Pieniądz nie jest jałowy. Stwierdzenie „jałowy” ma sugerować, że pieniądz jako podstawowy wynalazek cywilizacyjny nie przynosi efektów społeczeństwu. Gdyby tak rzeczywiście było, rynek już dawno zrezygnowałby z pieniądza.
Pieniądz to znakomity wynalazek, bez którego Krzysztof Mazur nie byłby w stanie napisać polemiki do mojego artykułu. Bez pieniądza społeczeństwo pozostaje na prymitywnym poziomie gospodarczym, gdzie dominuje wymiana towar za towar, a podział pracy jest utrudniony. Przy barterze dwie zainteresowane strony muszą spełnić warunek zbieżności potrzeb. Jak rozwiązać problem śpiewaka operowego, który chce kupić jajka? Jak ekonomista ma kupić chleb? Jak filozof ma kupić buty? Jak Eistein ma zatrudnić kogoś do sprzątania mu domu? Jak publicysta tygodnika „Najwyższy Czas!” ma zdobyć lekarstwa? Widzimy wyraźnie, że takie transakcje byłyby niezwykle trudne do wykonania bez pieniądza przez problem zbieżności potrzeb. Niemniej jednak, kiedy pojawi się pieniądz, sytuacja zmienia się radykalnie. Teraz każdy z tych specyficznych zawodów sprzedaje swoje usługi bezpośrednio zainteresowanym, a ci płacą mu dobrem, za które on nabędzie rzecz przez siebie pożądaną.
W ten sposób wykształca się wymiana pośrednia. Ekonomista wykłada uczniom na tematy gospodarcze i w zamian od nich zdobywa dobro, za które kupi chleb. Takie dobra właśnie stają się „pieniędzmi”, ponieważ nie służą ani do produkcji, ani konsumpcji. Służą jako środek wymiany między jednostkami. Dzięki takiemu zabiegowi znacznie poszerza się pole do specjalizacji. Podział pracy zaczyna kwitnąć, ponieważ znika problem zbieżności potrzeb. Oprócz tego ułatwiona jest akumulacja kapitału: od teraz nie jestem inwestorem mając 10 jabłek, 2 skrzynki, 3 rowery, 6 pracowników. Od teraz mam określoną sumę pieniędzy, za które mogę nabyć dokładnie te rzeczy, jakie do inwestycji będą mi potrzebne. Nie trzeba dodawać, że akumulowanie kapitału umożliwia jeszcze dalszy podział pracy i pogłębiania specjalizacji.
Nie dość, że jako kapitalista mogę zakupywać niezbędne dobra inwestycyjne, pracę i ziemię, to na dodatek mogę kalkulować. Jestem w stanie porównać wielkość nakładów w stosunku do wielkości wyników. Mierzę pieniądzem koszty, jakie ponoszę, i odejmuje je od przychodów obliczając różnicę. Dzięki temu jestem w stanie stwierdzić, czy spełniam potrzeby konsumenta w sposób satysfakcjonujący w stosunku do innych biznesów na rynku. Mechanizm zysków i strat obrazuje, czy środki, jakie zakupiłem po aktualnych cenach przyniosły konsumentowi satysfakcję, czy też konsumenci zdecydowali się na kupno innych dóbr, produkowanych przez konkurentów. Zatem bez pieniądza nie ma także przedsiębiorczości.
Pamiętamy wykład Carl Megnera i tezę o tym, że wartość dóbr wyższego rzędu, czyli dóbr produkcyjnych, zależy tylko i wyłącznie od oczekiwanej wartości dóbr niższego rzędu, jakie wyprodukują. „Oczekiwana wartość” jest tworzona przez prywatnych właścicieli, przez przedsiębiorców, którzy „spekulują”, „oczekują”, czyli konkretniej mówiąc wyceniają czynniki produkcji w zależności, od tego, jakich spodziewają się zysków przy ich użyciu. Jeśli na przykład zakupiłem pracę i ziemię za 100 złotych, a produkt sprzedałem za 99 złotych, to wyraźnie widać, że zmarnotrawiłem środki. Ale zadajmy sobie pytanie: skąd to się bierze?
Sprzedaż po 99 bierze się oczywiście z gustów konsumenta. Konsumenci nie byli zbytnio zainteresowani moim produktem i skierowali swoje zainteresowanie na produkty bardziej im potrzebne. To oznacza, że praca i ziemią, jakie zatrudniłem po 100, zostały zmarnotrawione i powinny pójść na produkcję dóbr zaspokajających inne bardziej naglące potrzeby. Ten mechanizm obrazuje, jacy przedsiębiorcy są dobrzy, a jacy źli. Mechanizm zysków i strat jest możliwy tylko i wyłącznie przy istnieniu pieniądza.
Teraz zastanówmy się jeszcze, co by było, gdybyśmy całkowicie wyeliminowali niepewność z naszego świata. Załóżmy, że wszyscy dokładnie jesteśmy w stanie przewidzieć co nas spotka jutro, pojutrze, za rok, za godzinę etc. Nie potrzebowalibyśmy pieniądza w ogóle! Skoro wiem, że na przykład muszę jutro zakupić o określonej godzinie chleb, to po co mam dzisiaj po wypłacie trzymać pieniądze w kieszeni? Zaraz po zarobieniu ich umieszczę je w jednodniowym projekcie inwestycyjnym tak, aby jutro tuż przed zakupem chleba, otrzymać trochę więcej grosza niż mam po zarobieniu. W takim świecie nikt nie trzymałby pieniądza jako dobra natychmiastowo płynnego (czyli takiego, jakie może praktycznie w każdej chwili zostać zamienione na dobro konsumpcyjne lub produkcyjne), ponieważ wiedziałby, kiedy dokładnie chce ten pieniądzu upłynnić.
