Kilka tez i odpowiedzi Krzysztofa Mazura wymaga wyjaśnienia.
W swoim poprzednim artykule zarzuciłem mojemu oponentowi, że używa słowa „jałowy” do określania fundamentalnego wynalazku współczesnej cywilizacji. Podkreśliłem, jak wiele (rozwój podziału pracy i przedsiębiorczości, akumulacji kapitału, lepszego życia w świecie niepewnym etc.) zawdzięczamy pieniądzowi. Stąd też absurdem jest twierdzenie, że środek wymiany jest „jałowy”, a „prawdziwą wartość tworzy jedynie praca” (stąd tylko krok do twierdzenia, że pieniądz to tworzy „nieprawdziwą wartość”; kiedy na przykład konsumenci odmawiają kupowania i przez to spadają ceny – to pewnie wynik nadania „nieprawdziwej wartości” zdaniem autora?). Pierwsze słowo cytowane z artykułu pana Mazura oznacza, że pieniądz nie przynosi efektów. Tak bowiem rozumiem słowo „jałowość”. Mój dyskutant odpowiada: „W moim rozumieniu >jałowość< pieniądza nie oznacza, że jest on niepotrzebny.”. Nie jest to odpowiedź na moją polemikę, a co najwyżej próba obrony swojej wypowiedzi poprzez lingwistyczne sztuczki. Zaznaczyłem wyraźnie, że efekty powstania pieniądza są niezwykle ważne dla funkcjonowania rozwiniętej gospodarki i cywilizacji. Efekty są raczej trudne do przecenienia. Stąd też pieniądz jest ewidentnie niejałowy, ponieważ jego powstanie przynosi za sobą wiele korzystnych efektów. Bowiem „jałowy” znaczy tyle co „bez efektów”.
W odpowiedzi pojawiło się inne ekonomicznie niebezpieczne stwierdzenie: „handel niczego nie produkuje”. Oczywiście jest wprost przeciwnie. Handel, tak, produkuje. Być może autor popełnia błąd, jakiego dopuszcza się wielu ekonomistów nie zaznajomionych z tradycją subiektywistyczną, szukających analogii w fizycznych procesach. A co jest produkowaniem, skoro nie jest nim handel?
Podobny błąd popełnił pewien wielki myśliciel, co go mylnie zwą „ojcem ekonomii” (tak jakby nie było Cantillona, Turgota, scholastyków). Chodzi oczywiście o wybitnego Adama Smitha, który wprowadził podział na pracę „produktywną” i „nieproduktywną”. Do tej drugiej zaliczał takie zawody jak prawnicy, śpiewacy, muzycy, tancerze itd. Wynikało to z mylnego skojarzenia, że np. piekarz produkuje coś fizycznego: chleb, jaki zostanie skonsumowany przez kupującego. Tancerz sobie tańczy i ja go obserwuję, więc to jest coś niejako niefizycznego, „nieproduktywnego”, bowiem tej usługi „giną zazwyczaj już w chwili, gdy się spełnia”. Zaś praca nie materializuje się w niczym fizycznym. Z kolei piekarz to już nie to samo, bowiem jego praca wchodzi w obiekt fizyczny i dlatego jest niejako „produktywna”.
Oczywiście podział jest błędny i jak pisze Mark Blaug w swoim podręczniku jest jedną z najszkodliwszych pomyłek w historii myśli. Przecież chleb jest zjadany, bowiem pojawia się jakaś potrzeba subiektywnie postrzegana przez aktora rynkowego. Chleb nie jest wartościowy po prostu dlatego, że jest fizycznie wyprodukowany, albo przez to, że umożliwia zaspokojenie głodu. On będzie wartościowy, jeśli rzeczywiście ktoś będzie chciał zaspokoić swój głód przy jego pomocy. Co jeśli ludzie będą chcieli umrzeć z głodu? Albo co jeśli zaczną jeść tylko razowiec? Albo tylko bułki? Chleb jest wartościowy, ponieważ ktoś chce zaspokajać przy jego pomocy potrzebę głodu. Subiektywną potrzebę dodajmy i tak samo wartościowy jest taniec tancerza, jeśli ktoś chce przy pomocy jego obserwacji zaspokajać jakąś swoją potrzebę.
