Foto.: pis.org.pl

Stefan Oleszczuk pisze na swoim profilu na Facebook: „Fundusz Odbudowy ziści marzenie Mateusza Morawieckiego o Polakach, którzy będą cytując „zapierdalać za miskę ryżu”. Rząd bez zgody społeczeństwa złożył w Komisji Europejskiej wniosek o gigantyczne zadłużenie Polski i w zamian przyznanie jałmużny w formie środków w związku z komunistycznym tzw. „Funduszem Odbudowy”. Teoretycznie w ten sposób ma zdobyć pieniądze na odbudowę gospodarki zrujnowanej przez rząd błędną strategią walki z koronawirusem. W praktyce: Polska zubożeje i straci resztki suwerenności.

Wstępne kalkulacje dotyczące Funduszu Odbudowy Komisja Europejska przedstawiła we wrześniu 2020 roku. Wynikało z nich, że w Brukseli wyasygnowane zostaną specjalne pieniądze w celu wsparcia gospodarek w tych krajach, w których koronawirus dokonał spustoszenia. Łącznie jest to kwota 750 miliardów euro a więc rekordowa, która została podzielona na część dotacji (390 mld euro) oraz pożyczek (360 mld). Najwięcej z tej puli przypaść ma Hiszpanii (43,5 miliarda euro) oraz Włochom (44,7 mld euro), a więc krajom, które – według brukselskich urzędników – najbardziej ucierpiały. Polska ma otrzymać z tego 18,9 miliarda euro, a więc nieco ponad 40% tego, co dostanie Hiszpania.

Zagadką jest metodologia badań. Nie jest bowiem jasne, na jakiej podstawie urzędnicy uznali, że akurat te dwa kraje najbardziej ucierpiały. Czy miarą jest liczba zgonów „covidowych”? Jeśli tak, to jest ona fałszywa, bowiem nie uwzględnia tych, którzy zmarli z powodu chorób współistniejących. Jeśli głównym kryterium jest liczba bankrutujących przedsiębiorstw, to też jest to sprawa naginana, bowiem wiarygodnych takich statystyk nie ma. Pozostaje więc zagadką to, na jakich przesłankach oparli eurokraci miejsca na liście państw „najbardziej dotkniętych” koronawirusem. Inaczej mówiąc: Hiszpanie i Włosi, którzy zamknęli swoje gospodarki i oduczali ludzi pracować, zostaną nagrodzeni. Polacy, którzy z determinacją dawali sobie radę, mają zostać ukarani. Jest to więc, typowe dla eurosocjalistów stawianie na głowie ekonomii i sprawiedliwości. Zaradny przedsiębiorca ma być karany i szykanowany.

Komisja „zachęca” bowiem państwa członkowskie, aby w swoich planach uwzględniały tzw. obszary flagowe, czyli czyste technologie, wykorzystywanie odnawialnych źródeł energii, poprawę efektywności energetycznej budynków państwowych i prywatnych, inteligentny transport, wprowadzenie szybkich usług szerokopasmowych, w tym sieci światłowodowych i 5G, cyfryzację administracji publicznej i usług, w tym systemów sądownictwa i opieki zdrowotnej.

Przełóżmy to zatem na język ludzki. „Zalecenia” nie są formalnymi wymogami, a zatem ich spełnienie nie jest obowiązkowe. Jest to jednak zawoalowana forma nacisku na państwa, by wnioski składały zgodnie z nieszczęsnymi „zaleceniami”, aby bardziej podobały się urzędnikom rozpatrującym ich projekty. Spełnienie tych „zaleceń” daje projektowi większe szanse na akceptację, niespełnienie ich zmniejsza te szanse, choć formalnie nie może być przyczyną ich odrzucenia.

Czyste technologie to te, które, według unijnych biurokratów, pomagają chronić środowisko. Są to więc np. samochody elektryczne. W ramach „czystości technologii” państwo ma zobowiązać się do walki z tym, co szkodzi planecie, a więc np. z silnikami wysokoprężnymi, z zakładami emitującymi duże ilości gazów. W praktyce oznacza to podatki na olej napędowy oraz zamykanie kopalń węglowych, które dostarczają surowca niezbędnego do produkcji prądu. Osobną tego konsekwencją jest wzrost cen prądu (widoczny na rachunkach), co właśnie obserwujemy.

Poprawa efektywności energetycznej budynków państwowych i prywatnych” oznacza większy nacisk na panele fotowoltaiczne, które mają dostarczać energii pochodzącej ze światła słonecznego. Ma to obniżyć zużycie prądu. Problem w tym, że kwestią czasu jest, aż rząd opodatkuje również to rozwiązanie.