Dlatego też żaden z nas nie trzymałby pieniądza w kieszeni, na koncie, w szafce, tylko natychmiast by się pieniądza pozbywał. Popyt na pieniądz malałby w sposób zastraszający, a jak wiemy zgodnie z prawem popytu, niższy popyt prowadzi do spadku ceny. Cena pieniądza leciałaby na łeb na szyję, czyli spadałaby jego siła nabywcza (pamiętamy, że cena pieniądza to siła nabywcza, a nie stopa procentowa jak mówią Keynesiści). Ceny dóbr i usług leciałyby nonstop w górę. W świecie pewnym, gdzie doskonale znamy naszą przyszłość, pieniądz spełnia funkcję tylko numeraire, stateczną jednostką rozliczeniową, a nie środkiem wymiany (Mises, Human Action).
Podsumujmy zatem. Pieniądz to podstawowa rzecz, jaka umożliwia nam funkcjonowanie w świecie niepewnym. Pieniądz także to podstawowy wynalazek cywilizacji, pchający do przodu podział pracy. Pieniądz umożliwia także skuteczne przeprowadzanie inwestycji i akumulowanie kapitału, a więc dalszy rozwój cywilizacji. Stopa procentowa, jaka reguluje poziom inwestycji jest sprowadzana do pieniężnej postaci np. 100 w zamian za 110 za rok (stopa 10%). Gdyby nie było pieniądza, każde dobro miałoby swoją stopę i niemożliwe byłoby sprowadzenie jej wspólnego mianownika (10 jabłek za 11 jabłek za rok, 10 gruszek za 15 za rok, 10 malin za 13 za rok – i jak policzyć stopę?). Pieniądz również umożliwia przeprowadzenie kalkulacji. Jeśli w przypadku A miałem następujące dobra: 1 samochód, 4 szyny, 8 szklanek, 4 pietruszki, a rok później w przypadku B: 4 skrzynki, 30 książek, 14 świateł i 18 rzodkiewek, to skąd mogę wiedzieć, czy osiągnąłem zyski czy poniosłem straty? Nie mogę. W gospodarce monetarnej po prostu sprawdzam ile mam pieniędzy, a ile ich wcześnie wydałem i łatwo widzę różnicę między przypadkiem A i B.
To by było na tyle, jeśli chodzi o nieekonomiczne stwierdzenia typu „pieniądz jest jałowy”. Bez pieniądza, nie ma życia. Jeśli Krzysztof Mazur uważa, że pieniądz nie gra głównej roli w procesie wymiany, tworzenia, produkcji, konsumpcji, czyli po prostu życia na co dzień, to ciekawe, co tę rolę gra? I jeśli rzeczywiście kasa jest jałowa, to ja się z chęcią jego pieniędzmi zaopiekuje. Chodzę na tyle długo po świecie, że zdążyłem się zorientować o witalnej roli pieniądza.
Warto także zwrócić uwagę na fragment laborystycznej teorii wartości, jaka pojawiła się w artykule autora: „Prawdziwą wartość tworzy jedynie praca”. Po naukach Austriaków, Czytelnicy „Strony Prokapitalistycznej” doskonale sobie zdają sprawę, że praca nie tworzy wartości. Nie tworzy jej kapitał i nie tworzy jej ziemia. „Wartość” bierze się z tego, że jakieś dobro jest w stanie zaspokoić naszą potrzebę. Z tego i tylko i wyłącznie z tego, z niczego innego. Praca, ziemia, kapitał to tylko środki do realizacji tego celu. Natomiast sama wartość wynika właśnie z tego, że coś jest dobrem użytecznym dla konsumenta. Poprawne zdanie brzmi: praca tworzy (nie sama, wraz z ziemią i kapitałem) dobro, które może mieć wartość.
Prawo Saya mówi, że dobra wymieniają się za dobra. Aby cokolwiek pożądać (popyt), najpierw potrzebna jest wcześniej produkcja (podaż). Nie można konsumować bez produkowania. Właściciel dobra A, najpierw musi wyprodukować podaż dobra A, które sprzeda i dopiero potem jest w stanie zademonstrować swój popyt na dobra B, C, D. To nie ma nic wspólnego z „pracą” jako czynnikiem produkcji. Jeśli jestem właścicielem ziemi, to mogę ją wynajmować (podaż) i pozyskać pieniądze, za które zakupię sobie jakieś dobra (popyt stworzony przez sprzedaną wcześniej podaż). Stąd właśnie Keynesiści się mylą, ponieważ konsumpcja nie tworzy możliwości pożądania (popytu). Konsumpcja niszczy tę możliwość. Skonsumowanie jest zniszczeniem oszczędności. Oszczędność zaś jest źródłem popytu, ponieważ dzięki niej można czegoś pożądać (Say, Traktat).
Następnie Krzysztof Mazur przeskakuje na Fishera. Tutaj wypada zacytować cały fragment:
Dlatego dziwić może interpretacja M.Machaja sprowadzająca teorię Fischera do pochwały dodruku pieniądza, gdyż w rzeczywistości jest na odwrót. To właśnie keynesiści nie mogąc wprost zanegować równania Fischera zaproponowali aby równanie to odczytywać „od tyłu” i tym samym uzasadnić swoją metodę na pobudzanie popytu poprzez dodruk papieru.
Fisher pochwala druk pieniądza i zaraz w skrócie przedstawimy jego teorię, aby ostatecznie się z nią rozprawić. Na początek jeszcze przypomnijmy zasadę dotyczącą pieniądza: pieniądz jest dobrem pośrednim pełniącym funkcję środka wymiany. Zatem nie jest ani dobrem konsumpcyjnym, czyli ostatecznie zjadanym, ani dobrem kapitałowym zużywanym w produkcji. Stąd w przeciwieństwie do wszystkich innych dóbr, pieniądz nie jest pożądany ze względu na swoją fizyczną ilość, realną rzeczywistą obfitość, tylko jest pożądany ze względu na swoją siłę nabywczą. W pewnych skrajnych przypadkach ilość może odegrać rolę, ale to nie zmienia zasadniczo naszej analizy (na przykład do transakcji mniejszych, kupna zapałek, złoto się nie nadaje, potrzebne są jakieś monety groszowe; o to nie ma się co martwić, z pomocą przyjdzie rynek).