Krzysztof Mazur stawia tezę, że „handel niczego nie produkuje”. Doprawdy? Robinson był dzisiaj w wielkim salonie i zakupił w nim samochód. Nie sądzę, aby uznanie właściciela takiego salonu za osobę nieproduktywną było rozsądne. Czy naprawdę autor jest skłonny powiedzieć, że sektor usługowy jest nieproduktywny? A może pójdzie za fizjokratami i stwierdzi, że tylko rolnictwo jest produktywne? Na marginesie warto zaznaczyć, że jak pokazał Israel Kirzner nie da się skutecznie odróżnić „kosztów produkcji” od „kosztów sprzedaży”.
Zdaniem autora pieniądz pełni dwie funkcje: wymiany towarów oraz „informacyjną, gdyż ceny informują jaka działalność jest opłacalna”. Jak widać z samej konstrukcji zdania, to nie pieniądz pełni funkcję informacyjną, tylko ceny. Pieniądz jest tylko ich mianownikiem – jest środkiem wymiany, przy pomocy którego wyrażane są uniwersalnie ceny. Zatem tak naprawdę wszystko i tak sprowadza się do jednej głównej funkcji: pieniądz jest po prostu środkiem wymiany.
Autor ma rację oczywiście pisząc „To ludzka kreatywność, to wszystko co mieści się pod pojęciem przedsiębiorczości jest powodem produkcji, wytwarzania i innej ludzkiej aktywności a pieniądz jedynie ułatwia realizację tych celów. Nie jest natomiast w żadnym przypadku siłą sprawczą”. Trudno, żeby „pieniądz” był siłą sprawczą, skoro „pieniądz” to jakieś dobro, które staje się tak zwanym „pieniądzem” dopiero, kiedy człowiek tak zdecyduje. W zasadzie całość wypowiedzi można sprowadzić do znanej maksymy: „człowiek działa”. Każda instytucja, z jaką mamy do czynienia, każdy wynalazek, język, maszyna, pieniądz, jest efektem ludzkiego działania. Dokładnie. Human action jest początkiem każdego najmniejszego kroku; to człowiek, jego preferencje, idee, pomysły, inicjatywa jest źródłem powstania, rozwoju i zmian cywilizacji, gospodarki etc. Nadal jednak nie oznacza to, że pieniądz jest jałowy. To, że ludzkie działanie jest przyczyną czegoś, co nazywamy „społeczeństwem” to fakt, ale nadal nie oznacza to, że pieniądz jest jałowy. Zgodnie z takim podejściem Krzysztof Mazur musiałby nazwać każdy, nawet najbardziej produktywny kawałek ziemi „jałowym”, bowiem on jest przecież tylko środkiem, a ostatecznie o wszystkim decyduje i tak human action.
W dalszej części artykułu autor pisze o hayekowskim pomyśle wielu konkurujących ze sobą walut, prezentowanym także przez Benjamina Kleina:
…najbardziej zbliżonym do ideału rynkowego jest jednakże taki zdenacjonalizowany system pieniężny, który umożliwia konkurowanie różnych walut, także pieniądza papierowego ale nie takiego, którego wartość jest zadekretowana prawnie ale takiego, którego gwarantem jest określona instytucja lub osoba (wyobrażam sobie np. walutę, gdzie nominałem podstawowym byłby 1 kulczyk, 1 gudzowaty, 1 machay, 1 mazur ale najprawdopodobniej emitentami i gwarantami takiego pieniądza byłyby banki).
