Amerykańscy politycy fundują nam upokorzenia. Dyplomacja nie dla amatorów

Spektakularne upokorzenie już skutkuje wyraźnym wzrostem emocji antyamerykańskich i antyżydowskich w Polsce. Rosjanie, Irańczycy, Turcy, Francuzi i Niemcy zapewne bardzo się z tego cieszą

0
czaputowicz_pompeo
Foto.: msz.gov.pl/pl

Konferencja bliskowschodnia, współorganizowana w Warszawie przez Polskę i USA, miała być naszym wielkim sukcesem. Nie ma się co łudzić: nie jest, no chyba, że na paskach w TVP. Wbrew pozorom, głównym problemem nie są obelżywe słowa tego czy innego polityka lub dziennikarza, ochłodzenie stosunków z Iranem albo z ustępującą Komisją Europejską. To tylko chwilowe skutki czegoś znacznie głębszego i bardziej długofalowego. Martwić powinno przede wszystkim to, że nasze tzw. „elity polityczne” po prostu nie umieją prowadzić polityki, wykraczającej poza ciułanie głosów w krajowych wyborach.

Powiedzmy sobie szczerze: obraz Polski w oczach światowej opinii publicznej nie zależy od sensu i przebiegu pojedynczego eventu, więc nie ma co zanadto histeryzować. Paradoksalnie, przy odrobinie szczęścia i profesjonalizmu (wiem, dwa towary niestety bardzo u nas deficytowe) fatalne wypowiedzi premiera Benjamina Netanjahu czy Andrei Mitchell można by nawet odwrócić na swoją korzyść, wykorzystując jako dobry pretekst do międzynarodowej ofensywy „edukacyjnej”. Z kolei wzmianka Mike’a Pompeo o restytucji mienia żydowskiego jest zapewne jego gestem (tanim, skądinąd) w stronę jakichś waszyngtońskich lobbystów, marginalnym z punktu widzenia realnych działań i interesów Departamentu Stanu. Ale to te drobiazgi, bardzo dla Polaków bolesne i rozdmuchane do niebotycznych rozmiarów, zdominowały niestety debatę.

Z rzeczy ważniejszych – owszem, przyjęcie roli współorganizatora i gospodarza konferencji naraża nasze stosunki z całym szeregiem krajów, od Iranu począwszy, poprzez Rosję, aż po Francję czy Niemcy. Ale przy okazji konferencji pojawiła się szansa na poprawę relacji w innych kierunkach. Tak, coś za coś, w polityce międzynarodowej zazwyczaj trzeba wybierać, gdzie rośniemy, a gdzie tracimy. Nie da się zadowolić wszystkich. Problem więc nie w tym, że gdzieś przestali nas lubić (zwłaszcza, że w większości przypadków i tak za nami nie przepadali i czynili nam wbrew). Istotniejsze, czy w zamian zyskujemy coś ważnego u innych, może bardziej perspektywicznych graczy? Bo gdyby tak, to cena jest warta zapłacenia. Tymczasem…

Przy okazji wizyty w Warszawie bardzo ładnie skomplementował nas minister spraw zagranicznych Brazylii, kraju fatalnie u nas niedocenianego, a coraz ważniejszego w globalnej układance polityczno-gospodarczej. Zapowiedział też dalsze karesy na jeszcze wyższym szczeblu. I na tym właściwie koniec wyliczanki plusów. Minusów jest znacznie więcej.

Arabia Saudyjska – kraj też ważny i partner, na którego w różnych układankach bardzo liczymy – przysłała silną ekipę na wysokim szczeblu, ugrała sporo własnych interesów w relacjach bi- oraz multilateralnych z Katarem, Izraelem i Amerykanami, a nam, czyli gospodarzom, w podziękowaniu pokazała figę, czyli ograniczyła import polskiej żywności. Izrael postanowił bardzo ostentacyjnie zagrać na nosie polskiemu rządowi, mszcząc się po raz kolejny za aferę sprowokowaną nieprzemyślaną nowelizacją ustawy o IPN i w sposób zapewne zorganizowany wbijając całkiem sporą serię różnych szpil we wrażliwe miejsca. Zamiast spodziewanej poprawy relacji mamy więc ich pogorszenie. W dodatku diabelnie kłopotliwe, biorąc pod uwagę, że najbliższy szczyt Grupy Wyszehradzkiej zaplanowano (jak widać lekkomyślnie, bo bez wcześniejszego rozeznania intencji gospodarzy) akurat w Jerozolimie, częściowo jako manifestację poparcia dla izraelskich aspiracji do „ustołeczniania” tego miasta. I teraz mamy kłopot, bo premierowi Morawieckiemu nie wypada tam jechać, dopóki Netanjahu nie przeprosi, a taki bojkot z kolei naraża interesy współpracy w ramach V4.