Zwiększając ilość bułek zwiększamy ilość konsumowanych bułek czyli bardziej zaspokajamy potrzeby głodu. Jeśli na rynek wejdą nowe bułki, to mamy więcej ich „użytkowników”. Zatem nowi „użytkownicy” nie zabierają niczego poprzednim, bowiem tamci nadal mogą się pożywiać dostępną żywnością (chociaż niewątpliwie zmieni się cena bułek). Analogicznie jest z dobrami produkcyjnymi. Jeśli zwiększamy ilość maszyn produkujących samochody, to w ten sposób rośnie potencjał produkcyjny kraju, przez co całe społeczeństwo ma się lepiej. Nowe maszyny, jakie trafiają na rynek, nie niszczą poprzednich. Owszem, wpłyną na ich ceny, ale rosnący zasób kapitału oznacza bogacące się ogółem społeczeństwo.
W przypadku pieniądza liczy się tylko jego cena czyli tylko jego siła nabywcza, a nie fizyczna ilość jak w przypadku dóbr konsumpcyjnych czy inwestycyjnych. Zatem nowe pieniądze, podobnie jak przy każdym innym dobrze, prowadzą do zmiany cen, do spadku wartości trzymanych przez wszystkich jednostek pieniężnych. Nowe maszyny, również prowadzą do spadku cen maszyn, ale jest ich fizycznie więcej, toteż społeczeństwo może wytworzyć więcej bogactwa. Nowe bułki prowadzą do spadku cen bułek, ale jest ich przez to więcej, toteż społeczeństwo może skuteczniej zaspokajać potrzeby głodu. Natomiast nowe pieniądze prowadzą po prostu do spadku ceny pieniądza tj. do rozwodnienia jego siły nabywczej. Tyle i nic więcej. Zwiększona podaż pieniądza zmniejsza jego wartość, gdyż jego fizyczna ilość nie gra roli. Nikt nie zjada banknotów, ani nie napędza nimi pieców. Pieniądz jest warty tylko dlatego, że ma siłę nabywczą i ta właśnie siła nabywcza spada przy rosnącym druku pieniądza.
Jeśli wydrukujemy nowe pieniądze, to otrzymają je określeni ludzie. Właśnie dzięki temu zabiegowi będą mogli zwiększyć swoją konsumpcję bez produkowania. Pytanie brzmi: jak to ma się do prawa Saya? Jak to możliwe, skoro ustaliliśmy, że nie może być konsumpcji bez produkcji? Skoro najpierw trzeba coś wyprodukować (podaż), aby mieć możliwość pożądania dóbr na rynku (popyt)? Odpowiedź jest jasna: korzystający z druku pieniądza mogą zwiększać swoją konsumpcję, ponieważ korzystają z produkcji innych ludzi. Czyści producenci dostarczają na rynek dóbr i usług, które służą konsumentom i w zamian za to otrzymują pieniądze, za jakie sami zaopatrzą się w pożądane przez siebie rzeczy. Jednakże ich siła nabywcza spadnie na skutek zwiększonej podaży, zatem drukujący zakupi sobie towary dzięki temu, że część bogactwa czystym producentów zostanie przez niego skonsumowana. Właśnie dlatego inflacja (czyli druk pieniądza) jest ukrytym podatkiem. Bo pewne osoby mogą konsumować (nowe pieniądze) czyli zgłaszać na rynku popyt, przez to że odebrana zostanie część popytu ludzi, którzy go stworzyli (sprzedana podaż). Nawet jeśli drukujący nie przeje bezpośrednio wydrukowanych pieniędzy i rozpocznie z nich inwestycję. Wtedy i tak jego kroki nie wynikają z oszczędności, tylko z redystrybucji bogactwa, a więc odebrania go innym ludziom wbrew ich woli.
Teraz możemy przejść do równania Fishera, które wygląda z sposób następujący:
M*V = P*T
M oznacza zasób pieniądza, V jest „szybkością obiegu pieniądza”, P to „ogólny poziom cen”, a T wolumen wymiany czyli liczba dóbr wymienianych na pieniądz. Oznacza to, że jeśli przemnożymy liczbę pieniądza przez „prędkość”, jaką obiega całą gospodarkę, to wielkość ta będzie zawsze równa średniemu poziomowi cen przemnożonemu przez liczbę dóbr, na jakie pieniądz jest wymieniany. Z pozoru rzecz wydaje się w porządku, w swojej książce Fisher podaje przykład na poziomie jednej transakcji, wymiany 10 funtów cukru w zamian za 70 centów. W tym przypadku:
M=70 zł. (podaż pieniądza), V=1 (szybkość obiegu), P=7 zł/funt (poziom ceny), T=10 funtów (wolumen).
Widzimy zatem, że równanie jest zwykłą nieużyteczną tautologią. Można to trywialnie podsumować: wydawane pieniądze = pieniądze otrzymywane. Stąd też albo jest to żadna nowina, jaka nam nie pomoże zbytnio, albo jest to nowina, jaka poprowadzi nas w złą stronę, jeśli zaczniemy w oparciu o nią budować teorię. Każdy ekonomista, który wymyśli coś takiego, ma ciągotki, aby znacznie poszerzyć aparat, jaki stworzył. Fisher rozciąga ten wzór na całą gospodarkę, czyniąc z V „szybkość obiegu” pieniądza w przeciągu roku, a z P robi „ogólny poziom cen” liczony koszykiem rozmaitych dóbr, ustalonym w oparciu o statystyki. Wielkość T zostaje zastąpiona Y, czyli dochodem, tudzież po prostu PKB. W ten sposób dochodzi do wniosku, że podaż pieniądza przemnożona przez wskaźnik „szybkości” jest równa „poziomowi cen” przemnożonemu przez produkt (darujemy sobie głębsze dywagacje nad równaniem dotyczącego tego, w jakich jednostkach może być „szybkość” oraz co może być mnożone przez poziom cen).