Pojawia się jednak kilka problemów. Po pierwsze: dlaczego taki futurystyczny pomysł nie zaistniał ani razu w historii gospodarczej świata? Owszem, sam fakt, że coś nie wystąpiło nie oznacza jeszcze, że taka jest natura rzeczy. Niemniej jednak autor musi sobie zadać pytanie i spróbować znaleźć właściwą teoretyczną odpowiedź, dlaczego tak się nie stało. Po drugie, co jest jednocześnie odpowiedzią, jak taka waluta miałyby zostać wprowadzana przez konkurujących ze sobą emitentów? Ten pomysł całkowicie ignoruje ważne teoretyczne odkrycie Misesa, znane jako „teoria regresji” (chociaż precyzyjnie tłumacząc „teoremat”).
Aby jakiekolwiek dobro stało się pieniądzem na rynku, czyli środkiem wymiany spełniającym funkcję pośredniczącą, musi wcześniej na rynku barterowym posiadać cenę wynikającą z niemonetarnego zastosowania.
Zatem, aby aktorzy rynkowi dostrzegli w jakimś towarze możliwość zastosowania go do roli pieniądza, to musi istnieć jego wcześniejsza cena. Na przykład: aby jajka stały się pieniądzem, muszą być pożądane przez aktorów rynkowych ze względu na niepieniężne zastosowanie w konsumpcji. Jajka muszą się w barterze wymieniać na coś ze względu na charakter niepieniężny. Muszą mieć cenę w innych dobrach, aby aktorzy rynkowi mogli na bazie tej ceny zacząć nabywać jajka w celu wykorzystania ich do wymiany pośredniej (jako pieniądzem).
Analogicznie jest z każdym innym dobrem, jakie pełniło funkcje pieniężne w gospodarce rynkowej. Czy to były paciorki, tytoń, kamyczki, cukier, sól, złoto, srebro etc. Wszystkie te „pieniądze” miały w systemie barterowym jakąś cenę, na bazie której mogły stać się pożądane. W przeciwnym razie aktorzy rynkowi nie mogliby ich nagle zacząć nabywać w celu uczynienia ich pieniądzem, bo po jakim kursie to zrobić?
Ten właśnie problem dotyczyłby „1 Machaja”, „1 Hayeka” albo „1 Mazura”. Po jakiej cenie mam wymienić rzekomego „Machaja” na inne dobra? Przyjdę do fryzjera i powiem: poproszę strzyżenie, a oto zapłata, papierek z napisem „1 Machaj”? Jak Krzysztof Mazur wyobraża sobie ewolucję do takiego systemu? Dlaczego ktokolwiek ma zaakceptować „Machaja”, skoro mogę taki papierek wydrukować w tysiącach egzemplarzy? Podstawowe pytanie brzmi: po jakim kursie ma być wymieniany taki pieniądz?
W gospodarce barterowej jajko może stać się pieniądzem, ponieważ ma swoje niemonetarne wykorzystanie. Istnieje jakiś kurs wymiany, jakaś pierwotna siła nabywcza, po jakiej można wymieniać jajka za usługi fryzjerskie czy też inne dobra na rynku. „Machaje” takiej siły nabywczej nie mają, więc zgodnie z teorią regresji nie mogą stać się pieniądzem w wyniku gry sił rynkowych. I ponieważ teoria ta jest prawdziwa, nigdy w historii nie pojawił się taki rodzaj pieniądza, a koncepcje Hayeka pozostają w realne jedynie w opowiadaniach science-fiction.
Skąd zatem dzisiejsze papierowe waluty we współczesnych państwach? Historycznie rzecz biorąc były one nie tyle przywiązane do złota, co po prostu były tytułem własności do złota. To nie był żaden „sztywny kurs” albo „przywiązanie”. Po prostu, waluta była złotem. Każdy wyemitowany papierek był zobowiązaniem do natychmiastowej wypłaty kruszcu w zamian za niego. Te papierki stopniowo zaczynały funkcjonować wraz z pieniądzem rynkowym w obieg, a państwo poprzez szereg swoich interwencji wymusiło ich stosowanie. Czy to poprzez przymus płacenia podatków w nich, czy przez prawa legalnego środka płatniczego, czy też znacjonalizowanie złota, systemu bankowego itd. itd. Taki pusty pieniądz papierowy może zaistnieć, owszem, ale nie na wolnym rynku, tylko przez siłową w niego interwencję.
