Naród polski znowu bezczelnie zakpił z demokracji, bo zamiast dopisać swoich kandydatów na kartach głosowania, poszedł na łatwiznę i skreślał nazwiska wyłącznie finalistów. I wyszło mniej więcej po połowie. Polacy podzieleni.


Jutro obudzimy się w nowej Polsce – egzaltycznie obwieszcza proroczy głos z telewizyjnego odbiornika. Mimo bariery czwartej ściany, zapach napięcia w studiach TVN i TVP jest wyraźnie wyczuwalny. Dziennikarze od tych pierwszych chcieliby już odetchnąć z ulgą i otworzyć większego szampana. Od tych drugich wciąż nie wierzą. Jutro będzie inaczej.
A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.

Błyskotliwy wywód Czesława Miłosza zdaje się nie wystarczać. Mimo, że łatwiej i skuteczniej ufać temu, co się pamięta, niż temu, co się widzi (ściślej: temu, co inni pokazują). A może i dlatego właśnie?
Komorowski, choć wygrał, to czeka. Kaczyński już wie. Że choć przegrał, to wygrał. W duchu Piłsudczykowskiej zasady. Jednak i takim zwycięstwem można się zachłysnąć. I do takich zwycięstw przyzwyczaić.
Sławomir Nowak śpieszy z kwiatami, które uprzednio otrzymał prezydent-elekt, do Joanny Kluzik-Rostkowskiej. Po chwili tej oryginalnej kurtuazji łyżkę dziegciu do słodkiej obfitości doda Stefan Niesiołowski wespół z Elżbietą Jakubiak. Tak na poprawę pamięci. A może i na koncentrację. Żeby ciżby popisowskich fanatyków pamiętały o żelaznej zasadzie – wojna to pokój.
Nie ma wolności bez solidarności, nie ma solidarności bez wolności – powtarza jak mantrę, Bronisław Komorowski (tym razem bez kartki). Choć lada moment rzeczywistość sparafrazuje te słowa ze znamienną dla siebie złośliwą precyzją – nie ma Platformy bez PiS-u, nie ma PiS-u bez Platformy.
Będzie inaczej, ale jutro.
Proces licytacji na mniejsze zło nie wyszedł na zdrowie niektórym pragmatykom przyklejonym do prawicowo-liberalnej kanapy. Bo już nie tylko doszli do wniosku, że lepiej, by w prezydenckim pałacu zagnieździł się socjalkonserwatysta (co jeszcze można wytłumaczyć), ale w ferworze walki o elekcję przecież nie swojego kandydata, dalece zabrnęli w modną ostatnio antymonopartyjną retorykę. Nieświadomie udowadniając, że istotnie lepiej sięgać do własnej pamięci, niż pożerać plony publicystycznych wybiegów, także tych „antysalonowych”. Bo jakieś pięć lat temu po sensacyjnym rozstrzygnięciu wyborów parlamentarnych, a tuż przed konfrontacją prezydencką, nikt inny, jak Donald Tusk ostrzegał przed systemem rządów jednej partii. I nikt inny, jak Lech Kaczyński, nadmieniał o potrzebie współpracy rządu z prezydentem. W założeniu, że wszyscy wywodzą się oczywiście z jednego ugrupowania.
Platforma naturalnie nie będzie sama dźwigać ciężaru odpowiedzialności. Za takie bluźniercze przeświadczenie, ignorujące obecny układ sił w sejmie, Ludowcy najchętniej by już teraz wyszli z koalicji, ażeby z tradycji podkreślenia swojej odrębności na rok przed wyborami stała się zadość. Ale jeszcze chwila, zbyt wiele jest do ugrania w obecnej sytuacji. „Jeżeli tylko PSL poprze projekt”.
I oni muszą uważać. W końcu Platforma może powiedzieć „sprawdzam”, zarządzając przedwczesne wybory. Klęska gotowa.
Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie.

Adam Karpiński
Foto. AK
Wykorzystano fragmenty wiersza Czesława Miłosza „Piosenka o końcu świata”