Pierwszy błąd Fishera to założenie, że w trakcie transakcji występuje równość wartości. Dobrze wiemy, że 70 złotych wcale nie są równe 10 funtom cukru tylko są nierówne dla każdej ze stron wymiany, bo właśnie dlatego to wymiany dochodzi. Jedna strona bardziej wartościuje cukier w stosunku do pieniędzy, a druga vice versa. Dlatego dochodzi w ogóle do handlu. Proszę, proszę, Menger obala klasyczny paradygmat w 1871 i wystarczy 40 lat, aby prominentny ekonomista, uważający siebie za subiektywistę, stworzył aparat zaprzeczający nierówności wymiany przy transakcji. W 1911 roku Irving Fisher napisał kilka artykułów w American Economic Review jak również książkę pod tytułem The Purchasing Power of Money: Its determination and relation to credit, interest and crises. Od tego czasu będzie kojarzony głównie ze swoim słynnym równaniem ilustrującym ilościową teorię pieniądza, na bazie której profesor Friedman skonstruuje swoją teorię i dostanie Nobla.
Ale tak naprawdę, jak zauważa Murray Rothbard, ta równość nic nam nie mówi. Sama konstrukcja równości może nam powiedzieć o tożsamości matematycznej, ale nie powie nam nic o wartościach i tym, jak aktorzy wartościują różne części składowe. Równie dobrze możemy skonstruować następujący wzór ilościowej teorii pieniądza:
M*V = P*T + A*(B/A) – B + C0- 1
Gdzie, A = liczba oczu Mateusza Machaja, B = liczba koszul Krzysztofa Mazura, C = liczba osób, która w trakcie pisania tego przeze mnie zjada szpinak. Nadal równanie pozostaje spełnione i wszystko się zgadza. I nadal jest to zwykłe równanie matematyczne, jakie nic mówi nam absolutnie nic o zależnościach, ani o tym, co wpływa na co.
Mimo to Fisher wyciąga wnioski ze swojego równania, chociaż są one nieuprawnione. Jedyne, co jest prawdziwe w równaniu to fakt: liczba wydawanych pieniędzy jest równa liczbie otrzymywanych pieniędzy. Równanie nic nie mówi nam o tym, co to jest popyt na pieniądz i jak jest determinowany. Równanie po prostu mówi nam, że 70 centów=70 centów. Brawo! Nie ma to jak odkrywczość naukowa.
To, że zachodzi równość matematyczna, to jeszcze nie oznacza, że cokolwiek powoduje cokolwiek w naszym wzorze. Twierdzenie, że na przykład popyt na pieniądz zależy od którejś z tych wielkości we wzorze Fishera w oparciu o li tylko ten wzór, jest tak samo uzasadnione jak twierdzenie, że popyt na pieniądz zależy od liczby osób konsumujących aktualnie szpinak, liczby koszul Krzysztofa Mazura i oczu Mateusza Machaja. Aby przestudiować zależności, musimy analizować zachowania ludzkie, ludzkie działanie, human action, a nie stworzone przez nas matematyczne równania, które są li tylko arytmetyczną tautologią.
Kolejny błąd Fishera to dwie absurdalne wielkości: „szybkość obiegu” i „średni poziom cen”. Nie ma czegoś takiego jak „szybkość obiegu”, ponieważ to sugeruje błędnie, że decyzje gospodarcze aktorów rynkowych są regulowany jakimś automatycznym wskaźnikiem. Pieniądz „nie obiega” gospodarki, tylko zmienia właściciela. To zasadnicza różnica, bowiem w każdej danej chwili pieniądz znajduje się w czyimś saldzie gotówkowym i nie płynie przez żadne gospodarcze rury. Kiedy dochodzi do wymiany „towar za pieniądz”, to towar przechodzi od osoby A do osoby B, a pieniądz przechodzi od B do A. Widzimy zatem, że popyt zależy od indywidualnych preferencji aktorów rynkowych, którzy wartościują kolejne jednostki pieniądza, jaki trafia do ich kieszeni. Właśnie w ten sposób Mises zintegrował teorię wartości z teorią monetarną. Sprawdzanie „szybkości obiegu” jest mylące i nasuwa błędne analogie.
Mimo to właśnie „średni poziom cen” jest największą zbrodnią intelektualną, jakiej mógł się dopuścić ekonomista uważany za subiektywistę. Jak się liczy ten koszyczek? Ano pierwszym krokiem jest skupienie się na dobrach konsumpcyjnych zakupywanych przez gospodarstwa domowe. Statystycznie sprawdza się procent pieniędzy wydawanych na wódkę, na chleb, na mieszkania, na samochód etc. W wyniku „zmierzenia” poszczególnych wydatków, przypisane są im wybrane wagi. Suma tychże wag wynosi jeden zgodnie z wymogami ekonometrycznymi.
Wyjaśniając laikowi: sprowadźmy sytuację do biednego gospodarstwa domowego, jakie wydaje większość pieniędzy na jedzenie, a pozostałą niewielką część na inne wydatki. Powiedzmy, że wydaje ta osoba 90% na chleb za złotówkę, a 10% na cukierki za 2 złote (upraszczam sytuację, żebyśmy się zbyt długo nie obracali w tej matematyce, która nam do niczego nie posłuży poza ilustracją błędnych tez monetarystów). Jak liczymy „koszyk”? Wyciągamy średnią, ale nie zwykła średnią arytmetyczną, tylko ważoną, przypisując wagi poszczególnym dobrom w zależności od struktury wydatkowej. I tak cena chleba jest ważniejsza w „koszyku” i dostaje wagę 0,9 , natomiast cukierki mniej ważne dostają wagę 0,1. Teraz liczymy „średni poziom cen”: 0,9*1 + 0,1*2 = 1,1. Widzimy, że jeśli chleb podrożeje o złotówkę, to wpływ na koszyk będzie zdecydowanie większy niż zdrożenie o złotówkę cukierków. Kiedy za rok podniosą się jakieś ceny (lub spadną) zmierzymy znowu „średni poziom cen” i w ten sposób wyliczymy procentową różnicę między dniem dzisiejszym a tym za rok (tak się liczy dzisiaj wskaźnik inflacji).