Pieniądz jest towarem i nie jest żadnym „abstrakcyjnym tworem”. Powinniśmy ponownie to powtórzyć: pieniądz to towar, jaki jest pożądany przez aktorów rynkowych ze względu na swoje właściwości jako środka wymiany. Pan Mazur zaś twierdzi, iż jest to wynalazek „abstrakcyjny” przytaczając słowa Monteskiusza zacytowane w „Pieniądzu” Krzyżanowskiego:
Murzyni zamieszkali na wybrzeżu Afryki posiadają znak wartości bez pieniądza. Znak czysto idealny, oparty jest na oszacowaniu każdego towaru dokonanem w ich umyśle, wedle jego zapotrzebowania. Dane pożywienie lub towar wart jest trzy „macute”, inny sześć, trzeci dziesięć macute
Szkoda jednak, że autor nie zaglądnął dwa akapity niżej, gdzie Krzyżanowski komentuje:
„Monteskiusza dzieło stało się jedną z najwięcej czytanych książek. Bibliografowie zapisali około 140 wydań francuskich przed rokiem 1891. Anegdota o 'macute’ utorowała sobie drogę do całego szeregu wybitnych dzieł filozoficznych, do systematycznych opracowań ekonomii i dzieł specyalnych o pieniądzu, powtarzana przeważnie bezkrytycznie na wiarę sławnego i znanego pisarza”.
Chociaż z autorem tejże książki w wielu miejscach się nie zgadzam, to jednak tutaj niewątpliwie ma dużo racji. Pieniądz to nie abstrakcja i właśnie dlatego Hayek nie miał racji.
Ciekawy wydaje się ogólny wątek Adama Krzyżanowskiego, poruszony przez Krzysztofa Mazura. Jakiś czas temu napisałem do tygodnika „Najwyższy Czas!” artykuł, w którym uzasadniam, dlaczego Mises zasługuje na Nobla. Wymieniłem cztery główne zasługi Austriaka: wkład w teorię monetarną i zintegrowanie makroekonomii z mikroekonomią, w teorię przedsiębiorczości w odniesieniu do idealnego modelu równowagi, w debatę nad problemem kalkulacji w socjalizmie oraz za wypracowanie apriorystycznej metody.
W odpowiedzi na to Krzyszfot Mazur pisze:
Otóż profesor Krzyżanowski, też „austryjak” swój traktat „Pieniądz” ogłosił w 1911 r., Ludwig von Mises „Teorię pieniądza…” wydał w 1912 r., Polak „Założenia ekonomiki” wydał w 1919 r., Austriak „Gospodarke społeczną” w 1922 r., Przedstawiciel krakowskich „Stańczyków” „Polityke i gospodarstwo” opublikował w 1931 r., kiedy i najwybitniejszy przedstawiciel „szkoły austriackiej” ogłosił „Przyczyny kryzysu gospodarczego”. Jeżeli Nobel należał się Misesowi to Krzyżanowskiemu co najmniej podwójny
Po tymże niezbyt przekonującym akapicie moglibyśmy zadać proste pytanie: co ten radykalny wniosek w ostatnim zdaniu ma wspólnego z całością wypowiedzi? Teza jest dosyć radykalna, ale nie podparta absolutnie żadnym argumentem. Jestem bardzo zaciekawiony tym pochopnym wnioskiem i jestem równie ciekawy, skąd on wynika. Równie dobrze można napisać:
Otóż mistrz Krasicki swoje dzieło „Mikołaja Doświadczyńskiego przypadki” wydał w 1776, Mises „Teorię pieniądza” w 1912, Polak „Monachomachie” w 1778, Austriak „Gospodarkę społeczną” w 1922. Przedstawiciel polskiego oświecenia „Bajki” opublikował w 1779, dokładnie na 152 lata przed tym jak najwybitniejszy przedstawiciel „szkoły austriackiej” ogłosił „Przyczyny kryzysu gospodarczego”. Jeżeli Nobel należał się Misesowi, a Krzyżanowskiemu co najmniej podwójny, to Krasicki powinien dostać ich 400.
