Parlament Węgier (foto. pixabay.com)

Polska ma nowego wroga. Niby żadna nowość, a jednak pewne zaskoczenie jest. Węgry od 1920 roku uznawane były za wypróbowanego przyjaciela Polski. Swojej życzliwości Węgrzy i jako naród, i jako państwo dowiedli w tymże 1920 roku, przekazując bezcenną pomoc w wojnie z bolszewikami. Potem w 1939 roku, będąc formalnie sojusznikiem hitlerowskich Niemiec, okazali życzliwość i efektywną pomoc dla Polski i Polaków, będących ofiarami tychże Niemiec.

Te dwa fakty stały się fundamentem wzajemnej sympatii. Z kolei w1956 roku, w czasie powstania na Węgrzech, polskie społeczeństwo – ale już nie komunistyczna władza – z troską i współczuciem odniosło się do walczących Węgrów. Potem było tak sobie, aż do czasów rządów Wiktora Orbana na Węgrzech i rządów PiS-u w Polsce. Szczególne zbliżenie polsko węgierskie miało miejsce na tle przeciwstawiania się obu rządzących formacji, naciskom różnych instytucji Unii Europejskiej, które najogólniej mówiąc, forsowały przemiany systemów prawnych w duchu ideologii LGBT. Należy zauważyć, że ta demonstracyjna przyjaźń dotyczyła tylko części Węgrów i Polaków. Dla innej części obu społeczeństw, zarówno Orban i jego polityczna formacja, jak i Jarosław Kaczyński z PiS-em, to pospolici faszyści.

Trzeba przyznać, że te konflikty z instytucjami UE zdecydowanie zręczniej rozgrywał Orban. Unikał frontalnego starcia z brukselską biurokracją. Zręcznie podpuszczał do tego polskich sojuszników nie szczędząc im przy tym komplementów typu „ratowanie Europy przed moralną apokalipsą” czy „Polska jako ostatnia nadzieja Europy”.

Politycy PiS-u jak pelikany łykali tę wazelinę. Tymczasem Orban skutecznie dbając o swoje interesy w Brukseli, w odróżnieniu od ociężałych w tej politycznej grze polityków PiS-u, równie skutecznie dbał o dobre relacje z Rosją Włodzimierza Putina, jak i nie unikał starcia z rządem Ukrainy w interesie węgierskiej mniejszości na Rusi Zakarpackiej.

Polsko – węgierskie relacje w ostatnich latach można zatem podsumować jako zręczne rozgrywanie Polski w obronie interesów Węgier. Orbanowi udawało się coś rzadkiego w międzynarodowej polityce, a polegającego na tym, że mniejszy i słabszy partner potrafił wykorzystać z jednostronną korzyścią dla siebie, większego i silniejszego partnera.
Nie wiem czy bardziej podziwiać spryt Orbana, czy złościć się na frajerstwo polityków PiS-u z Kaczyńskim na czele.

Demonstracyjne obściskiwanie się z Madziarami skończyło się na tle wojny rosyjsko – ukraińskiej. Polska – jak zwykle w takich przypadkach – wybiegła przed szereg, stając się prymusem wrogości wobec Putina i Rosji, co już przeszło w rusofobię oraz zaciekle broniąc interesów Ukrainy i USA, uważając, że są one tożsame z interesami Polski. Węgry zupełnie inaczej. Na wojnę Rosji z Ukrainą patrzą przede wszystkim pod kątem swoich narodowych interesów. Ta różnica sprawiła, że Węgrzy z najbliższych sojuszników zmienili się we wrogów.

Warto podkreślić trzeźwy stosunek Węgrów do relacji z Rosją. Rosjanie, również jako Związek Sowiecki, trzy razy zniszczyli niepodległościowe aspiracje Węgrów. Pierwszy raz w 1848 roku w czasie Wiosny Ludów. Następnie w XX wieku sowieckie czołgi rozjechały Węgrów w latach 1944 i 1956. Wydaje się, że tragiczne historyczne doświadczenia, powinny szczególnie ciążyć na relacjach węgiersko – rosyjskich. Tak przecież jest w przypadku relacji rosyjsko – polskich. Tymczasem Węgrzy przedkładają teraźniejsze i przyszłe narodowe interesy nad celebrowanie historycznej traumy, choć nie zapominają, kto im trzy razy odbierał nadzieje na niepodległość. Przyznaję, że to budzi mój szacunek i niejaką sympatię do Węgrów.

Osobiście nie widziałem i nie widzę specjalnych powodów do bardzo bliskich politycznych relacji z Węgrami. Uważam, że geopolitycznie nie mamy wielu wspólnych interesów. Poza tym system polityczny stworzony przez Orbana co najmniej nie zachęca do naśladowania. Coraz więcej Węgrów ma tego świadomość. Owszem, warto mieć z Węgrami jak najlepsze relacje, ale jakieś specjalne sojusze nie tylko z powyższych względów nie mają sensu. O takie sojusze Polska powinna zabiegać głównie z graniczącymi z nami Słowacją i Czechami, ale tu jak widać więcej problemów niż współpracy. Ta sprawa wymaga jednak oddzielnego omówienia. Zatem warto mieć w Węgrzech przyjaciela, choć nie bliskiego sojusznika. Tak samo nie warto z Węgier robić sobie wroga. Ich wsparcie może się przydać w walce o polskie interesy w UE, o ile nie damy się im ogrywać, jak dotąd. Trzeba Węgrów rozumieć w dążeniu do obrony własnych interesów narodowych i starać się, żeby nie było kolizji ich interesów z naszymi. Obecnie faktycznie ich nie ma. Cała ta obecna wrzawa o Węgrzech jak wrogu ze względu na ich stosunek do wojny rosyjsko – ukraińskiej, to polityczna hucpa, szkodliwa dla Węgier i Polski. W polityce wpadanie w skrajne stany emocjonalne od serdecznej przyjaźni do żywiołowej wrogości świadczy o psychicznym rozchwianiu, a to z kolei nigdy niczym dobrym się nie kończy.

Andrzej Szlęzak

Źródło: FB Autora

1 KOMENTARZ

Comments are closed.