Mieczysław Wilczek niedawno zauważył, że w Polsce przepisy prawa konstruowane są pod kątem potencjalnych nadużyć. Aczkolwiek stwierdzenie to odnosiło się do sfery życia gospodarczego, to nie będzie nadużyciem rozciągnięcie go również na kwestie społeczne. W taki bowiem sposób należy potraktować nowelizację „Ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w Rodzinie”.
Przesłanki do tego znajdujemy już w uzasadnieniu projektu nowelizacji, gdzie czytamy: Z diagnozy przeprowadzonej w 2007 r. dotyczącej skali zjawiska przemocy w rodzinie wynika, że problem przemocy w rodzinie jest zjawiskiem dostrzeganym w polskim społeczeństwie. Z uzyskanych danych wynika, że  dotyczy on średnio około połowy rodzin. Znaczny odsetek, bo prawie dwie trzecie (64%) Polaków zna w swoim otoczeniu, sąsiedztwie takie rodziny, o których słyszeli lub wiedzą, że dochodzi w nich do różnych form przemocy. Wprowadzanie nowelizacji prawa w oparciu o „diagnozy”, badające co ktoś „słyszał” to pomysł, delikatnie rzecz ujmując, idiotyczny, czego – mam nadzieję – tłumaczyć nie trzeba.
Ale to nie jedyny absurd, jaki stał się kamieniem węgielnym inkryminowanej nowelizacji. Przede wszystkim bowiem autorzy skupili się wyłącznie na „przemocy w rodzinie” i możliwie szerokim jej definiowaniu, radośnie ignorując złożoność relacji wewnątrz rodziny jak i jej funkcji, zwłaszcza wychowawczej. Przede wszystkim odnosi się to do wychowania dzieci, gdzie wprawdzie różnica między katowaniem, znęcaniem, maltretowaniem czy gnębieniem a wychowaniem jest zasadnicza, to dla pewnego typu ludzi niewątpliwie trudna do pojęcia.
Przyjrzyjmy się definicji „przemocy w rodzinie”, jaką wysmażył dzielnicowy Rewiru Dzielnicowych Komisariatu Policji Gdynia Śródmieście – Tomasz Pietrzak, autor Poradnika pracownika socjalnego „Przemoc w Rodzinie”, pokrywającego się swą wymową z projektem nowelizacji ustawy. Przemoc według niego to działanie  intencjonalne i skierowane przeciwko innym członkom rodziny. Przemoc jest zamierzonym działaniem, lub jego zaniechaniem, mającym na celu przejęcie całkowitej kontroli nad ofiarami. W obrębie tego autor rozróżnił różne rodzaje „przemocy”. Abstrahując od ewidentnych form o charakterze przestępczym (katowanie, gwałty itd.) spróbujmy wyliczyć te wyjątkowo intrygujące: narzucanie własnych poglądów, krytykowanie, kontrolowanie, ograniczanie kontaktów (przemoc psychiczna), krytykowanie zachowań seksualnych (przemoc seksualna), działanie mające na celu całkowite uzależnienie finansowe ofiary od sprawcy (przemoc ekonomiczna), wymuszanie lojalności (przemoc emocjonalna).
Warto w tym miejscu odwołać się do pedagogiki czy psychologii, które wychowanie definiują jako wszelkie zamierzone działania w formie interakcji społecznych mające na celu wywołanie trwałych pożądanych zmian w osobowościach ludzi. Z kolei owe zmiany (mające na celu socjalizację) mają na celu osiągnięcie przez jednostkę zdolności do życia w społeczeństwie, uznania obowiązujących i akceptowanych norm zachowania, postępowania, prawa, obyczajów itp. Jednocześnie obie nauki podnoszą ogromny wpływ środowiska w procesie wychowawczym, rozróżniając trzy obszary: rodzinę, grupę rówieśniczą (podwórko, klasa itp.) i środki masowego przekazu (media, internet, literatura).
Już na pierwszy rzut oka widać, że definicja „przemocy w rodzinie” nijak ma się zarówno do rzeczywistości, jak i nauki. Zacznijmy jednak po kolei. W myśl definicji Tomasza Pietrzaka już sam fakt zostania rodzicem oznacza popełnienie przestępstwa. Paradoks? Nie – przecież każde dziecko jest finansowo uzależnione od rodziców, nadto ustawodawstwo polskie zakazuje zatrudniania nieletnich. Ergo – płodząc dziecko podejmujesz  działanie mające na celu całkowite uzależnienie finansowe. Warto tutaj zastanowić się nad kwestią „kieszonkowego” – kto ma ustalać jego wysokość? Jak często ma być wypłacane? No i czy nie powinno być obłożone podatkiem od darowizny?
Kolejna sprawa to „wymuszanie lojalności”. Jak definiuje termin Słownik języka Polskiego (PWN) lojalność to: postawa, postępowanie zgodne z przepisami prawa; prawomyślność, praworządność. I dalej czytamy: prawość, wierność, rzetelność w stosunkach z ludźmi. Innymi słowy jest to uznanie akceptowanych norm życia społecznego. No, ale jakżeż socjalizować, skoro nie tylko „wymuszanie lojalności” jest formą przemocy, ale nawet samo „narzucanie własnych poglądów”? Jak wychowywać, wskazując negatywne zachowania, skoro nie wolno ich krytykować? Jak w ogóle zdobyć informację o takowych, skoro nie wolno kontrolować? Jak uchronić dziecko przed negatywnym wpływem środowiska czy pedofilią, skoro nie wolno ograniczać kontaktów? Jak wreszcie nauczyć, że zaspokajanie choćby nie wiem jak perwersyjnych fantazji seksualnych wbrew zgody partnera/partnerki jest przestępstwem, skoro nie wolno „krytykować zachowań seksualnych”?
Tego wszystkiego rzecz jasna ani poradnik, ani nowelizacja nie wyjaśniają. Całkowicie też zdają się nie dostrzegać negatywnych skutków wychowawczych w wyniku pozbawienia szkoły możliwości sankcji. O zjawisku przemocy w szkole, molestowaniu i znęcaniu się wśród uczniów powiedziano już wiele, o źródłach – nic. A przecież nowelizacja pozbawia sankcji wychowawczych również i rodzinę. Rzecz jasna najlepiej byłoby stosować wyłącznie nagrody (tzw. pozytywne wzmocnienie), ale za chwilę może się okazać, że brak nagrody jest formą przemocy.
Oczywiście należy podkreślić, że wszelkie formy znęcania winny być surowo karane. Niemniej, jak słusznie zauważył Stanisław Michalkiewicz, prawo pozbawione sankcji nie spełni swej roli, zwłaszcza zaś w przypadku, gdy ewentualne sankcje nie spotykają sprawców. A dzieciaki szybko się uczą, że są bezkarne. Autorzy nowelizacji i poradników powinni o tym pomyśleć, inaczej będzie więcej pogrzebów ofiar nieletnich bandytów, jak chociażby zadźganego na Woli za „krytykę zachowania” warszawskiego policjanta.
Miała rację Karolina Elbanowska (Stowarzyszenie Rzecznik Praw Rodziców), która stwierdziła, że państwo upodabnia się do złośliwej teściowej, która w niczym nie pomoże, ale wszędzie ingeruje i wszystko chce kontrolować. Od siebie dodam, że zaprezentowana kultura osobista orędowniczek nowelizacji w programie Jana Pospieszalskiego sprawia, że jakoś się nie dziwię treści ustawy. Jeżeli się czemuś dziwię, to brakowi zapisów o obowiązku uzyskania wydawanego przez urzędników pozwolenia na urodzenie i wychowywanie dzieci.
Michał Nawrocki