Powyższa wypowiedź to oczywiście pure nonsens. Dlaczego? Dlatego, że samo pojawienie się dzieł wcześniej, nie jest jeszcze powodem do uznania, iż myśliciel jest zdecydowanie bardziej zasłużony dla dziedziny. Nie chodzi o to, że Krasicki nie był ekonomista, a Krzyżanowski był. Chodzi o to, że argumenty Krzysztofa Mazura polegają tylko i wyłącznie na przytoczeniu chronologii wydarzeń i uznaniu tego za decydujący dowód na wyższość profesora Adasia jako naukowca. A teraz do rzeczy.
Traktat „Pieniądz” został ogłoszony rok przed dziełem Misesa na temat pieniądza i kredytu, ale pozostaje kilka kwestii. Czy traktat ten jest osadzony w austriackiej metodzie, metodologicznego indywidualizmu czy też jest raczej rozpuszczoną wersja mechanistycznych analiz zwolenników ilościowej teorii pieniądza (w dodatku udającą, iż nie jest monetarystyczna)? Czy w traktacie Krzyżanowski (albo też późniejszym rozwinięciu teorii, jaka się ukazała kilka lat później) aplikuje „teorię marginalną” (wartościowania kolejnych jednostek dobra) do pieniądza? Czy jest w nim owa „teoria regresji”? Czy rozwija w nim, podobnie jak Mises, teorię cyklu koniunkturalnego, jaki jest powodowany przez zakłócenia „naturalnej stopy procentowej” i wraz z tym rynkowej struktury kapitałowej? Oczywiście nie. Nie ma teorii cyklu, nie ma teorii regresji, nie ma analizy marginalnej, jest tradycyjna ilościowa teoria pieniądza. Poza tym „Pieniądz” jest raczej pracą przekrojową, przytaczającą myśli wcześniejszych autorów (w późniejszym dziele o pieniądzu Krzyżanowski nie dał w bibliografii książki Misesa, chociaż ta już się pojawiła; jest za to inna niemieckojęzyczna książka – skrajnego interwencjonisty Knappa).
Mój oponent pisze dalej, że Polak wydał „Założenia ekonomiki” w 1919, a Mises „Gospodarkę społeczną” w 1922. A co ma jedno z drugim wspólnego? Krzyżanowski pisze w „Założeniach” trochę o metodzie ekonomii, o historii myśli, historii gospodarczej, a na koniec o bogactwie. Słowa nie ma o problemie ekonomicznej kalkulacji i tego, że „socjalizm jest niemożliwy”, bowiem likwiduje podstawowy mechanizm alokujący środki pod potrzeby konsumenta. Dokładnie o tym jest „Die Gemeinwirtshaft: Untersitchungen über den Sozialismus”, wydane w 1922 przez Misesa. „Socjalizm: ekonomiczna i społeczna analiza” – tak właśnie brzmi tytuł tej książki przetłumaczonej na angielski. „Gospodarka społeczna” to tłumaczenie niewłaściwe, jakie można odnaleźć w tak słabym źródle, jakim jest wiem.onet.pl. Prawdopodobnie z tego powodu pan Mazur niepotrzebnie zestawił te dwa dzieła, chyba nie zdając sobie sprawy, iż nie mają one ze sobą zbyt wiele wspólnego.
