No, więc sprawa została definitywnie rozstrzygnięta – Sejm głosami PO, PSL i SLD odrzucił weto prezydenta do ustawy reformującej oświatę. Nic nie dały protesty rodziców, którzy zorganizowali spontaniczny i naprawdę szeroki ruch przeciwko tej reformie, nie pomogły żadne argumenty. Polska szkoła, przez którą od ponad pół wieku ani jeden rocznik nie przeszedł od początku podstawówki do matury według jednego programu, a na palcach policzyć można takie, które dotknęły tylko dwie reformy, a nie więcej, znowu będzie eksperymentować na dzieciach jak na królikach.
Choć taka przenośnia nie do końca oddaje istotę rzeczy. Na królikach doświadczalnych eksperymentuje się, żeby coś sprawdzić, a autorzy kolejnej reformy oświaty nie mają żadnych wątpliwości, oni po prostu wymyślili coś znakomitego i muszą na tym uszczęśliwić – a jeśli rodzice nie rozumieją, że to dobre, to znaczy po prostu, że są głupi.
Fakt, że kilka poprawek nieco złagodziło pierwotne zapisy – sześciolatki mają być posłane do szkół nie wszystkie już zaraz, tylko na razie tam, gdzie zażądają tego rodzice a samorząd pozwoli – niewiele zmienia. Rząd nałożył na szkoły (i na przedszkola) nowe, poważne zadania, nie pofatygowawszy się wcześniej ich pod żadnym względem uzdrowić. Za realizację tych zadań odpowiedzialnymi uczynił samorządy, nie zapewniając im żadnej pomocy. Fundusze, które miały wspomóc reformę, zostały jeszcze przed jej uchwaleniem obcięte w ramach szukania dwudziestu miliardów oszczędności. Nie wiadomo, kto i jak wyszkolić ma specjalistów od nauczania początkowego, bo przecież dziecku sześcioletniemu nie można po prostu zaaplikować tego samego, co przewidziano dla siedmiolatka; w tym okresie życia rok to cała epoka!
Nie mogę pojąć uporu, z jakim rząd przepchał tę nieszczęsną reformę, którą – obym był złym prorokiem – przeklinać będziemy przez wiele lat. Przypomina mi on upór w innej złej sprawie, jaką jest zamiana publicznych szpitali w spółki prawa handlowego. Nie ma to nic wspólnego z liberalizmem, bo nie stworzy żadnego rynku usług medycznych – to wymagałoby by rozbicia monopolu NFZ (co zresztą PO obiecywała, ale nic w tym kierunku nie robi); pozwoli jedynie zrobić „biznes na służbie zdrowia”, dokładnie tak, jak to zapowiadała posłanka Sawicka.
W obu wypadkach umiem znaleźć tylko jedno wyjaśnienie: na zmianach zależy jakiemuś lobby, które spodziewa się na nich zarobić. Mówi się o dużych pieniądzach, które ktoś dostanie za przygotowania i wydrukowanie wielkiej liczny nowych podręczników. Mówi się o wpływie na MEN związków nauczycielskich, którym obiecano posłanie do szkół jednego rocznika więcej tytułem zrekompensowania nadchodzącego demograficznego niżu, który inaczej wymusiłby znaczne zwolnienia. Pewności nie ma, pewnie dowiemy się wszystkiego dopiero wtedy, gdy jedynym sposobem wyjścia z tego mętliku, w jaki nas właśnie wpakowano, będzie kolejna reforma, odkręcająca poprzednią – tak, jak to się robi co parę lat już od ponad pół wieku.
Rafał A. Ziemkiewicz
Źródło: www.temi.pl