2 KOMENTARZE

  1. Link do programu Jana Pospieszalskiego przestał działać. Program został zdjęty z sieci. Czyżby to ciąg dalszy realizacji zgniłego kompromisu PiS z SLD w TVP? Może ktoś z PiS-u to zdementuje, bo może powstać dziwne wrażenie, że PiS chroni kretynów, którzy dążą do zniszczenia tradycyjnej rodziny. No, chyba że PiS to tylko p. Jarosław Kaczyński i nikt poza nim nie odważy się PiS-nąć słówka, bo skończy na politycznej gilotynie.

  2. Ot tolerancja i sprawiedliwość faryzejska oraz standardy i normy lewizny, Platformy z ich III RP!!!! POd dyktando Wybiórczej, NIE i WSI24, chrześcijańskie krzyże wrogowie naszej wiary mogą obrażać do woli, nazywając to sztuką tolerancji a POLskie sądy nie doszukują się w tym przestępstwa. Ciekawe czy te same genitalia co zawieszone na krzyżu, gdyby zawieszono jako sztukę na innych symbolach np.: muzułmańskim półksiężycu, żydowskiej gwieździe Dawida czy innych, to ten sam POlski sąd i jewro media byłby równie tolerancyjne i nie uznały by tego jako obrażanie uczuć religijnych i narodowych Semitów. Jestem pewien, że okrzyknięto by tego pseudoartystę obrażającego muzułmanów, Żydów jako antysemitę a sąd z pewnością wydał by wyrok skazujący. Zgodnie z POprawnością POlityczną, parlamenty wielu krajów wydały by też oświadczenia pełne oburzenia, POtępiając pseudoartystę. Nie mówiąc już, że największe światowe koszerne media grzmiały by w tej sprawie wiele miesięcy. Przykład zaangażowania władz III RP i tzw mediów światowych w spr. kradzieży napisu z Auschwitz, jest tego dobitnym przykładem. A koszerny Onet z Wirtualną stosują PRLowską cenzurę POprawności, na moje niepoprawne teksty.

Comments are closed.