Mam poważne podejrzenia, aby sądzić, iż pan Mazur jedynie ustawił nam daty wydania poszczególnych dzieł Misesa i Krzyżanowskiego, po czym stwierdził, iż ponieważ profesor Adaś był szybciej, to jemu zdecydowanie bardziej niż profesorowi Lu należy się Nobel. Jeśli taką metodę zastosował, to niewątpliwie jest ona błędna. W każdym razie z chęcią posłucham kilku słów o Krzyżanowskim i tego, dlaczego zasługuje na Nobla bardziej niż Mises. Jak na razie nie usłyszałem żadnego (swoją drogą równie zaskakujące jest dla mnie nazywanie go „Austriakiem” – co zatem niby ma decydować o jego „austriakości”?).
Samym Krzyżanowskim kiedyś się zajmiemy dokładniej. Niektórych rzeczy można się od niego nauczyć. To, co prawdziwe, pochodzi nie od niego, a pozostałego trzeba za wszelką cenę unikać („fanów” Piłsudskiego powinien ucieszyć fakt, że profesor Adam kandydował z listy BBWR i gorąco chwalił marszałka jako „wielkiego wodza”). Niemniej jednak zdarzały się nieraz u niego ciekawe spostrzeżenia. Na przykład szkoda, że Krzysztof Mazur nie przywiązał wagi do fragmentu, w którym Krzyżanowski pisze, iż posiadanie pieniądza w saldzie gotówkowym jest również bogactwem. Natomiast jeśli chodzi o politykę ekonomiczną, to Krzyżanowski to taki „platformers” z lat 20.
W artykule pana Mazura pojawił się inny ekonomiczny sofizmat. „Należy wyraźnie stwierdzić, że w ramach transakcji rynkowych przedmiotem tych transakcji jest ludzka praca”. Jeśli kiedykolwiek autor chciałby wykonać ukłon w stronę laborystycznej teorii wartości, to wydaje się, że właśnie go wykonał. To prawdopodobnie ma ponownie źródło u znanego, wybitnego myśliciela szkockiego, co go Smithem zwą. W „Bogactwie narodów” możemy przeczytać, że dobra wymieniają się w zależności od włożonej w ich produkcję pracy („ojcem” to on był na pewno, ale nie ekonomii tylko laborystycznej teorii wartości, jaka po rozwinięciu przez Ricardo stanie się źródłem nauk socjalistów). Wracając jednak do wypowiedzi autora. Poprawne stwierdzenie powinno brzmieć: „Należy wyraźnie stwierdzić, że w ramach transakcji rynkowych przedmiotem tych transakcji są dwa przeciwnie wartościowane dobra”. Weźmy sobie przykład z brzegu. Załóżmy, że Krzysztof Mazur jest właścicielem gruntu i wynajmuje go Mateuszowi Machajowi do tego, aby ten mógł sobie na nim się poopalać. Mamy dwie strony transakcji: od MM pieniądze, a od KM wynajem ziemi. Nie ma tu żadnej pracy, która byłaby przedmiotem transakcji. Przedmiotem transakcji są dwa przedmioty własności: pieniądz i ziemia. Praca nie zawsze jest przedmiotem transakcji.
W kolejnym akapicie pojawiają się ciekawe wnioski, że socjalizm to gra o sumie ujemnej, socjaldemokracja zerowej. Niestety nie zrozumiałem, o co chodziło autorowi (ja o tym nie w kontekście polemicznym; chodzi mi o to, że nie za bardzo do mnie dotarło, co autor miał na myśli).
Zaś co do samej bankowości w Polsce, to już zwracaliśmy uwagę, iż nie jest to system rynkowy, tylko publiczno-prywatny. Radę Polityki Pieniężnej należy rozwiązać, podobnie jak zresztą NBP. Pomysłów jest na to kilka. Nie będę rozwijać tego wątku w tym artykule.
Mateusz Machaj
(22 września 2003)