„Inteligentny transport” to w praktyce rozwiązania służące inwigilacji kierowców, m.in. obowiązkowy lokalizator zsynchronizowany z GPS, który na bieżąco będzie analizował, czy kierowca nie przekracza prędkości, a jeśli to uczyni, prześle dane do systemu, który automatycznie wystawi mandat i wyśle go na adres kierowcy. Inne rozwiązanie to gromadzenie wszystkich danych dotyczących kierowców, np. wyglądu ich samochodów. Naprzeciw temu rozwiązaniu wychodzą nowe przepisy zobowiązujące diagnostę do fotografowania samochodu podczas przeglądu i umieszczania zdjęć w systemie. Dzięki temu państwo będzie wiedzieć, czy w chwili przeglądu nie mieliśmy np. porysowanego auta.

„Szybkie usługi szerokopasmowe”, w tym 5G, to z kolei obowiązek implementacji systemu internetowego zdolnego do jeszcze większej inwigilacji. 5G wymaga instalacji większej liczby nadajników wrażliwych na absorpcję danych z otoczenia…

Z kolei cyfryzacja to przeniesienie do internetu wielu usług dziś realizowanych „ręcznie”. Cyfryzacja służby zdrowia oznacza ni mniej, ni więcej tylko wprowadzenie możliwości realizowania niektórych usług (np. zapisywanie się do lekarza) przez internet, przy pomocy profili zaufanych. Ubocznym tego skutkiem jest stworzenie systemu informatycznego gromadzącego dane na temat zdrowia obywateli. Inaczej mówiąc: w bazie odnotowana zostanie każda informacja na temat każdej czynności medycznej realizowanej przez każdą osobę, w tym wyniki badań, przeprowadzone operacje itp. To zaś oznacza, że państwo, czyli każdy urzędnik, będzie miało dostęp do takich informacji. Będzie to więc inwigilacja na niespotykaną dotąd skalę.

Inaczej mówiąc: zalecenia te to nieformalny nacisk na realizowanie lewackich pomysłów. Im bardziej państwo zobowiąże się je realizować, tym większe szanse, że uzyska akceptację eurokratów dla swojego wniosku.

Ale to nie wszystko. 750 miliardów euro to kwota, której w budżecie Unii Europejskiej… nie ma. Komisja musi te pieniądze pożyczyć i najprawdopodobniej zdobędzie je w lichwiarskich instytucjach międzynarodowych (typu Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju). Tego oczywiście nie dostanie za darmo. Pożyczka (czy kredyt) udzielona zostanie na konkretnych warunkach, przy czym pożyczkodawcy, co oczywiste, zależeć będzie na tym, aby jego klient spłacił zobowiązania wraz z odsetkami. Fundusz odbudowy zakłada, iż wszystkie państwa odpowiadają solidarnie za wydatki bez względu na to, do kogo trafią pieniądze. Inaczej mówiąc: Komisja Europejska zaciągnie kredyt na odbudowę gospodarek państw członkowskich, ale pod warunkiem, że gwarantem pożyczki stanie się każde państwo z osobna. Inaczej mówiąc: jeśli Komisja Europejska nie odda pieniędzy, to wówczas bank- pożyczkodawca będzie mógł dochodzić zwrotu od każdego z państw członkowskich oddzielnie. Państw, które chcą pieniądze brać, a nie chcą oddawać, jest wiele. Państwem, które decydować będzie o pożyczaniu pieniędzy, jest główny gracz Unii Europejskiej, czyli Niemcy. Jeśli zatem Unia Europejska pod naciskiem Niemiec pożyczy pieniądze na Fundusz Odbudowy, a jedno państwo obdarowane tymi pieniędzmi przestanie spłacać, bo np. zbankrutuje lub wystąpi z UE, jego długi spłacać będzie inny kraj, np. Polska.

Inaczej mówiąc: pożyczki zaciągnięte na Fundusz Odbudowy mogą być windykowane od każdego państwa. Czyli Polska zgadza się na to, że – przy najgorszym scenariuszu – będzie żyrantem kredytu na 750 miliardów euro. Równocześnie zgadza się na to, że niewielka część tej sumy trafi do Polski pod warunkiem realizacji lewackich pomysłów. Czyli rezygnuje z resztek suwerenności. Co ośrodki rządowej propagandy przedstawiają jako wielki sukces.

Rząd Mateusza Morawieckiego dopuścił się zdrady nieznanej w historii Polski. Nawet zaborcy nie zrujnowali kieszeni Polaków tak, jak jego rząd. Historia kiedyś rozliczy Morawieckiego, Kraskę, Kościńskiego i Kaczyńskiego, wysyłając ich na śmietnik, obok Bieruta, Bermana i Minca. Problem w tym, że nasze dzieci, wnuki i prawnuki będą za to płacić”.

Stefan Oleszczuk

Źródło: facebook Autora

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here