W ten sposób profesor Fisher rozszerza swoją analizę na całość gospodarki i bierze pod uwagę więcej dóbr konsumpcyjnych, na jakie gospodarstwa wydają pieniądze. Następnie w oparciu o wzór stwierdza, że „szybkość obiegu jest stała” i autorytarnie sobie decyduje, że „średni koszyk cen” ma być stały i nie zmieniający się: (zaznaczone wartości na czarno są stabilne):
M*V = P*PKB
Teraz Irving Fisher, jak to mówi Friedman jeden z największych ekonomistów, których wyprodukowała Ameryka, zauważa, że aby „poziom cen” pozostał stabilny w miarę jak rośnie produkcja, należy zwiększać podaż pieniądza, aby ceny nie spadały. W ten sposób każdy kraj ma prowadzić swoją własną politykę pieniężną i stabilizować „koszyk”, aby tak rozumiana inflacja była zerowa. Toteż nie ma nic dziwnego w moich wypowiedziach na temat tez monetarystów: ich celem jest drukowania pieniądza o określony stały przyrost rok rocznie, aby „koszyk” pozostawała stabilny, a „wartość pieniądza” pozostawała niezmieniona.
Keynesizm natomiast ma zdecydowanie bardziej skomplikowany aparat niż zwykłe równanie Fishera, ponieważ skupia się na takich rzeczach jak „mnożnik”, „optymalna płaca”, „sztywność nominalna”, „popyt efektywny”, „niedobór popytu”, „paradoks zapobiegliwości”, „pułapka płynności”, „zwierzęce instynkty” itd. Aparat Keynesistów jest znacznie bogatszy niż monetarystów (co oczywiście nie oznacza, że jest słuszny) i nie da się go prosto wsadzić w równanie Fishera. Chociaż można się pokusić o prostą ilustrację. Keynesiści uważają, że P jest cały czas stałe, bo ceny nie drgają i dlatego zwiększając M, rośnie PKB, a zatem popyt, zatrudnienie itd. Tak samo uważają monetaryści do czasu aż nie pojawi się wzrost cen. Stąd monetaryści są Keynesistami do momentu, gdy przyrost PKB zostanie wyrównany równoległym przyrostem „poziomu cen” tak, aby ten nie spadał na skutek rozwoju (cokolwiek miałoby to znaczyć). Nawiasem mówiąc lata 70 oznaczają krach systemu keynesistowskiego, ponieważ stała się rzecz niezrozumiała: rosły ceny i bezrobocie. Nastąpiła silna inflacyjna recesja; coś, co nigdy w świecie Keynesistów nie mogło zaistnieć i było permanentnie odrzucane jako niemożliwość.
Na początek warto podważyć naukowy fundament teorii monetarystycznej. Przyjrzyjmy się troszkę bliżej ekonomicznym okiem na „średni poziom cen”. Cóż to takiego i w czym jest to wyrażane? Jest to rzekoma „wartość pieniądza”. Świetnie, ale w jakiej jednostce wyrażana: w uśrednianych cenach dóbr konsumpcyjnych. Zatem „wartość pieniądza” jest mierzona w… jednostkach pieniądza. Dosyć ciekawe podejście, aby wartość pietruszki mierzyć wartością pietruszki. Fisher chce mierzyć wartość pieniądza sumując rozmaite dobra, ale ponieważ nie wie, jak dodać do siebie samochody, cebulę, tytoń etc. to zamienia je z powrotem na ceny wyrażane w pieniądzu po to, aby… wskazać wartość pieniądza. Interesujący fenomen, z pewnością, aczkolwiek ten punkt teorii mamy za sobą: monetaryzm nie wyjaśnia wartości pieniądza tylko udaje że to robi (Hoppe, How Fiat Money is Possible?).
Oczywiście austriacka odpowiedź jest inna niż podejście głównego nurtu. Pieniądz jest wartościowany przez jednostki w transakcjach w zamian za dobra, jakie Ci oferują. Standardowe mikroekonomiczne transakcje generują system cenowy, jaki umożliwia sprowadzanie wszystkich cen do wspólnego pieniężnego mianownika. To jak bardzo chcemy trzymać pieniądz, albo aktualnie posiadany, albo ten który dopiero trafi do naszych kieszeni, określa jego wartość. Stąd wartość pieniądza to paleta wielu wymian, możliwości zamiany w każdej chwili pieniądza na jakieś dobro. Książkę, chleb, samochód, młotek, cokolwiek. Właśnie ta „rynkowość” (czyli pożądanie przez wszystkich aktorów rynkowych, Menger, Principles) nadaje pieniądzowi wartość. W żadnym wypadku nie jest to jakiś „średni poziom cen”, a jest to cały wachlarz cen. Stąd „średni poziom cen” jest pustą statystyczną wielkością, która ani nie niesie ze sobą żadnej wartości teoretycznej, ani nie powie nam zbyt wiele o rzeczywistości. Wprost przeciwnie: może nas zwieźć na skrzydła monetaryzmu-keynesizmu.
