W Niemczech nie słabnie intelektualna opozycja przeciwko euro. Właśnie złożony został kolejny pozew, tym razem przeciwko polityce skupu obligacji przez EBC (PSPP). Z niemieckiego punktu widzenia ich wyrzeczenia w polityce budżetowej są marnowane przez kraje, które nie chcą poddać się reformom. 

Jak to jest możliwe, że w największej, przeżywającej rozkwit gospodarce jest mocna opozycja w stosunku do euro. Kto się kryje za pozwami przeciwko euro? Czym się kierują ich autorzy, co chcą osiągnąć?

Opór przeciwko euro powstał już przed jego wprowadzeniem. Już w 1998 r złożono pozew przeciwko nieistniejącej jeszcze walucie. Uczynili to czterej profesorowie ekonomii: nieżyjący już Wilhelm Hankel, Joachim Starbatty, Karl Albrecht Schachtschneider oraz Wilhelm Noelling. To nie jedyny zresztą ich pozew. W 2010 r. zaskarżyli plan pomocy dla Grecji.

Z czwórki tej najbardziej znany był i nadal jest ten ostatni, Wilhelm Noelling. Przez długie dziesięć lat zasiadał w zarządzie niemieckiego Bundesbanku, i to w dobie największej świetności niemieckiego banku centralnego. Z pewnością nie chodziło o rozgłos, ponieważ jest on w Niemczech osobą powszechnie szanowaną. Mam do niego szczególną słabość, bo argumenty użyte przez profesora w jednym z wywiadów zachęciły mnie do napisania pracy doktorskiej poświęconej właśnie euro.

Noelling wzywał we wspomnianym wywiadzie polityków do opamiętania się w pogoni za euro. Obchodzący niedługo ćwierćwiecze istnienia traktat z Maastricht przewidywał, że europejska wspólna waluta może być wprowadzona najpóźniej w 1999 r. Ale nie trzeba było długoletniego stażu w najpotężniejszym banku centralnym Europy, by zdawać sobie sprawę z tego, że do roku tego większość gospodarek kontynentu europejskiego nie będzie w stanie przygotować się należycie do uczestnictwa w unii walutowej.

Dlatego Noelling podkreślał wówczas, że euro ma być projektem na długie lata, a może nawet i stulecia. Czym jest kilkuletnie, czy nawet kilkunastoletnie opóźnienie w realizacji tak ambitnego długoterminowego przedsięwzięcia. Jak sugerował Noelling okres opóźnienia powinien być wykorzystany na dokończenie niezbędnych reform. Niestety Noellinga nie posłuchano.

Zapytałem w 2013 r. profesora Noelling, czym się kieruje – w tak podeszłym już wówczas wieku – jeżdżąc ciągle z okolic Hamburga na kolejne rozprawy do Karlsruhe. Odpowiedział mi, że po to, aby móc ze spokojnym sumieniem patrzeć wnukom w oczy.

– Nasza historia potoczyła się w taki sposób – dodał wówczas profesor – że w pewnym momencie odebrana nam został kontrola nad procesem decyzyjnym dotyczącym przyszłości naszego kraju. Zjednoczenie Niemiec wystawiło Niemcom rachunek natury zarówno ekonomicznej, jak i politycznej. A co uczyniono z naszym Bundesbankiem? – pytał się retorycznie Noelling. Największy bank centralny Europy (który za czasów Noellinga z powodzeniem rozdawał karty na arenie międzynarodowej) został zrównany siłą głosu do banku centralnego Malty.

Profesor Joachim Starbatty z Uniwersytetu w Tybindze nie ma za sobą, w przeciwieństwie do Noellinga, stażu w Bundesbanku. Ponadto różni ich zaplecze polityczne. Noelling był związany z SPD, a Starbattemu przez długi okres czasu było bliżej do CDU/CSU. Może też i dlatego wiele kontrowersji wzbudziła jego decyzja związania się w 2013 r niemiecką partią (określaną coraz częściej mianem nacjonalistycznej) Alternative fuer Deutschland. W 2015 r. zerwał jednak z tą partią najprawdopodobniej zniechęcony coraz silniej przebijającym się w niej pierwiastkiem nacjonalizmu.

