiany  sposobu wyliczania zadłużenia w magiczny sposób odjął parę procent. Wyprowadzanie wydatków poza budżet ma miejsce np. w przypadku Krajowego Funduszu Drogowego. Rostowski za wszelką cenę stara się poupychać rozmaite wydatki w miejsca, gdzie nie będzie ich widać. Ważne jednak, żeby upchnąć, żeby wszystko się zmieściło, żeby wszystko się jakoś na siłę domknęło. W takiej sytuacji przychodzą mi zawsze do głowy obrazy z Chin, gdzie to profesjonalni upychacze, upychają ludzi w pociągach, czy autobusach. Minister finansów upycha jednak nie do pociągu, a do szafy i nie ludzi, a trupy, które bez przerwy z niej wypadają. Są to wszystkim znane trupy, wśród których możemy znaleźć m.in. ZUS, czy NFZ.
Nie tak dawno temu było też głośno o złamaniu ustawy dotyczącej finansowania MON. Zgodnie z artykułem 7 ustęp 1 ustawy z dnia 25 maja 2001 roku o przebudowie i modernizacji technicznej oraz finansowaniu Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej (Dz. U. z 2009 r. Nr 67, poz. 570), każdego roku na finansowanie polskiej armii, powinno być przeznaczane przynajmniej 1,95% PKB z roku poprzedniego. Budżet MON z 2009 roku był mniejszy od tej kwoty o 2 mld zł. I nie pomogą tu tłumaczenia o kryzysie (którego to przecież podobno według rządu nie było). Kryzys, czy nie, żyjemy podobno w państwie prawa. W tym przypadku w sposób otwarty je złamano i nikt nie poniósł konsekwencji. Co więcej prokuratura nawet nie wszczęła w tej sprawie śledztwa, co jest wyjątkowo kuriozalne.
Na tym nie koniec. W MON złamano jeszcze więcej przepisów prawnych. Weźmy dwa Embraery 175 wyczarterowane od LOTu przez MON. Decyzja o ich wypożyczeniu została podjęta bez wystarczających podstaw prawnych. Nie przeprowadzono nawet przetargu, który pozwoliłby wybrać najtańszą ofertę. Warto postawić pytanie, czy decyzja o wyczarterowaniu samolotów, nie była przypadkiem podjęta pod wpływem lobbystów brazylijskiej firmy. Rozmaici eksperci w zakresie lotnictwa nie mają wątpliwości, że takie pytanie jest jak najbardziej na miejscu. Co więcej pojawiają się podejrzenia, że unieważnianie przetargów dotyczących zakupu samolotów do przewozu VIPów, także było dokonywane pod wpływem działań lobbystycznych.
Wszystko wskazuje na to, że przy wyjaśnianiu katastrofy smoleńskiej także naruszono świadomie szereg przepisów prawnych. Przede wszystkim, zgodnie z przepisami obowiązującymi kraje członkowskie NATO, powinnością polskiego rządu było wystąpienie do Paktu o pomoc przy śledztwie. W katastrofie zginęło całe dowództwo wojskowe kraju członkowskiego wraz ze zwierzchnikiem sił zbrojnych. Polski rząd stara się zaś udawać, że takie przepisy w ogóle nie istnieją. W ogóle w naszym kraju udaje się wiele rzeczy, co doskonale dowodzą przykłady podane przeze mnie powyżej.
Innym naruszeniem prawa w kwestii katastrofy smoleńskiej, było zastosowanie do jej wyjaśniania tzw. konwencji chicagowskiej. Pełna nazwa wspomnianego dokumentu brzmi „Konwencja o międzynarodowym lotnictwie cywilnym, podpisana w Chicago dnia 7 grudnia 1944 r.”. Warto ze zdwojoną siłą podkreślić fragment „lotnictwie cywilnym”. Konwencja ta nie ma żadnego zastosowania do lotów wojskowych. Rząd zaś stara się na siłę wcisnąć społeczeństwu fakt, że jest inaczej. Zajrzyjmy do konkretnych zapisów z omawianego dokumentu. Już w artykule 3 można jasno i wyraźnie przeczytać, że „niniejsza Konwencja stosuje się wyłącznie do cywilnych statków powietrznych, nie stosuje się zaś do statków powietrznych państwowych”. Czyli jakim samolotem leciał prezydent wraz z całym dowództwem sił zbrojnych? Status Tu-154 znajdującego się w rękach państwa polskiego jest jasny i nie powinien podlegać żadnej dyskusji. Jest to samolot wojskowy i próby negowania tego faktu byłyby śmieszne, gdyby nie okoliczności.
Oczywiście przykładów naginania przepisów jest więcej. Należy przypomnieć bezprawne odwołanie szefa CBA po wybuchu afery hazardowej. Premier arbitralnie i subiektywnie osądził, że Mariusz Kamiński nie spełnia wymogów stawianych przez ustawę. Co więcej odwołano go ze stanowiska przed zasięgnięciem opinii w tej sprawie u prezydenta. Ustawa mówi jednak precyzyjnie, że „szefa CBA powołuje na czteroletnią kadencję i odwołuje Prezes Rady Ministrów, po zasięgnięciu opinii Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, Kolegium do Spraw Służb Specjalnych oraz sejmowej komisji właściwej do spraw służb specjalnych”. Jest to jawna falandyzacja prawa.
Na koniec zostawiłem jeszcze jeden zestaw działań, które budzą duże wątpliwości prawne. Mam tu na myśli akcję rządu przeciwko tzw. „dopalaczom”. Używanie instytucji państwowych do celowego gnębienia legalnie działającego biznesu źle mi się kojarzy. Nie wchodźmy teraz w dyskusję, czy dopalacze powinny być legalne, czy nie. Nie jest to przedmiotem tego tekstu. Faktem jest, że ponownie mamy do czynienia z naginaniem prawa. Większość sklepów prawdopodobnie zamknięto, nie mając do tego solidnych podstaw. Oznacza to, że być może już wkrótce przyjdzie nam wszystkim z podatków zapłacić odszkodowania właścicielom tych biznesów, a wtedy nie będzie zbyt wesoło. Za pomocą takich działań rząd może w przyszłości „położyć” dowolny biznes. Precedens już stworzono.
Rząd PO wkracza samowolnie do instytucji rodziny i dąży m.in. do tego, żeby państwo wyręczało rodziców w wychowywaniu dzieci. Przejawia się to w rozmaitych faktach od olbrzymiego opodatkowania, po ustawy, które pozwalają pracownikom socjalnym (czyli pracownikom państwowym) odbierać rodzicom dzieci na podstawie zwykłego, pojedynczego donosu sąsiada. Naturalnie dochodzi także fakt konieczności wysyłania siedmiolatków do szkół, którego głównym celem jest to, żeby w przyszłości Polacy szybciej wchodzili na rynek pracy i dzięki temu wcześniej zaczynali pudrować trupy z szafy Rostowskiego, czy jakiegokolwiek „Igrekowego Iksińskiego”, który po nim nastąpi. Pomijając już nawet fakt, że jest to wszystko całkowicie sprzeczne z konserwatywnym liberalizmem (do którego PO ciągle się odwołuje), a charakterystyczne dla socjal-etatyzmu, to pomyślmy jakiż to „piękny” przykład daje przy tym państwo dzieciom. Od władz idzie jasny sygnał, którego nie da się pominąć. Jeżeli państwo nie przestrzega prawa, które samo stanowi, to dlaczego prawo mają przestrzegać obywatele? Czy w takim duchu mają być wychowywane dzieci?
Łukasz Stefaniak
Autor prowadzi blog: http://lukaszstefaniak.salon24.pl
Foto. http://www.kwiatkowski.lodz.pl