Wiemy już, że „ogólny poziom cen” nie odzwierciedla wartości pieniądza i nie pokazuje zdecentralizowanego charakteru wymiany. Każda gospodyni domowa może wymyślić swój własny koszyk i sama określać swoje własne wydatki. W ten sposób właśnie Mises uzasadniał, iż statystyczne gromadzenie danych dotyczących indywidualnych wielkości tylko sprawia wrażenie naukowości, a w rzeczywistości nie ma związku z realnym procesem gospodarczym.
Teraz pomyślmy dalej. Dlaczego spełniać warunek Fishera? Dlaczego mamy „stabilizować” koszyk? Załóżmy już nawet, że rzeczywiście ten koszyk ma jakiś sens, to dlaczego mamy go stabilizować? Jeśli na rynku pojawiają się nowe produkty, doskonalone są procesy kapitalistyczne, to naturalne jest że spadają ceny, bowiem kapitalistyczny system to masowa produkcji dla masowego konsumenta. Dlaczego ceny mają nie spaść? Co jest złego w spadających cenach pod wpływem wzrostu produktywności?
Mylą się ci, którzy sądzą, iż zakłóca to ekonomiczną kalkulację. Ceny nie mają być „stabilne” (zresztą nie ma takiej możliwości, aby były), tylko mają być rynkowe. Bowiem jak są rynkowe, to są przewidywalne przez aktorów rynkowych, którzy uwzględniają wahania siły nabywczej w aktualnej strukturze cenowej. Na przykład, jeśli okazuje się, że nagle odkryto dodatkowe złoża złota, jakie zostaną wydobyte w przeciągu roku, to oczekiwania aktorów rynkowych prowadzą do wzrostu cen. Skoro bowiem oczekują wzrostu cen na skutek większej ilości pieniądza, to zaczynają pieniądz szybciej wydawać zanim ceny się podniosą, prowadząc w ten sposób do przyspieszenia procesu dostosowawczego i szybszego wzrostu cen (jak każda spekulacja zresztą). Tak samo, jeśli przewiduje się, że spadną zdecydowanie ceny w jakiejś branży, to aktualne ceny akcji w tej branży, zaczynają uwzględniać plany na przyszłość i ceny lecą w dół już dzisiaj.
W spadających cenach nie ma nic złego, o czym może się przekonać każdy użytkownik komputera. Malejące ceny są efektem działań wolnego rynku i nie widzę powodu, dla którego należy krytykować taki stan rzeczy. Stąd nadal chęć „stabilizacji koszyka” jest dla nas nadal niezrozumiała.
Następny problem to kwestia nacjonalizacji pieniądza. Aby przeprowadzić operację „stabilizacji”, konieczne jest popieranie głębokiego interwencjonizmu państwowego w system bankowości i systemu pieniężnego. Czy należy uznać to za krok właściwy? Irving Fisher rozpisuje się w swojej książce, że tak, to jest słuszne, bowiem tak jak państwo dba o jednostki miar i wag, tak samo ma dbać o „jednostkę pieniężną” (chociaż jak widzieliśmy to żadna jednostka, bowiem trudno nazwać wyrażenie jakieś wartości w jej jednostkach jednostką). Milton Friedman, który widzi kilka poważnych miejsc, gdzie państwo ma interweniować w gospodarkę, właśnie tutaj zaznacza jasno, że opowiada się za etatyzmem. Dostarczyć „monetarne otoczenie” czyli po prostu przejąć całkowicie rynek pieniężny. Jaka moralność kryje się za takim podejściem, tego już nie wiemy, bowiem profesor Friedman, podobnie jak reszta Szkoły Chicagowskiej nie opiera swoich teorii na uniwersalnej teorii własności.
Kolejna kwestia to kursy walutowe. W systemie takim mamy znacjonalizowane waluty krajowe i każdy z krajów angażuje się w politykę pieniężną prowadząc do wahań swojej waluty. Przez to osłabiona jest wymiana międzynarodowa, co powinno niepokoić każdego zwolennika wolnego handlu. Jeśli na świecie mamy jeden pieniądz, wymiana jest zintegrowana (nie myślę tutaj oczywiście o dolarze, euro ani o „mundo” czy też niczym takim, tylko po prostu o rynkowym pieniądzu czyli kruszcu). Jeśli mamy wiele walut, to wymiana jest osłabiona i krajom łatwiej się angażować z politykę merkantylistyczną.
Inna jeszcze pretensja do koncepcji monetarystów to całkowicie sztuczny i absolutnie nienaukowy podział świata na „kraje”. Tak samo jest to zauważalne we wszelkich teoriach „międzynarodowych stosunków gospodarczych”. Teoria ekonomiczna jest jedna i jest stosowalna do krajów, województw, miast, rodzin, kontynentów. Nie ma potrzeby dostarczać nowej teorii dla wymiany międzynarodowej. Ale cóż począć, skoro dla monetarystów i Keynesistów odseparowanie sfery mikro od makro jest na porządku dziennym. Niemniej jednak jest to podejście błędne i podział na kraje, z których każda „stabilizuje” swoją walutę, jest arbitralny. A dlaczego każde województwo ma nie mieć swojej waluty i nie stabilizować koszyka? Dlaczego nie każde miasto? Dlaczego nie każda wioska? Dlaczego nie każda osoba? Jaka jest zasadnicza ekonomiczna różnica między sztucznym politycznym tworem a mniejszą jednostką terytorialną? Wyraźnie widać, że monetarystyczna teoria jest autorytarna do bólu (podobnie zresztą jak analizy propodażowca Roberta Mundella, laureata Nagordy Nobla piszącego o „optymalnych obszarach walutowych”, cokolwiek miałoby to znaczyć). Koncepcja „stabilizacji” indeksu cenowego prowadzi w konsekwencji do absurdu, jaki widać wyżej. Niech każdy ma własną walutę i ją „stabilizuje”. Wtedy podział pracy by się skończył niezwykle szybko, a każdy z nas umarłby z głodu. Podejście jest zupełnie nie do pomyślenia i tak samo powinniśmy traktować propozycje monetarystów na podział krajów na bloki walutowe, z których każdy wojuje na narodowe pieniądze. Różnica jest tylko w rozmiarze, zasada pozostaje ta sama.
