Reorganizacja po krakowsku… Etatyzm kwitnie

Władze miasta utrzymują, że taka reorganizacja i wzrost liczby dyrektorów jest konieczny, by radni poszczególnych dzielnic Krakowa mogli poczuć się "zaopiekowani". Czy "zaopiekowani" czują się od teraz także mieszkańcy?

0
Foto.: Prokapitalizm.pl

Czy w Krakowie rozrasta się biurokracja? Niby to nic nowego i raczej nie powinno dziwić. Biurokracja ma to do siebie, że lubi pączkować. Także w Krakowie, o czym informuje „Dziennik Polski”.

„Z przeprowadzonego na początku roku przez prezydenta Jacka Majchrowskiego podziału krakowskiego Zarządu Infrastruktury Komunalnej i Transportu – na trzy nowe, mniejsze instytucje – najwięcej korzyści na razie mają… urzędnicy. Mnożone są stanowiska dyrektorskie i wicedyrektorskie, za czym idą większe wydatki na pensje” – czytamy w gazecie.

Stanowiska kwitną zatem w Zarządzie Inwestycji Miejskich, Zarządzie Dróg Miasta Krakowa i w Zarządzie Transportu Publicznego. W pierwszej z tych instytucji powołano niedawno drugiego wicedyrektora, choć nie wykluczone, że powołany zostanie jeszcze trzeci. W drugiej z wymienionych instytucji powołany ma zostać … piąty wicedyrektor. Jak podaje DP, w instytucjach tych pracuje obecnie 520 urzędników. W gazecie czytamy: „Wprowadzone od tego roku zmiany dotyczące nadzoru nad transportem okazały się korzystne, ale głównie dla… wielu urzędników. W miejsce Zarządu Infrastruktury Komunalnej i Transportu powstały trzy zupełnie nowe jednostki: Zarząd Dróg Miasta Krakowa, Zarząd Transportu Publicznego i Wydział Miejskiego Inżyniera Ruchu. A odpowiedzialność za część miejskich inwestycji przejmuje też – powołany już wcześniej – Zarządu Inwestycji Miejskich”.

Władze miasta utrzymują, że taka reorganizacja i wzrost liczby dyrektorów jest konieczny, by radni poszczególnych dzielnic Krakowa mogli poczuć się „zaopiekowani”. Czy „zaopiekowani” czują się od teraz także mieszkańcy? Aż strach pomyśleć, jak ta „opieka” będzie wyglądać… Tłumaczy to jeden z dyrektorów: „(…) musi być odpowiednia liczba pracowników, którzy pojadą np. na Kazimierz i sprawdzą, czy ogródki kawiarniane nie >>rozrastają się<< ponad ustalony obszar”. Zanosi się więc raczej na „nękanie”, niż na „zaopiekowanie”. Ale tak to już zwykle jest z urzędniczą „opieką” nad obywatelem, gdy etatyzm kwitnie.

Ale czy warto litować się nad obywatelami, którzy – jak by nie patrzeć – sami wybrali sobie takich „opiekunów”?

K

Źródło: Dziennik Polski…