Miałem okazję uczestniczyć z prof. Starbattym w panelu dyskusyjnym na Uniwersytecie Goethego we Frankfurcie. To ostoja spokoju i opanowania. Jest on autorem cieszącej się dużą popularnością książki o barwnym tytule „Tatort Euro”, co w wolnym przekładzie można tłumaczyć jako miejsce zbrodni o nazwie euro. Tytuł te nawiązuje zarazem do popularnego w Niemczech serialu TV.

Bardziej jednak utkwił mi w pamięci podtytuł tej książki, który brzmiał jak odezwa do narodu: Obywatele, strzeżcie prawa, demokracji i waszego majątku. Czyżby skrajny populizm? Ależ skąd. W podobnym stylu wypowiadała się przecież gwiazda niemieckiej ekonomii, bardzo szanowany i poważany prof. Hans Werner Sinn. Ten ostatni poświęcił swoją książkę części składowej euro jaką jest system płatniczy Target2. A książkę tę nazwał bez ogródek: „Pułapka Target. Niebezpieczeństwa dla naszych pieniędzy i dzieci”.

Wielu czytelników na pewno zna świetnie prof. Sinna i każdy zgodzi się że na pewno nie zależy mu na tanim poklasku i sławie. Bo i po co, skoro jest się jednym z najbardziej szanowanych ekonomistów w 80 milionowym kraju.

Z dwóch omawianych książek ciekawsza wydała mi się ta autorstwa Starbattego. Może dlatego, że Sinn treść swojej niepotrzebnie zawęził do problematyki Target2. W obu jednak książkach można dopatrzeć się pewnych pierwiastków tendencyjności. Autorzy wiedzieli dobrze jak potęgować i tak już silnie zakorzeniony lęk Niemców przed tym co niesie i nieść będzie euro. Z drugiej strony trudno dziwić się tym głosom. Włożyć Grecję, Portugalię i Niemcy do jednego koszyka to tak jak mniej więcej do klasy z ogólniaka włożyć kilku uczniów z zawodówek. W normalnych warunkach ci ostatni nie powinni dostać promocji do następnej klasy. A skoro już kilka lat z rzędu ją dostają, to znaczy, że poziom całej klasy musiał się obniżyć. Trudno, aby Niemcy byli zachwyceni takim stanem rzeczy.

Wyżej wspomnianych ekonomistów można określić mianem bardzo spokojnych i wyważonych, zwłaszcza na tle energicznego i bardzo pewnego siebie prof. Markusa C. Kerbera. Kerber posiada dwa fakultety i jest ekspertem zarówno w dziedzinie prawa jak i  finansów. Jest założycielem interdyscyplinarnego think-tanku Europolis.

Kerber reprezentuje już młodsze pokolenie (nie jest obarczony spuścizną drugiej wojny światowej) i może dlatego nazywa rzeczy po imieniu: euro nie zdało egzaminu i czas z nim skończyć. Kerber nie ogranicza się do słów, rysuje plany tego co można nazwać secesją. Jest autorem wielu książek, w tym ostatnio wydanej na temat mogącej nastąpić secesji monetarnej w strefie euro: Mehr Wettbewerb wagen (Odważyć się na większą konkurencję).

Kerber szczególnie dumny wydaje się jednak z innej książki „Souverinitaet und Konkurs” (Suwerenność i bankructwo) dedykowanej sławie niemieckiej ekonomii, Horstowi Schulmannowi, jednemu z wczesnych (zmarł w 1994 r.) architektów euro. Profesorowi Kerberowi przypisuje się autorstwo koncepcji stworzenia waluty równoległej, nordeuro (choć sam Kerber określa ją mianem guldenmark), która miałaby zrzeszać kraje z nadwyżką na rachunku obrotów bieżących. Kerber cały czas jest na ścieżce wojennej z EBC, który jego zdaniem zachowuje się jak finansowy dyktator.

Słuchałem niedawno jego wywodu siedząc z nim w kawiarence naprzeciwko NBP. W marcu – mówił Kerber – została przekroczona granica. Coś pękło. Nawet ci którzy wierzyli w to wszystko, stracili resztki wiary. I wymienia nazwisko prof. Petera Bofingera. Ale nie trzeba było długiej rozmowy z Kerberem, aby wiedzieć, że wśród Niemców coś pękło. Wystarczyło zajrzeć do prasy niemieckiej na przełomie marca i kwietnia.