4 KOMENTARZE

  1. no ale przecież w Szwecji i Norwegii socjalizm funkcjonuje, prawda? :)))))
    wg instytutu CATO polskie zadłużenie ma dynamikę 1550% PKB? Jak ktoś wątpi w to, że Polska albo zbankrutuje, albo zrepudiuje, to jest niezłym oszołomem.

  2. Panie Łukaszu,
    Gorsze w „ustawie przemocowej” jest, nie to, że prac. soc. może odbierać dzieci (bo to – przynajmniej na tym etapie dziejowym – dotyczy głównie środowisk patologicznych), ale to, że rodzice zostają pozbawieni narzędzi wychowywania własnych dzieci. A to dotyczy każdej rodziny, normalnej również.
    Pozdrawia
    P.

  3. Witam,
    Osobiście uważam, że używanie w przypadku długu publicznego relacji w stosunku do PKB jest zupełnie nieadekwatne i nie pokazuje w pełni problemu. 🙂 Jestem zwolennikiem systemu opierającego się na relacji w stosunku do wpływów do budżetu. Wtedy czarno na białym widać, ile kolejnych budżetów w całości trzeba poświęcić na spłatę całości.
    W kwestii ustawy o przemocy w rodzinie, w pełni się zgadzam. Kwestia zabierania dzieci bez wyroku sądu jest jednak także bardzo istotna, bo załóżmy, że ktoś będzie chciał zrobić sąsiadowi na złość i postanowi donieść. Jeżeli pracownik socjalny będzie nadgorliwy, to może wyrządzić takiej rodzinie niewyobrażalną szkodę. Tak to jest, jak ktoś chce tworzyć świat idealny. W efekcie powstaje klatka dla wszystkich.

  4. Przede wszystkim ten rząd nie jest od przestrzegania prawa tylko od jego naginania do swoich potrzeb. A jak się w końcu coś sypnie to powoła sobie speckomisję sejmową z Sekułą na czele i udowodni, że miał rację. Żeby sprawować rządy zgodnie z prawem potrzebny byłby rząd myślący po polsku. Ale skoro ponad połowa elektoratu zwykła być nieaktywna i woli siedzieć w domu podczas wyborów to jest, jak jest.

Comments are closed.