Do napisania tego tekstu zachęcił mnie artykuł Janusza Korwin-Mikkego, który pojawił się w 43 (1118)/2011 numerze „Najwyższego Czasu”. Ten interesujący felieton zwrócił uwagę na pewien dosyć istotny szczegół.

Od lat zawód ekonomisty cieszy się prestiżem i popularnością, w dobie kryzysu światowego rośnie zapotrzebowanie na dobrych ekonomistów. Korporacje, banki, domy maklerskie prześcigają się w szukaniu analityków rynkowych, ekonomistów z dobrymi referencjami i kwalifikacjami. Obecna praca ekonomisty polega więc na analizie rynku, na obserwowaniu gospodarki i wyciągania z danej sytuacji makro jakichś korzystnych dla siebie czy pracodawcy wniosków. Rządowi ekonomiści z kolei doradzają władzy jak sterować gospodarką lub też jak w nią ingerować i kiedy, tak aby otrzymać optymalny efekt zamierzonych działań. Innymi słowy ekonomiści będący na usługach rządu wspierają interwencjonizm państwowy, są pierwszym impulsem w całym łańcuchu państwowej inwazji, ponieważ to na nich spoczywa odpowiedzialność za ocenę danej sytuacji. Ich decyzje uzależniają rząd od ingerencji w gospodarkę stwierdzając – O, teraz trzeba zadziałać albo teraz musimy podnieść stopy procentowe itp.


Jak sytuacja wyglądałaby na wolnym rynku ? Zakładając, że gospodarka nie podlega rządowym regulacjom a rynek jest w 100% nieskrępowany państwową biurokracją, można pokusić się o stwierdzenie, że ekonomiści tego pokroju straciliby pracę. Wolny rynek zabrałby im zajęcie. Słusznie w swoim tekście pisze JKM rzucając pewną analogię – Gdy otrzymuję zegarek z gwarancją – pod warunkiem, że nie będę zaglądał do środka i majstrował przy mechanizmie – to nie zastanawiam się skąd znaleźć zegarmistrza, nieprawdaż?

Rzeczywiście, tak jest w istocie, kiedy rynek regulowałby się sam, dyplomowany ekonomista nie będzie już potrzebny. Owszem można przyjąć założenie, że będą potrzebne osoby do obserwowania czy też do analizy jakichś zjawisk, na szczęście będą oni działać na wzór widza w kinie, nie będą mogli puszczać rekomendacji czy zachęcać do jakichś działań inwazyjnych. Różnica między obecnym systemem a wolnym rynkiem jest taka, że wolny rynek się nie myli, jest sprawiedliwy i kompetentny, nie popełnia błędów. Z chaosu wyłania się jedyny sprawiedliwy porządek. Natomiast interwencjoniści państwowi dokonując korekty na rynku uruchamiają efekt lawiny, który pociąga za sobą kolejne korekty. Raz zapoczątkowana lawina ciągnie się bez końca.

Problemem nadwornych ekonomistów głównego nurtu jest to, że umacniają oni obecny, skostniały system, w którym politycy dokonują różnego rodzaju machlojek na rynku kosztem oczywiście obywateli. Ciężar całej interwencji skupia się na obywatelach. By dowieść swoich kompetencji, za wszelką cenę mainstream stara się utrzymać wizerunek państwowego ekonomisty jako źródło wszelkiej mądrości, niepodważalny autorytet, którego decyzje brane są za pewnik, wręcz dogmat. Tymczasem działania rządzących, którzy wspierają się na wiecznie żywych zombies – dzieciach Keynesa – prowadzą do opłakanych skutków.

Co można zaobserwować analizując obecną sytuacji rynkową. Wysokie podatki, inflacja, bezrobocie i rosnący dług publiczny. Nie chodzi zatem o brak wiedzy, nie twierdzę, że rządowi ekonomiści jako dyplomowani fachowcy nie znają praw ekonomii, problem leży po stronie „opiekuńczego państwa”. Taki typ państwa będzie dokonywał ingerencji, nie dlatego, że są one wymagane, ale dlatego, że do tego typu czynności jest z definicji ów rząd zobligowany. Rolą rządu jest szkodzić wolnemu rynkowi, tworzy się więc atesty, standardy i wymogi regulacyjne, które oddalają nas od wolnego handlu. Ekonomista na usługach państwa będzie potrzebny, ma przecież podpowiadać kiedy reżim może wkroczyć na rynek ze swoimi pomysłami. Nawet jeśli ekonomiści głównego nurtu zdają sobie sprawę, że wolny rynek jest tą najlepszą opcją i że jak mówiła Margaret Thatcher – there’s no alternative – to jednak ustrój w którym trwają zmusza ich do podejmowania irracjonalnych działań na szeroko zakrojoną skalę.

W podręcznikach akademickich zaczyna pojawiać się mimochodem tendencja wolnorynkowa, zaczyna się wreszcie pisać o tym, że im mniej państwa w gospodarce, im większa konkurencja i im więcej wolności gospodarczej tym lepiej dla ogólnie pojętej przedsiębiorczości. Długa jednak droga przed nami do obalenia obecnego paradygmatu. Jeśli zawód państwowego ekonomisty straciłby rację bytu to pewnym środowiskom nadal zależeć będzie na jego utrzymaniu. Marnotrawstwo idzie w parze z interwencjonizmem państwowym, w czasach kryzysu oszczędzanie przez rząd przypomina wsypywanie pieniędzy do dziurawego worka, cóż z tego, że coś odkładamy skoro z drugiej strony jest dziura? Prognozy ekonomistów traktowane są jak wyrocznie, a rząd w swojej ocenie sądzi, że przyczynia się do polepszenia życia obywateli. System jest na tyle kiepski, że nie zrezygnuje ze specjalistów, oznaczałoby to w praktyce wycofanie się rządu z ingerencji w gospodarkę. Na całym świecie ekonomiści próbują niczym gracze giełdowi obserwować trendy i spekulować. Jest to jednak gra, która powoduje, że impet całego uderzenia skupia się tylko i wyłącznie na obywatelu, na nikim innym. I tym sposobem, za państwową metodę prób i błędów płacą uczciwi ludzie.

Karol Mazur

1 KOMENTARZ

  1. Swiatu sa potrzebni sprawni menedzerowie. Ekonomista to wymysl polityczny panstwa politycznego. Cos takiego jak ekonomia nie istnieje. Pare regul matematycznych i troche filozoficznego chciejstwa nazywa sie ekonomia a cale tabuny profesorow mianowanych przez Lige Oszustow stara sie udowodnic swiatu, ze to co sie dzieje jest ok i podlega jakims naturalnym prawo, na ktore czlowiek ma tylko niewielki wplyw. Tymczasem czlowiek ma na wszystko doskonaly wplyw. Dowodem na to jest chocby „kryzys” jaki wymyslila LO.

Comments are closed.