No i najważniejsze – w relacjach z USA nie tylko nie zyskujemy nic istotnego, ale sporo tracimy. Przede wszystkim – chyba ostatecznie tracimy nawet pozory partnerstwa, na oczach całego świata i własnej opinii publicznej zachowując się jak, za przeproszeniem, PRL wobec Sowietów. Czyli z mieszanką służalczości i przestrachu, nieudolnie maskowanych tromtadrackimi deklaracjami. Amerykanie takich uległych satelitów nie cenią, bo to naród twardych graczy, negocjatorów i handlowców. To się tam ssie z mlekiem matki i szlifuje w szkołach.

Sprawna dyplomacja kraju sojuszniczego – słabszego, co oczywiste, ale mającego swoją dumę i przede wszystkim fachowe umiejętności – mogła w tej sytuacji zrobić sporo. Niekoniecznie od razu odmówić współorganizowania konferencji, ale na przykład uzależnić ową przysługę od dokładnych i wyprzedzających uzgodnień, kto co powie, kto czego nie powie, i zwłaszcza co wymiernego dostaniemy w zamian. Gołym okiem widać, że tego nie uczyniono. Obawiam się, że politykom rządzącym Polską nawet nie przyszło do głowy, że Wielkiemu Bratu można stawiać jakiekolwiek warunki. Cóż, tak to bywa, gdy ma się mentalność niewolnika (a takich akurat współpracowników, niestety, bardzo chętnie dobiera sobie prezes Jarosław Kaczyński do rządzenia krajem). I tak też bywa, gdy zamiast grać na kilku fortepianach i tworzyć sobie choć pozorną alternatywę polityczną – jawnie stawia się wszystko na jedną tylko kartę. Tak bywa, gdy zawczasu nie przygotowuje się odpowiedniego aparatu w postaci sieci bezinteresownych przyjaciół, płatnych lobbystów, a nawet różnie motywowanych informatorów i agentów wpływu w ośrodkach decyzyjnych i medialnych, aby uruchomić tę machinę w razie potrzeby – bo i na tym polega współcześnie profesjonalna polityka zagraniczna.

Efekt: amerykańscy politycy bez skrępowania biorą od nas, co chcą, i nawet nie zachowują pozorów wdzięczności, tylko dodatkowo fundują nam upokorzenia. To tak, jakby wejść do cudzego domu, najeść się za darmo, i zamiast na pożegnanie chociaż zdawkowo skomplementować urodę córki gospodarzy – obcesowo wytknąć im fatalny gust w dekoracji salonu. Co symptomatyczne, dokładnie tak samo traktują nas już nie tylko wielcy tego świata, ale nawet ci dużo mniejsi. Na przykład: Michaił Miasnikowicz, szef izby wyższej białoruskiego parlamentu i jeden z najbliższych ludzi Łukaszenki, który w cieniu konferencji bliskowschodniej przybył do Warszawy i też „najadł się za darmo”, przyjął prezenty natury wcale nie tylko prestiżowej (np. ograniczenie finansowania białoruskiej opozycji), a w drzwiach (czyli w Zaleszanach na Podlasiu, spacyfikowanych niegdyś przez „Burego”) dał solidnego prztyczka w nos jeśli nie polskiemu rządowi, to przynajmniej znacznej części jego zaplecza politycznego i jego polityce historycznej.

W relacjach z USA nie mamy tymczasem nic nowego, żadnego transferu technologii cywilnych i wojskowych, żadnych zobowiązań co do Fort Trump, żadnego zauważalnego wsparcia w kwestiach fundamentalnych dla polskiego bezpieczeństwa. Spektakularne upokorzenie już skutkuje wyraźnym wzrostem emocji antyamerykańskich i antyżydowskich w Polsce. Rosjanie, Irańczycy, Turcy, Francuzi i Niemcy zapewne bardzo się z tego cieszą. Ja nie, bo pomimo fatalnej niezręczności rządu PiS i aroganckiego (acz krótkowzrocznego) wykorzystywania jego słabości przez USA – nadal jestem przekonany, że współpraca transatlantycka (i przynajmniej sprytny balans pomiędzy Waszyngtonem i Brukselą) jest dla Polski opcją długofalowo lepszą, niż podporządkowanie się dla odmiany duetowi niemiecko-francuskiemu oraz kontrolowanej przezeń eurobiurokracji, o zsuwaniu w rosyjską czy rosyjsko-chińską strefę wpływów nawet nie wspominając.

To, co grozi nam dziś najbardziej – to „odmrożenie sobie uszu na złość babci”, czyli obrażenie się na Stany Zjednoczone, zamiast na nieudolnych polityków krajowych. Podpowiadam więc jako motto nowej polskiej polityki trawestację hasła, zapamiętanego z ustroju słusznie minionego: „Stany – tak, wypaczenia – nie”.

Do realizacji tego planu proponuję natomiast wreszcie zatrudnić fachowców.

Witold Sokala

Artykuł ukazał się w magazynie „Nowa Konfederacja”. Przedruk za zgodą redakcji. Tytuł pochodzi od redakcji PROKAPA.