Sytuacja w Syrii to tygiel, w którym trudno jest się połapać. USA, Rosja, Turcja, Francja, Kurdowie, Państwo Islamskie, reżym Al-Assada, tzw. rebelianci, Mossad, Soros… Ale wszystko ma przecież swój początek. Jakoś się to zaczęło.

O tych początkach pisze w swojej najnowszej książce, która ukazała się niedawno na naszym rynku dzięki Wydawnictwu WEKTORY, F. William Engdahl (wcześniejsza pozycja tego autora to „Absolutna dominacja”). „Nieświęta wojna. Grzech pierworodny Ameryki” – ten tytuł mówi już właściwie sam za siebie. Engdahl pisze w „Przedmowie”: „Według >>zaufanego źródła<< (…) ostatecznego zielonego światła dla wojny ISIS z Irakiem i Syrią udzielono za zamkniętymi drzwiami na szczycie energetycznym Atlantic Council w Stambule w Turcji 22 XI 2013 roku. AC była jednym z najbardziej wpływowych amerykańskich think tanków zajmującym się amerykańską i natowską polityką zagraniczną i geopolityką. To samo źródło wskazało, że kluczowym koordynatorem działań wojskowych ISIS był ambasador USA w Turcji, Francis Riccardione”.

Można w te rewelacje autora książki wierzyć bądź nie, jednak dla bacznego obserwatora tego co dzieje się na Bliskim Wschodzie (nie tylko w Syrii), a także wydarzeń ostatnich lat na Ukrainie, liczba znaków zapytanie jest naprawdę spora. Polacy przez dwa pokolenia żyli w komunizmie. To co robili amerykańscy politycy deklarujący się jako „przyjaciele Polski”, amerykańskie służby specjalne, było dla nas tym bardziej istotne, im mocniej osłabiało niedźwiedzia ze Wschodu, spod którego jarzma chcieliśmy się wyzwolić. Dziś już wiemy, że Amerykanie nie działali bezinteresownie. Polityczną grę o wpływy widać szczególnie teraz, gdy już jesteśmy – przynajmniej teoretycznie – wolnym krajem. Dopiero teraz dostrzegamy co to są interesy, czy w politycznej rozgrywce są jacyś przyjaciele, na których można by liczyć, czy jedynie gracze usiłujący ugrać wyłącznie coś dla siebie. Polskie elity zapewne też to widzą jednak wydaje się, że nadal nie potrafią wyciągać właściwych wniosków. Świadczyć może o tym choćby niedawna decyzja o wysłaniu polskich F-16 do Syrii w zamian za – jak to określono – „stałą obecność” amerykańskich baz w Polsce. A celem miały być przecież stałe bazy. Obecność to już teraz jest.

Ale wracając do „Nieświętej wojny”… W książce Engdahla CIA nie jest organizacją, która bezinteresownie robi coś dobrego dla innych. Wszystko co robi, robi dla Ameryki, i to często pod dyktando określonych grup interesów, głównie związanych z bankowością bądź przemysłem wydobywczym (ropa naftowa). CIA pcha się tam, gdzie rodzi się okazja na wzrost wpływów i na wielkie pieniądze. Niewiele różni się od KGB czy GRU – tam gdzie trzeba tak samo stosuje bandyckie metody. Engdahl przybliża w swojej książce historię romansu amerykańskich służb z fundamentalistami islamskimi, romansu, który trwa do dziś, ale który zaczyna się wymykać spod kontroli. Amerykanom nie przeszkadza fakt, iż np. Bracia Muzułmańscy blisko kooperowali z Hitlerem w czasie drugiej wojny światowej, maczając ręce w mordowaniu Żydów. Ważne, że można ich teraz użyć do realizacji własnych celów. Zresztą oddajmy mu głos: „Przez przeszło 60 lat frakcja w amerykańskiej społeczności wywiadowczej wykorzystywała pewne grupy islamistyczne w dążeniu do rozszerzenia amerykańskiej hegemonii na świecie. Początki tych relacji sięgają powojennego Monachium lat pięćdziesiątych, natomiast nowy wymiar zyskały w latach osiemdziesiątych, kiedy to CIA, z pomocą służb wywiadowczych Arabii Saudyjskiej, sprowadziła zamożnego saudyjskiego islamistę Osamę bin Ladena do Pakistanu, aby werbował islamskich dżihadystów do wojny terrorystycznej przeciwko Armii Czerwonej w Afganistanie. W obliczu przeprowadzonej przez CIA operacji „Cyclone”, mającej na celu uzbrojenie i wyszkolenie bojowników islamskich, Waszyngton postanowił zastosować tę samą taktykę po rozwiązaniu Układu Warszawskiego i rozpadzie ZSRR. (…) CIA przerzuciła swoimi prywatnymi samolotami mudżahedinów – weteranów wojny afgańskiej (…) – do Azerbejdżanu, gdzie brytyjskie i amerykańskie koncerny naftowe miały oko na zasoby ropy Morza Kaspijskiego. CIA przerzuciła ich również do Jugosławii, aby podsycić ogień tamtejszej wojny, od Bośni i Hercegowiny po Kosowo, oraz przemyciła ich do Czeczenii i Dagestanu, aby sabotować rosyjskie rurociągi. Ogromny sukces tej taktyki, rosnący z każdą kolejną próbą, uderzył niektórym w Waszyngtonie do głowy. Odkryto idealne narzędzie szerzenia terroru na całym świecie, pozwalające realizować plan globalnej hegemonii po upadku ZSRR, przy jednoczesnym zrzucaniu winy na oszalałych „podburzonych muzułmanów”…

To narzędzie zastosowano również w byłej Jugosławii. „Wykorzystując grupy w rodzaju fundacji Sorosa, amerykańskiego miliardera i spekulanta George’a Sorosa oraz National Endowment for Democracy (NED), Waszyngton kierował środki do skrajnie nacjonalistycznych lub byłych faszystowskich organizacji wszystkich stron konfliktu, aby zapewnić brutalny i krwawy rozpad Jugosławii” – pisze w swojej książce Engdahl.

Plan ten wciąż jest realizowany w różnych częściach świata. Przy okazji wychodzi na jaw coraz więcej dowodów na to, że Soros to zwykły bandzior kooperujący z potężnymi siłami mającymi w swoim arsenale najnowocześniejszą broń. Ale bieżące wydarzenia pokazują, że ów plan powoli zaczyna się sypać, a sprawy niekoniecznie idą tak, jak zakładała to sobie CIA. Na drodze do amerykańskiej hegemonii pojawiły się przeszkody. Za pychę i ignorancję trzeba płacić. Pytanie tylko – jaka będzie cena i co to może oznaczać choćby dla Polski?

Można się tylko domyślać, że F. William Engdahl pisze już kolejną książkę. Ale zanim ona powstanie warto sięgnąć po „Nieświętą wojnę”.

Paweł Sztąberek

F. William Engdahl – „Nieświęta wojna. Grzech pierworodny Ameryki”, Wydawnictwo WEKTORY, Bielany Wrocławskie 2015

1 KOMENTARZ

Comments are closed.