Jeszcze inny problem to naiwna wiara w państwo. Monopol ma to do siebie, że tworzony jest po to, aby utrzymywać przywileje i czerpać z tego profity. Tak samo jest z pieniądzem. Jeśli państwo wprowadza monopol na emisję pieniądza i nacjonalizuje go, to tylko naiwniak będzie sądził, że robi to po to, aby cokolwiek stabilizować. Ma to taki sam związek jak tworzenie przez państwo feudalnego kartelu prawników, którzy będą „stabilizować” ceny za usługi radcowskie. Monopol to monopol i oznacza korzyści dla wybranych. Tak samo działa państwo: tak, aby zapewnić sobie kolejne źródło finansowania. Nie po to państwo tworzy monopol, aby potem odcinać sobie żyłę i ograniczać się w drukowaniu pieniądza tylko do przyrostu PKB. Profesor Friedman od czasu do czasu, tak powiedzmy raz na 10 lat, wyraża swoje rozczarowanie tym, że żaden bank centralny nie dostosował się do jego zaleceń i słynnej reguły kilku procent rocznie. Cóż. Dla Austriaków nie ma w tym nic dziwnego.
Kolejna sprawa to kwestia czysto techniczna. O ile procent ma przyrastać podaż pieniądza? Odpowiedzi monetarystów wahają się od 3-5%. To ile zatem? 3% czy 5%? Różnica jest niemała. I jak mają te pieniądze wpływać do gospodarki? Z miesięcznymi aktualizacjami czy rocznymi? Czy jednym ruchem na koniec roku czy 12 razy na koniec miesiąca? I z którego wskaźnika podaży pieniądza ma korzystać bank centralny? M1? M2? M2-A? M3? M4? MZM? Czy uwzględniać jakieś MMMF (specyficzne fundusze)?
Odpowiedź Austriaków jest również prosta. Należy przywrócić wolny rynek pieniądza i pozostawić to mechanizmowi rynkowemu oraz instytucjom tworzony na bazie dobrowolnych umów i poszanowania prawa własności. Lokaty natychmiastowe pozostają zatrzymane w skarbcu i nie są wydawane innym podmiotom rynkowym na jakąkolwiek działalność. Lokaty terminowe są przeznaczane przez banki i inne instytucje kredytowe w rozmaite projekty inwestycyjne z zaznaczeniem, kto jest aktualnym właścicielem pieniądza i kiedy nadchodzi okres spłaty (w wieku XX pojawiła się moda na tworzenie lokat terminowych z procentem, które wcale terminowe nie są, bo banki zastrzegają, że pieniądze są cały czas do odebrania i jednocześnie je pożyczają; to dalej jest ekspansja kredytowa, bowiem to li tylko zmiana nazwy z „na żądanie” na „terminowa do odebrania w każdej chwili” – prakseologicznie nie ma różnicy).
I ostatni, ale chyba najważniejszy dla makroekonomii problem: efekt Cantillona. Tak samo jak Fisherologia pomija zupełnie kwestię tego, że ceny są indywidualne i mają charakter zdecentralizowany, nie mający związku z „P”, tak samo zapomina o tym, że pieniądze nie wchodzą do gospodarki nierówno. Jeśli zwiększamy podaż pieniądza, to nowe pieniądze nie wchodzą równiusieńko do gospodarki i nie sprawiają, że wszystkie ceny skaczą o tyle samo. Takim naiwnym monetarystą był Ralph Hawtrey; Friedman jest zdecydowanie zbyt inteligentną osobą, aby powtarzać jego błędy, dlatego zauważa efekty Cantillona, które nazywa „efektami pierwszej rundy”. Niemniej jednak zapomina o nich całkowicie i wraca z powrotem do swoich ekonometrycznych wyliczeń.
Mimo to zdarza mu się napomknąć od czasu do czasu na temat zmian cel relatywnych. Przecież, jeśli pieniądze trafiają najpierw do mnie, to ja je wydaję i ja korzystam. „P” skoczy powiedzmy o 5%, ale to nie oznacza, że wszyscy mają pieniądze warte o 5% mniej. To oznacza, że całe moje bogactwo zostało zbudowane na konsumowaniu kapitału innych ludzi, a nie ma mojej kreatywności. Inni stracą w zależności od tego, kiedy do nich te pieniądze dotrą. W ten sposób „helikopter Friedmana” pomija ważne mikroekonomiczne problemy i skupia się na wysoce zagregowanych wielkościach.
Największą jednak niesprawiedliwością profesora Friedmana jest twierdzenie wraz z współautorką Anną Schwartz w Monetary Trends (1982), że chociaż „efekty pierwszorundowe” się pojawiają, to jednak żaden autor nie wykazał tego systematycznie w oparciu o dane. Chociaż jak wiemy, to nie dane, tylko poprawna teoria się liczy, to jednak Friedman mógł nie zapominać o niesamowitym dziele Murraya Rothbarda America’s great Depression, w którym możemy dokładnie zobaczyć w oparciu o dane, że austriacka teoria o zakłóceniu relatywnych cen ma za sobą poparcie empiryczne. Nie ma wątpliwości, że Milton Friedman zna tę książkę, bowiem z jej powodu, miał przyjemność się kiedyś zdenerwować. Poza tym Friedman mógłby chociaż zajrzeć do mainstreamowego NBER, gdzie Fryderk Mills prowadził badania potwierdzające większy wpływ pieniądza na rynek kapitałowy niż konsumpcyjny (Skousen, Structure of Production).
To tyle, jeśli chodzi o monetaryzm, który jak zauważa pewien internauta, nie ma drugiej nogi, na jakiej może stać. Wystarczy go leciutko pchnąć i już upada.