Poszło o dwie rzeczy: przede wszystkim o zwiększenie programu PSPP (Public Sector Purchase Programme, czyli Program Skupu Aktywów Sektora Publicznego) oraz o kolejną obniżkę stóp procentowych. Najwyraźniej Niemcy nie zdążyli się przyzwyczaić do tego, że prezesi niektórych banków centralnych nie dotrzymują słowa. Tylko dlaczego dzieje się tak w przypadku ich własnego banku centralnego. Cóż, Draghi się nie wyprze. W 2014 r. zapewnił wszystkich, że ówczesna obniżka stóp procentowych będzie ostatnią obniżką. W marcu 2016 r dokonał jednak kolejnej zmiany w dół, doprowadzając wielu niemieckich ciułaczy do przysłowiowej czarnej rozpaczy.

Mimo, że nie ze wszystkimi postulatami wyżej wymienionych ekonomistów się zgadzam, rozumiem coraz głośniej skarżących się Niemców. Złożyli oni na ołtarzu unii walutowej swój największy skarb jakim była marka niemiecka. Cała Europa pragnęła mieć walutę przynajmniej tak silną jak marka. A sytuacja jest odwrotna. Na dodatek można mieć wrażenie, że mało rozgarnięty uczeń zabiera się do pouczania swojego niedawnego nauczyciela.

Dużo można mówić o roli niemieckich banków w trawiącym strefę euro kryzysie. Nie zmienia to jednak stanu rzeczy, że Niemcy na swój sukces zapracowali kosztem sporych wyrzeczeń. W latach 1999-2012 płace realne stały w miejscu, a Niemcy poddali się bardzo bolesnym reformom strukturalnym. Innym krajom podobne wyrzeczenia przychodzą trudniej, o czym świadczą ostatnie doniesienia z Francji. Jak długo można jeszcze oszukiwać się i wierzyć, że Grecja przezwycięży kryzys? A może trzeba czekać na kolejnego królika jakiego Draghi wyciągnie z kapelusza? Dlaczego Niemcy mają firmować tę politykę swoim majątkiem?

Nie chodzi zresztą tylko o ekonomię. Chodzi o szeroko rozumiane zasady poszanowania prawa i pieniędzy publicznych. We Frankfurcie nad Menem nie sposób nie zauważyć nowej siedziby EBC. Instytucja pouczająca Grecję i inne kraje sama przekroczyła swój budżet związany z budową tejże siedziby aż o 50 proc. (!). Gdyby zależało to od Niemiec nie przeszło by to – mówił mi jeden z ówczesnych członków zarządu Bundesbanku – wszyscy musieli by się podać do dymisji. W EBC nikt nie musiał tego zrobić.

– Jak długo ludzie z EBC będą mogli śmiać się nam, Niemcom, prosto w twarz, pytał mnie retorycznie w Warszawie prof. Kerber?

Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Mam jednak wrażenie, że chyba wszyscy już teraz żałujemy, że europejscy politycy nie posłuchali przestróg m.in. prof. Noellinga.

Paweł Kowalewski

Otwarta-licencja

1 KOMENTARZ

  1. „– Jak długo ludzie z EBC będą mogli śmiać się nam, Niemcom, prosto w twarz, pytał mnie retorycznie w Warszawie prof. Kerber?”
    Pytanie retoryczne, dotyczy bowiem absolutnie węzłowego problemu jakim jest nieustanny trend do likwidacji narodów, państw narodowych i interesów narodowych. Ten trend określany jako globalizacja jest między innymi do zawdzięczenia właśnie bankom i około-bankowym instytucjom i organizacjom. Stąd dość groteskowo pobrzmiewa argumentacja na temat opuszczenia AfD przez profesora Joachima Starbatty’ego.
    Narodowe interesy nie stoją absolutnie w kontrze do interesów finansowych, pod warunkiem jednakowoż, że instytucje finansowe podlegają narodowej kontroli.
    Przestępczość ma to do siebie, że na narodowe interesy się nie ogląda – i tak należy postrzegać między-(czy jak kto woli ponad-) narodowe instytucje i organizacje finansowe i gospodarcze.

Comments are closed.