Wróćmy do tekstu Krzysztofa Mazura:
poprzestawanie na stwierdzeniu, że większa wydajność, zwiększa produkcję i obniża ceny jest połowiczne, gdyż z podstawowego schematu określającego wpływ popytu i podaży na określenie ceny równowagi wynika, że zwiększenie podaży obniża cenę, czego skutkiem może być zwiększony popyt, gdyż na „tańsze” dobra stać więcej osób, w związku z tym następuje przesunięcie krzywej popytu co może umożliwić powrót ceny do poprzedniego poziomu ale przy wyższym popycie i podaży a to na skutek wzrostu zasobności portfeli nabywców.
To raczej nie jest poprzestawanie, a raczej dokładne analizowanie zależności popyt-podaż. Natomiast autor w swojej wypowiedz pomieszał kwestię „zwiększonego popytu” (przesunięcie się całej krzywej popytu) ze „zwiększonym popytem przy niższej cenie” (czyli poruszaniem się po niezmienionej krzywej popytu). Gdyby rzeczywiście serio potraktować te tezę, to cena jakiegoś dobra nigdy nie może spaść na skutek rosnącej podaży, bo wpadamy w paradoks: rośnie podaż, spada cena, rośnie popyt, a jak rośnie popyt, to rośnie cena. W rzeczywistości przy wzroście podaży, zaczyna spadać cena, a zwiększa się „liczba pożądana” (funkcja popytu się nie zmienia; przesuwamy się wewnątrz funkcji).
Zresztą popatrzmy na to od rynku pieniądza. Jeśli zwiększa się liczba dóbr i usług, to oznacza wzrost popytu na pieniądz, bowiem poszerza się znacznie struktura gospodarcza i więcej aktorów rynkowych pragnie posiadać w swoim saldzie gotówkowym pieniądze. Popyt na pieniądz rośnie, co przy stałej podaży pieniądza (lub niewiele się zmieniającej, jak złoto), oznacza wzrost jego ceny czyli siły nabywczej. A więc wraz ze wzrostem spadają ceny, co nawet widać w nieszczęsnym równaniu Fishera.
Na koniec jeszcze warto poruszyć kwestię procentu, o jakiej pisał w artykule Krzysztof Mazur. Procent nie wynika z ryzyka; sam procent bierze się z bardziej fundamentalnej siły aniżeli ryzyko. Nawet jeśli nie ma ryzyka, to procent i tak jest, bo człowiek wartościuje inaczej środki niż cele (inaczej dobra dzisiejsze, a inaczej przyszłe). Natomiast uwaga następująca jest istotna:
W odniesieniu do polemicznego tekstu M.Machaja opublikowanego w „NCz” a dotyczącego lichwy należy zwrócić uwagę, że opłaty za korzystanie z maszyny nazywamy czynszem dzierżawnym, wypłaty z tytułu posiadania akcji to dywidenda, nadwyżka ze sprzedaży książki ponad koszty wytworzenia i sprzedaży to właśnie zysk a korzyści z wypożyczenia środków pieniężnych jako jednego z aktywów to właśnie oprocentowanie a relacja tych korzyści do wielkości pożyczonego kapitału to stopa procentowa i faktycznie stopa procentowa odnosi się jedynie do pieniądza, gdyż jest to określenie na cenę pieniądza a chyba po to wymyślamy sobie różne terminy żeby pewne rzeczy systematyzować i wiedzieć o czym rozmawiamy a nie po to by zależnie od potrzeby raz „procentowaniem” nazywać zyski ze sprzedaży, innym razem czynsz za wydzierżawienie komuś środka trwałego a jeszcze innym oprocentowanie kredytu.
Wszystkie te rzeczy są stopą procentową. Jeśli zakupuję maszynę i zaczynam ją sprzedawać, to dostaję „renty” za wynajem. Różnica między rentą a zakupem to właśnie procent. Tak samo jest z biznesem. Zakupuję środki produkcji, inwestuję kapitał, jaki tworzy produkt sprzedawany po jakiejś cenie. Różnica jest procentem. Stopa procentowa jest zyskiem, jaki występuje w każdej branży w każdym elemencie oznaczającym inwestycję w coś dzisiaj po to, aby mieć zysk za jakiś czas. Oczywiście zysk nie jest jednolity, bo świat jest pełen zmian i nie ma żadnej magicznej równowagi na realnym rynku. Jednakże gdybyśmy się znowu pokusili o czyste teoretyzowanie, aby zrozumieć działanie pewnych sił, to się przekonamy, jak wygląda świat pewny.
Gdyby wszystko było przewidywalne w 100%, to kapitał rozpłynąłby się równo po wszystkich branżach i procent z tytułu renty maszyny byłby taki sam jak procent bankowy (nie uwzględniamy tutaj takich elementów jak na przykład zarządzanie, zysk dla właściciela etc.). Jeśli bowiem wynajem maszyny byłby bardziej opłacalny niż pożyczanie na procent, to kapitał przeniósłby się w branżę pożyczania maszyn wyrównując zyski.
Artykuł Krzysztofa Mazura poruszał jeszcze inne kwestie, między innymi o bankach islamskich (które rzekomo partycypują w stratach, podczas gdy przeprowadzają tak mocną inwigilację klientów, że aż strach), na które akurat tutaj już nie ma miejsca.
Co do samego systemu bankowego, to wiadomo, że jest on dzisiaj przeetatyzowany za sprawą polityki pieniężnej i fiskalnej. Stąd niezbędna jest jego natychmiastowa reforma w stronę likwidacji Rady Polityki Pieniężnej (ale oczywiście nie zrobienia z niej ministerstwa). To chyba tyle i zapraszam jak zawsze do dyskusji. Najchętniej widziałbym jakiegoś zagorzałego monetarystę, który jest gotów dzielnie bronić tez profesora Friedmana.
Mateusz Machaj
(18 sierpnia 2003)